Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
— Osima, dlaczego opuścił pan posterunek?
— Proszę mnie puścić, admirale. Przekazałem wachtę Kamaginowi, a teraz bardzo się spieszę!
— A dokąd to tak bardzo się pan spieszy, kapitanie Osimo? — zapytałem nie cofając ręki.
Przestał się wyrywać, choć jako silniejszy ode mnie mógł to zrobić bez trudu, i obniżył głos do konfidencjonalnego szeptu:
— Pędzę na spotkanie z Charu-san. Z dziewczyną imieniem Wiosenka.
— Osima, co pan mówi? Na naszym statku nie ma dziewczyny o takim imieniu!
— Admirale! — wykrzyknął z niedowierzaniem kapitan. — Powinienem panu wierzyć, ale nie potrafię. Nie ma Wiosenki? Ale ja przecież myślę tylko o niej i pragnę się z nią spotkać!
— Takiej dziewczyny nie ma na statku. Wiosenka istnieje tylko w pańskiej wyobraźni, Osimo! Śni pan na jawie, mój przyjacielu. Proszę wracać na stanowisko dowodzenia!
Moje słowa nie docierały do niego, nie mogły się przebić do zamroczonego mózgu.
— Jak może jej nie być, skoro wciąż o niej myślę? — zapytał z tępym uporem pedanta. — Jest zawsze ze mną, więc jak może jej nie być?
— Nigdy nie było dziewczyny imieniem Wiosenka! — krzyknąłem z wściekłością. — Nigdy nie było Charu-san! — Wobec tego pójdę jej szukać, admirale! — oświadczył Osima z wielkim entuzjazmem w głosie. — Jeśli jej dotąd nie było, to koniecznie muszę ją znaleźć. Pójdę i nie wrócę bez tej, której nie było!
Spróbował mnie wyminąć, ale szarpnąłem go za rękę. Osima wykonał jakiś nieuchwytny ruch i runąłem jak długi na ziemię. Byłem od niego o głowę wyższy i półtora raza cięższy, a on rzucił mnie na ziemię jak szmacianą lalkę. Na moment straciłem przytomność.
— Admirale, admirale! — dobiegł mnie pełen przestrachu głos Osimy. — Zrobiłem panu krzywdę? Naprawdę nie chciałem, proszę mi uwierzyć! Sam nie wiem, co się ze mną dzieje…
Podniosłem się z trudem, podtrzymywany troskliwie przez Osimę, który momentalnie odzyskał zmysły.
— Wszystko w porządku, kapitanie Osima — powiedziałem. — Idziemy na stanowisko dowodzenia.
W fotelu pierwszego pilota siedział Kamagin, a Oleg niespokojnie krążył po kabinie. Popatrzyłem z lękiem na małego kosmonautę, ale Kamagin pracował szybko i sprawnie. MUK nadal nie działał, więc wszystkie rozkazy do mechanizmów wykonawczych musiał przekazywać za pośrednictwem Głosu i tą samą drogą otrzymywał informacje od analizatorów, ale mimo tego zachowywał się tak, jakby nic w systemie kierowania statkiem się nie zmieniło. Na ekranie nadal kipiało jądro, pryskając na wszystkie strony rozszalałymi gwiazdami, ale Kamagina zdawało się to zupełnie nie wzruszać. Pomyślałem z ulgą, że gdyby nawet Kamagin wpadł w szaleństwo przeszłości, to nie będzie ono zbyt dla nas groźne, gdyż i w swojej dalekiej przeszłości Edward był odważnym galaktycznym kapitanem, tym odważniejszym, że dowodził statkami w epoce, kiedy o mózgach pokładowych klasy MUK jeszcze się nikomu nawet nie śniło. I gdyby nawet zginął Głos, co dla każdego z nas byłoby niewyobrażalną katastrofą, on po prostu wróciłby do starej, świetnie przez siebie opanowanej metody ręcznego sterowania statkiem…
Osima usiadł w fotelu obok niego. Odciągnąłem Olega na bok i powiedziałem półgłosem:
— Zauważyłeś, w jakim stanie jest Osima?
— Z Osimą jest bardzo niedobrze — odpowiedział Oleg. — Właśnie dlatego pozwoliłem mu wyjść.
— A ja zawróciłem go z drogi, bo obawiam się, że tolerowanie nierozsądnych zachowań tylko pogłębia szaleństwo. Udało mi się trochę nim potrząsnąć i otrzeźwić, ale nie wiem na jak długo.
— W każdym razie nie wolno mu już powierzać samodzielnego prowadzenia statku — powiedział Oleg, a ja się z tą opinią zgodziłem.
