Muzyka duszy [Soul Music - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-036-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Muzyka duszy [Soul Music - pl]». Краткое содержание книги:
Tak. Ma Śmierć w rodzinie.
Trudno jest normalnie dorastać, kiedy dziadek jeździ na białym koniu i dzierży kosę — zwłaszcza gdy trzeba przejąć rodzinny interes, a jedyny pomocnik mówi tylko po szczurzemu.
A już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z nową, uzależniającą muzyką, która pojawiła się w Świecie Dysku.
Jest bezprawna. I zmienia ludzi.
Nazywana jest „Muzyką z wykrokiem”.
Ma rytm i można przy niej tańczyć, ale…
Jest… żywa.
I nie chce ucichnąć.
Nagłe świerzbienie na karku kazało mu się obejrzeć.
Wprawdzie w Grocie panował ścisk, ale zdawało się, że po sali przesuwa się krąg pustki. Ludzie napierali na siebie, lecz granice pustki były niewzruszone jak mur.
A w środku kręgu była dziewczyna, którą widział w Bębnie. Szła przez salę, lekko unosząc skraj sukni.
Ridcully poczuł, że łzawią mu oczy.
Zrobił krok naprzód i skoncentrował się. Jeśli człowiek się skoncentruje, zdolny jest niemal do wszystkiego. Każdy mógł wejść do wnętrza kręgu, gdyby tylko zmysły skłonne były przyznać, że taki krąg w ogóle istnieje. Wewnątrz jego obwodu muzyka zdawała się trochę przytłumiona.
Stuknął dziewczynę w ramię. Obejrzała się zaskoczona.
— Dobry wieczór — odezwał się Ridcully. — Jestem Mustrum Ridcully, nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu. I bardzo chciałbym wiedzieć, kim ty jesteś.
— Eee… — Dziewczynę na moment ogarnęła panika. — No… formalnie rzecz biorąc… chyba jestem Śmiercią.
— Formalnie?
— Tak. Ale w tej chwili nie na służbie.
— Miło mi to słyszeć.
Ze sceny rozległ się pisk — Asfalt rzucił wykładowcę run współczesnych w publiczność, która przyjęła to oklaskami.
— Nie powiem, że często widywałem Śmierć — rzekł Ridcully. — Ale przy tych nielicznych okazjach zauważyłem, że był raczej… no, był, przede wszystkim, nie była… w dodatku o wiele chudszy.
— To mój dziadek.
— Aha. Ach… naprawdę? Nie wiedziałem nawet, że miał… — Ridcully urwał nagle. — No, no, coś podobnego. Twój dziadek? A ty prowadzisz rodzinną firmę?
— Przestań gadać, głupi człowieku — przerwała mu Susan. — Jak śmiesz traktować mnie tak protekcjonalnie? Widzisz go? — Wskazała scenę, gdzie Buddy był właśnie w połowie riffu. — On wkrótce zginie z powodu… z powodu głupoty. I jeśli nic na to nie możesz poradzić, odejdź!
Ridcully spojrzał na scenę. A kiedy znów odwrócił głowę, Susan zniknęła. Z wysiłkiem wytężył wzrok i miał wrażenie, że dostrzegają kawałek dalej. Jednak teraz, gdy wiedziała już, że jej szuka, nie miał żadnej szansy.
Asfalt pierwszy wrócił do garderoby. Jest coś bardzo smutnego w pustej garderobie. Jest jak wyrzucona bielizna, którą zresztą przypomina pod wieloma względami. Też widziała gorączkową aktywność. Mogła być świadkiem podniecenia i całego zakresu ludzkich namiętności. A teraz niewiele z nich pozostało oprócz lekkiego zapachu.
Niski troll rzucił na podłogę worek kamieni i odgryzł szyjki kilku butelek piwa.
Wszedł Klif. Dotarł na środek pomieszczenia i przewrócił się, uderzając o podłogę wszystkimi częściami ciała naraz. Buog przekroczył go i siadł na beczce.
Spojrzał na butelki. Zdjął hełm. Wylał do niego piwo. A potem pozwolił, by głowa opadła mu do przodu.
Buddy usiadł w kącie, oparty o ścianę.
Na końcu zjawił się Dibbler.
— Co mogę powiedzieć? Co mogę powiedzieć?
— Niech pan nas nie pyta — odparł Klif, wciąż wyciągnięty na podłodze. — Skąd mamy wiedzieć?
— To było wspaniałe — oświadczył Dibbler. — Co się dzieje z krasnoludem? Topi się?
Buog wyciągnął rękę, nie patrząc złapał następną butelkę, utłukł szyjkę i wylał sobie piwo na głowę.
— Panie Dibbler — odezwał się Klif.
— Tak?
— Myślę, że musimy porozmawiać. Tylko my, znaczy. Grupa. Jeśli to panu nie przeszkadza.
Dibbler przyjrzał się im po kolei. Buddy siedział zapatrzony w ścianę, Buog bulgotał wewnątrz hełmu, a Klif wciąż leżał na podłodze.
