Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Ludzie i gwiazdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie i gwiazdy

Электронная книга - «Ludzie i gwiazdy». Краткое содержание книги:

Niniejsze słowa dotyczą zbioru opowiadań fantastycznych z lat 70. ubiegłego wieku, których lekturę, z całą stanowczością i determinacją — można polecić każdemu miłośnikowi fantastyki i cokolwiek niebanalnych rozważań na temat konstrukcji wielkiego wszechświata.
Jak już wspomniałem, książka ta została wydana w czasach dość zamierzchłych, bo w roku 1973 — co może działać deprymująco na czytelników lubujących się w dość poczytnych, aczkolwiek pisanych nieco na siłę powieściach — a tych, jak wiadomo, pełno dziś na półkach księgarni. Niemniej publikacja o dość tajemniczym, intrygującym tytule „Ludzie i gwiazdy” wydaje się pozycją godną uwagi każdego miłośnika fantastyki (bez względu na przedział wiekowy).
Cóż w takim razie jest ciekawego w tej dość opasłej i bogatej w treść merytoryczną książce? Co sprawia, że odpowiedź na pytanie dotyczące wartości książki — bez trudu nasunie się czytelnikowi już po lekturze kilku utworów w niej zawartych? Otóż zbiór opowiadań „Ludzie i gwiazdy”, mimo iż wydany w czasach wszechobecnej cenzury i inwigilacji, wziętej niemal z powieści „Nova Express” W.S. Burroughsa, niewiele tylko straciwszy na świeżości przekazu, nadal zaskakuje siłą wyobraźni autorów, wielotorowością, wieloaspektowością nurtu fantastyki i wieloma innymi cechami, których na próżno szukać u niektórych twórców.
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 101
Перейти на страницу:

Gromow pokręcił głową.

— Upraszczasz, Bill.

— Gdyby lot nasz mógł być oglądany na ekranach telewizorów — powiedział ze swego kąta Matej — Larsson by się nie zmienił. Całą swą odwagę czerpał z blasku fleszy i reflektorów, z podziwu, który czytał we wszystkich oczach.

— Lękam się, że nie będziesz mógł nikomu przekazać tych subtelnych uwag — mruknął Bill.

Nastała chwila milczenia. Przerwał ją Matej głośno wyrażając myśl, która nie dawała mu spokoju:

— Byłby pewien sposób, żeby mu przeszkodzić…

Profesor i pilot obrócili się ku niemu. Sami na próżno łamali sobie głowy w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania. Żeby utorować drogę przez metalowe drzwi, trzeba by mieć aparat acetylenowy albo jakiś wybuchowy materiał, oni zaś nie mieli pod ręką nawet młotka czy dłuta.

Sytuacja była doprawdy rozpaczliwa. Larsson znajdował się w kabinie pilota i robił na pewno obliczenia konieczne do tego, by zawrócić statek kosmiczny na Ziemię. Oznaczało to nie tylko zniweczenie wszystkich nadziei związanych z wyprawą. Najmniejszy błąd mógłby zagrozić życiu całej załogi. Zbaczając z toru wyznaczonego niezwykłe precyzyjnie w Międzynarodowym Ośrodku na Ziemi, „Albatros” mógłby znaleźć się na łasce i niełasce ślepych sił Kosmosu. A wówczas…

— Gdybym wyszedł przez kabinę—śluzę… — podjął Matej bardziej stanowczo.

— No proszę! — burknął pilot. — Ma ochotę na przechadzkę w przestrzeni kosmicznej!

W oczach profesora błysło jednak zrozumienie.

— Mów dalej, Matej!

— To tylko hipoteza. Zastanawiam się, czy nie można by się dostać do wnętrza przez jedną z dysz silników zapasowych.

— Nie pamiętam dokładnie średnicy dysz — powiedział Gromow.

— A jeśli Larsson skończy tymczasem obliczenia i uruchomi silnik? — przerwał Bill.

— Oczywiście, istnieje ryzyko — przyznał Matej z lękiem. — Ale wolałbym umrzeć w ułamku sekundy niż…

— Łudzisz się, mój drogi! Ubiór ochronny jest wytrzymały, a pęd pary rzuciłby cię daleko od kosmicznego statku. Śmierć twoja nastąpiłaby prędzej, ale byłbyś tam sam! Zupełnie sam!

Bill zamilkł i próbował otworzyć paczkę papierosów. Trudno mu to było zrobić jedną ręką. Profesor pomógł mu i podsunął ogień zapalniczki. Płomień migotał przez chwilę, zmniejszył się, zbladł i skulił, wreszcie zgasł.

Dopiero wtedy zdali sobie sprawę, że ustał ledwo słyszalny szum wentylatorów. Wyłączając silnik zapasowy, Larsson zapewne mimo woli uszkodził sztuczny obieg powietrza w kabinie. Bez tego zaś w stanie nieważkości nie tylko płomień przygasa, lecz i ludzie się duszą po pewnym czasie.

Matej nie wahał się dłużej.

— Spróbuję — powiedział cicho. — Pomóżcie mi się ubrać.

Pompy umieszczone w ścianach kabiny—śluzy pochłonęły ostatni łyk powietrza. Klapa zewnętrzna się otwarła. Malej zrobił krok, później drugi i jego magnetyczne podeszwy przylgnęły do powłoki „Albatrosa”.