Kiedy po paru minutach opuszczałem stanowisko dowodzenia, Osima rozpłakał się jak dziecko i zaczął głośno rozpaczać:
— Nie było Wiosenki! Nie było dziewczyny imieniem Charu-san! Nie było kwiatów sakury w jej włosach! O, światło moich oczu, niezapomniana Wiosenko, do końca moich dni będę płakał z tęsknoty za tobą, chociaż nigdy cię nie było!
— Ja bym go jednak skierował do szpitala, Eli powiedział Oleg.
— A kto go tam będzie pielęgnował? Tacy sami szaleńcy? A poza tym odnoszę wrażenie, że Osima czuje się już trochę lepiej… Jeszcze niedawno szukał Charu-san, a teraz się z nią żegna.
Jakby na potwierdzenie moich słów Osima wyjął chusteczkę, wytarł załzawione oczy, wysiąkał nos, obciągnął mundur i powiedział niemal normalnym głosem:
— Admirale, melduję, że trochę mi się kręci w głowie. Dlatego przekazałem wachtę Kamaginowi. Czy mogę się trochę zdrzemnąć?
Zamknął oczy i natychmiast zasnął. Po chwili jego twarz rozluźniła się, nabrała swego zwykłego wyrazu. Odeszliśmy cicho od niego. Oleg pozostał na stanowisku dowodzenia, a ja ruszyłem do laboratorium.
Trwał tam montaż stabilizatora czasu. Ostry głos Ellona rozlegał się w całym pomieszczeniu, a Demiurgowie i ludzie biegiem wykonywali jego polecenia. W głębi hali krążył od ściany do ściany Orlan, a wokół niego, co natychmiast zauważyłem, wytworzył się skrawek wolnej przestrzeni: nikt widocznie nie odważał się przekroczyć niewidzialnej bariery odgradzającej go od pozostałych. Jeszcze przed paroma dniami taki widok był nie do pomyślenia, gdyż Orlan tak bardzo starał się nie wyróżniać spośród otoczenia, że niknął w każdej grupie liczącej więcej niż trzy osoby. Nie chcąc przeszkadzać Ellonowi i jego ekipie w pracy, podszedłem do samotnego Demiurga.
— Witaj, przyjacielu Orlanie! — powiedziałem, starając się, żeby mój głos brzmiał serdecznie i ciepło. Jest nadzieja, że stabilizator czasu zacznie działać?
— Dziwne pytanie, admirale Eli! — odparł Orlan zimno. — Czyż nie słyszałeś, że Ellon przyrzekł mi uruchomić go dzisiaj?
— Tak — wymamrotałem zmieszanym głosem. Słyszałem, Orlanie, jak Ellon ci to obiecywał…
— Sądzisz, że Ellon ośmieliłby się mnie oszukać? Taka rzecz wśród Demiurgów nie może się zdarzyć! Uspokój się, dzień dopiero się zaczął, admirale Eli.
On również popadł w szaleństwo. Wszyscy na statku tracili zmysły, bo nieuchwytna dla przyrządów wibracja czasu rozbijała im psychikę. W świadomości nawarstwiała się przywrócona do życia przeszłość, zagęszczała się mająca dopiero nastąpić przyszłość. W rozdwojonej duszy przeszłość zaczynała przeważać, gdyż jako dobrze już znana wydawała się bliższa. Tylko Olga stanowiła wyjątek, bo cała reszta zapadała się coraz głębiej w czas miniony.
Patrząc na dumnie kroczącego od ściany do ściany Orlana nagle zobaczyłem go takim, jakim był, gdy jeszcze nie stał się naszym przyjacielem, wyobraziłem sobie, jak wobec niego zachowywali się otaczający go lokaje, jego niewolnicy. Sztywna hierarchia, wymóg bezwzględnego posłuszeństwa wobec przełożonych jako nadrzędna zasada obowiązywała w społeczeństwie, gdzie nawet myśl o wolności była najcięższym przestępstwem i dawny Orlan był produktem tego właśnie społeczeństwa. To naturalnie nie jego wina, myślałem, że coraz głębiej grzęźnie w przeszłości, to jego nieszczęście, a nie wina. A poza tym w naszej obecnej tragicznej sytuacji jego pycha, jego surowa władczość może tylko sprzyjać wyzwoleniu nas z nieszczęścia… W nadzwyczajnych okolicznościach należy stosować jedynie nadzwyczajne środki. Ale co będzie, jeśli my się uratujemy, a on pozostanie takim oto pełnym pychy dostojnikiem? Czułem, że tracę przyjaciela, jednego z najbliższych i najserdeczniejszych przyjaciół…