— Zgoda — rzekł, po czym dodał radośnie: — Wiesz, Buddy, ten darmowy występ… Świetny pomysł. Zaraz wezmę się za organizację. I możecie zagrać, jak tylko wrócicie z trasy. Otóż to. No…
Odwrócił się, by wyjść, i wpadł na rękę Klifa, która nagle zablokowała drzwi.
— Trasa? Jaka trasa? Dibbler cofnął się lekko.
— Och, parę miejsc. Quirm, Pseudopolis, Sto Lat… — Spojrzał zdziwiony. — Nie tego chcieliście?
— Później porozmawiamy — rzucił Klif. Wypchnął Dibblera za drzwi i zatrzasnął je. Piwo ściekało z brody Buoga.
— Trasa? Jeszcze trzy noce takie jak ta?
— O co chodzi? — zdziwił się Asfalt. — Było świetnie! Wszyscy krzyczeli. Zrobiliście pełne dwie godziny. Musiałem skopywać ich ze sceny! Nigdy jeszcze nie czułem się…
Ucichł nagle.
— To właśnie problem — wyjaśnił Klif. — Wchodzę na scenę, siadam i nawet nie wiem, co będziemy robić, a potem Buddy gra coś na tej swojej… na tej rzeczy… a ja zaczynam bam-Bam-czcza-czcza-BAM-bam. Nie wiem, co gram. Samo włazi mi do głowy i spływa na ręce.
— Właśnie — zgodził się Buog. — Ze mną jest tak samo. Mam wrażenie, że wydobywam z tego rogu coś, czego nigdy tam nie wkładałem.
— To nie jest porządne granie — dodał Klif. — O to mi chodzi. Bardziej jakby na nas coś grało.
— Od dawna jesteś w show-biznesie? — Buog zwrócił się do Asfalta.
— Tak. Byłem wszędzie, robiłem wszystko. I wszystko widziałem.
— A widziałeś kiedy taką publiczność?
— Widziałem, jak w Operze rzucają kwiaty i klaszczą…
— Ha! Tylko kwiaty? Jakaś kobieta rzuciła na scenę swoje… swoją odzież.
— Zgadza się! Wylądowały mi na głowie.
— Kiedy panna Va Va Voom wykonywała taniec piór w Klubie Skunksa przy Browarnej, to jak doszła do ostatniego pióra, cała publika rzuciła się na scenę…
— To wyglądało podobnie?
— Nie — przyznał troll. — Uczciwie powiem, że nigdy jeszcze nie widziałem publiczności takiej… wygłodniałej. Nawet na pannę Va Va Voom, a tamci byli dość głodni, słowo daję. Oczywiście, nikt wtedy nie rzucał bielizny na scenę. To raczej ona zrzucała ją ze sceny.
— I jeszcze coś — mruknął Klif. — W tym pokoju jest czterech ludzi, ale mówi tylko trzech.
Buddy uniósł głowę.
— Muzyka jest ważna — wymamrotał.
— To nie muzyka — sprzeciwił się Buog. — Muzyka nie robi z ludźmi takich rzeczy. Przez muzykę nie czują się, jakby przeszli przez zgrzeblarkę. Tak się spociłem, że lada dzień będę musiał zmienić kamizelkę. — Potarł nos. — Przyglądałem się publiczności i myślałem: zapłacili pieniądze, żeby się tutaj dostać. Założę się, że było tego więcej niż dziesięć dolarów.
Asfalt podniósł wąski pasek papieru.
— Znalazłem ten bilet na podłodze — powiedział. Buog przeczytał.
— Dolar pięćdziesiąt? — zdumiał się. — Sześciuset ludzi po dolar pięćdziesiąt każdy? To przecież… To czterysta dolarów.
— Dziewięćset — poprawił go Buddy tym samym obojętnym głosem. — Ale pieniądze nie są ważne.
— Pieniądze nie są ważne? Stale to powtarzasz. Co z ciebie za muzyk?
Z zewnątrz wciąż słyszeli stłumiony ryk.
— Chciałbyś po tym wrócić do gry dla paru ludzi w jakiejś piwnicy? — zapytał Buddy. — Kto jest najsławniejszym w historii graczem na rogu, Buog?
— Brat Charnel — odparł natychmiast krasnolud. — Wszyscy to wiedzą. Ukradł złoto z ołtarza w świątyni Offlera, przekuł je na róg i grał czarodziejską muzykę, dopóki bogowie go nie złapali i nie wyrwali mu…
— Zgadza się. Ale gdybyś wyszedł teraz i zapytał tych ludzi, kto jest najsławniejszym graczem na rogu, pamiętaliby o jakimś oszukańczym mnichu, czy krzyczeli: Buog Buogsson?
— Oni by… — Buog zawahał się i urwał.
— No właśnie — rzucił Buddy. — Pomyśl o tym. Muzyk musi być słyszany. Nie możesz się teraz wycofać. Nie możemy przestać.