Autorzy podręcznika kosmonautyki nie omieszkali udzielić wskazówek, w jaki sposób można się poruszać, kiedy stopy związane są z pojazdem planetarnym polem natężenia magnetycznego, reszta zaś ciała swobodnie unosi się w przestrzeni. Lecz to, co wydawało się nader proste, okazało się teraz niesłychanie skomplikowane. Przy każdym ruchu. Matej przechylał się to w jedną, to w drugą stronę, chwiejąc się jak dziecko, które ledwo nauczyło się chodzić. Nie było mowy o zorientowaniu się w sytuacji, dopóki nie odzyska równowagi, pomijając to, iż posuwał się w takiej ciemności, w porównaniu z którą najczarniejsze noce na Ziemi wydawały się orgią światła.

Postanowił tedy na początek zapanować nad swymi ruchami; powoli, ostrożnie wyciągnął się wzdłuż pojazdu. Zapalił żarówkę na kasku i starał się odszukać jedną z dysz silników pomocniczych. Ujrzał w pobliżu cylindryczny wylot i poczołgał się w jego stronę. Posuwał się centymetr po centymetrze, oddychając z coraz większym wysiłkiem, okryty całunem zimnego potu. Na skutek dziwnego procesu rozdwojenia widział z góry samego siebie, ślizgającego się na lśniącej powierzchni „Albatrosa” niby olbrzymia gąsienica z bezkształtnymi wypustkami.

Gdy dotarł do wylotu dyszy, musiał pozwolić sobie na chwilę wytchnienia. Był u kresu sił, nieznośne pragnienie paliło mu wargi. Starał się nie myśleć o dłoni, która gdzieś tu, w pobliżu, sięga do trójkątnego guzika. Co robią teraz Bill i profesor? Oby tylko nie przyplątała się infekcja…

Umyślnie odwlekał moment ustalenia średnicy cylindra. Może jego desperacka próba już tutaj skończy się niepowodzeniem? I czy starczy mu sił, żeby wrócić do kabiny—śluzy?

Cylinder jednak okazał się dość szeroki. Pomagając sobie rękami i nogami, Matej czołgał się niby w nie kończącym się koszmarze, aż natknął się na nieoczekiwaną przeszkodę. W świetle żarówki ujrzał z przerażeniem, że otwór, przez który para dostawała się do dyszy, ma ledwie kilka centymetrów średnicy, jest małym, ciemnym krążkiem na środku masywnej, metalowej płyty.

Wszystkie wysiłki wydały mu się daremne. Zrozpaczony zamachnął się i z impetem uderzył kaskiem w przeszkodę.

Płyta metalowa ustąpiła. Jaskrawoczerwone światło — sygnał alarmowy — zaczęło pulsować w pomieszczeniu sprężającym parę. Matej znieruchomiał, nie pojmując, co się tu stało. Później dopiero spostrzegł wieko przymocowane tylko z jednej strony i zależne od ruchu ogromnej sprężyny.

Pozwalając zatrzasnąć się za sobą zdradliwej klapie pomyślał, że gdyby inżynier nacisnął trójkątny guzik, to tutaj ciśnienie pary zgniotłoby go mimo ochronnego ubioru. Nie zaznałby nawet tortury, jaką jest powolna agonia w samotności.

Należało się teraz przygotować do ostatniej próby. Nie miał złudzeń co do przebiegu spotkania z Larssonem. Jedyną szansą było zaskoczenie go i obezwładnienie. W tej loterii tylko jeden los wygrywał.

Świadom tego, że podtrzymujące go dotąd napięcie nerwowe niemal całkiem osłabło, postanowił za wszelką cenę doprowadzić rzecz do końca. Chwiejnym krokiem ruszył do kabiny pilota i zaczął szukać mechanizmu otwierającego metalową klapę. Jeszcze go nie znalazł — czerwone pulsowanie raziło jego wzrok, palce drżały — kiedy nagle klapa się otwarła i ukazał się Larsson, ubrany również w kostium nieodzowny w przestrzeni kosmicznej.

Ochłonąwszy prędzej ze zdziwienia, inżynier zrobił krok naprzód, wyciągnął ręce i chwycił Mateja za barki, ściskając go niby w kleszczach. Astronom, zupełnie wyczerpany, nawet nie próbował się opierać.

Larsson rzucił go na kolana i trzymając żelazną dłonią, zamierzał zerwać mu z głowy kask. Patrząc na okrągłą płytę, za którą czyhała mroczna ssawka otchłani kosmicznej, Matej zrozumiał, jaką straszliwą zgubę obmyślił dla niego były partner gry w szachy. Ostatnim wysiłkiem wyrwał się z uścisku, potykając się zrobił kilka kroków do kabiny pilota i wszedł przez otwartą klapę. Miał jeszcze tyle energii, by ją zamknąć i zablokować, a potem runął w przyzywającą go od dawna mgłę.

Puk, puk, puk!

Młotek profesora obciosuje drzazgi z purpurowej skały, żłobionej cienkimi, srebrnymi żyłkami. Spadają wolno, krążąc jak liście ziemskich drzew, a gdy tylko dotkną marsjańskiego gruntu, przemieniają się w olbrzymie gąsienice, które pełzają zostawiając za sobą lśniące ślady.

Puk! Puk!

Gdzie się podział profesor? Przy czerwonej skale jest tylko Bill Ramsey. Bije się w piersi, wołając: „Sam jeden w przestrzeni kosmicznej! Sam jeden!” A oto i Larsson za lawetą małego działa. Zapala lont rewolwerową zapalniczką i szczerzy zęby: „Szach — mat!” Pocisk wylatuje bezgłośnie z krótkiej lufy. Bill trafiony w ramię zakreśla dziwną trajektorię. Postać jego jakby się rozpływa w krwawym świetle przestworzy. Dobiega tylko głos: „Sam jeden… Sam jeden… Sam jeden…”

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)