Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Ci co zrozumieli, ci co zdążyli zrozumieć o co chodzi, już krzyknęli i podskoczyli, szurając krzesłami, a Tawi, przyciskając ręce do piersi, krok za krokiem cofała się do pokoju.
— Jak grom z jasnego nieba! — powiedział Fluk, patrząc na przybyłych; podobnie jak on, patrzyli na wchodzących i wzajemnie na siebie pozostali, widząc zarazem swój przestrach i zaskoczenie. Tawi z ledwością łapiąc oddech nie wierzyła własnym oczom. Sześciu żandarmów otoczyło ją, jeszcze dwóch zatrzymało się przed drzwiami; pozostali rozdzieliwszy gości, zapełnili cały pokój, uważnie przyglądając się domownikom, gotowi w każdej chwili do wykonania rozkazów.
Jak coś czym właśnie cieszyliśmy się niefrasobliwie, wyrwane gwałtownie z rąk obcym, pełnym nienawiści ruchem, znika pozostawiając ból zadanego ciosu, tak nagle rozbity został, złamany i odrzucony wesoły nastrój tego wieczoru. Strach wbił swoje dręczące żądło w drżące serca pobladłych gości, którzy teraz zerwali się, krzyknęli i patrząc jeden na drugiego dostrzegli równocześnie jak sami są bladzi, zmrożeni i wstrząśnięci widokiem broni.
— Tawi! — krzyknęła Alicja.
— Nic nie rozumiem — z przejęciem powiedziała dziewczyna, ponuro przyglądając się człowiekowi w czarnym mundurze, który zatrzymał się na progu wlepiając w nią natarczywe spojrzenie. Miał wzrok z przyzwyczajenia rejestrujący wszystko to, co ważne. W jednej ręce trzymał teczkę, a drugą ściskał swój ostry podbródek.
— Niechże pan wyjaśni, co to wszystko znaczy — powiedziała Tawi, starając się zachować spokój? — To pan ich przyprowadził? Czy widzi pan, jak nas przestraszył wszystkich? Jeszcze drżę cała. Przecież to oczywiście pomyłka? Zatem niech pan przeprosi nas i odejdzie, a ja zastanowię się, czy mam panu wybaczyć. To pomieszczenie ja zajmuję. Nazywam się Tawi Tum. I to wszystko, czego nie musiał pan wiedzieć.
— Tawi Tum — powiedział nieznajomy — otóż właśnie, musimy ustalić personalia pani. Jest pani aresztowana.
Te słowa wprowadziły w osłupienie wszystkich. Tawi, poruszywszy ramieniem, odepchnęła spoczywającą na nim rękę żandarma, odeszła w kąt i odwróciła się z twarzą zalaną łzami. Ralf i Murrey rzucili się na środek pokoju, przeszkadzając w schwytaniu gospodyni.
— Postradaliście całkowicie rozum — zapalczywie przemówił Murrey, wyciągając równocześnie ręce w celu powstrzymania napierających żołnierzy. — Wstydźcie się! Nie ma bardziej niewinnej i łagodnej istoty niż ta dziewczyna, na którą napadacie w siedmiu.
Odrzucił go ruch łokcia.
— Jest tu człowiek, który wie, co robi — gwałtownie odrzekł urzędnik. — Czy chce pan, bym aresztował i pana?
Celestyna, rzuciwszy się na łóżko, gorzko zapłakała; Rita drżąc bezsensownie powtarzała, rozglądając się wokół z pełnym politowania uśmiechem.
— Odejdźmy, odejdźmy stąd! Mój Boże, jaka potworność!
Jednak Butz z oczami nagle nabiegłymi krwią zatupał nogami, chwycił i cisnął krzesło.
— Nie ważyć mi się, nie pozwolę! — krzyknął zapalczywie.
— Milczeć! — głośno powiedział żandarm.
Butz wylękniony nagle zamilkł z wyrazem pełnym skruchy, skurczył się i przysiadł.
Teraz, kiedy zostało właściwie powiedziane wszystko, co najstraszniejsze, nastąpiła, jak to bywa w chwilach szybkiego i gwałtownego zdarzenia, krótka cisza, przypominająca potworny, nieruchomy, lecz wyrazisty i na zawsze zapamiętany obraz. Wszystkie spojrzenia skierowały się na uwięzioną, próbującą daremnie wyrwać się z rąk czterech krępujących jej ruchy policjantów. Płacząc, z otwartymi, nienawistnymi oczyma, z pogardliwie zaciśniętymi, ale pełnymi łez ustami, w chwili, gdy twarz drżała i cierpiała zupełnie już bezwolnie, Tawi przestała w końcu wyrywać się i wykręcać ręce, ale na ile jeszcze mogła, zacisnęła gwałtownie pięści i zdecydowanie potrząsnęła nimi. Mówiła oddychając z trudem.
— Żądam — powiedziała z rozpaczliwą zapalczywością — żebyście wyjaśnili mi swój żart! Dziś jest moje święto, dzień moich urodzin, a wy wzięliście mnie za uliczną złodziejkę? Oto moi goście, moi przyjaciele, co oni o mnie pomyślą?!
— Tawi, głuptasku! — przerwała jej wycierając łzy Alicja. — Nie mów głupstw!
— Pomyślimy, że jesteś zapalczywa jak dziecko — dodał ściskając jej rękę Murrey.
— Posłuchaj, spieranie się z tymi ludźmi jest bezcelowe. Zostaniemy tu i poczekamy na ciebie. Daj spokój i jedź. Pomyłka jest zbyt oczywista. Diabli wiedzą, co oni tam naplątali.
— Jedno słowo — powiedziała Tawi do człowieka kierującego aresztowaniem. — Jaka jest przyczyna waszej obrzydliwej misji?
— Otrzyma pani wyjaśnienie na miejscu — odpowiedział człowiek w czarnym mundurze. — Działam zgodnie z poleceniem i sam nic nie wiem.
— Łże pan — odrzekła z gniewem i goryczą dziewczyna — łże pan, bo przywykł pan łgać. Co pan robi tutaj z tym całym oddziałem? Pytam ponownie, po co ta podłość?
— Dość tego — powiedział urzędnik — proszę się pożegnać i bez sprzeciwu udać się na dół. Zostanie pani odwieziona. A was moi państwo — zwrócił się do gości — również zatrzymam na jakiś czas. Przeprowadzona zostanie rewizja.. Dopóki nie będzie zakończona, nikt stąd nie wyjdzie.
— Pozwólcie mi ich uściskać na pożegnanie — powiedziała Tawi do żandarmów. Podeszła po kolei do przyjaciół, ściskając ich serdecznie, a gdy przyszła kolej na Murrey'a i Ralfa, wspięła się na palce i całując pomazała wszystkich łzami. Żołnierze nie odstępowali jej ani na krok; podano jej kapelusz, ciepły żakiet. Włożyła drżące ręce w jego zniszczone rękawy, pośpiesznie zapięła się; w odpowiedzi na pożegnalne okrzyki posłała całusy, pomachała ręką, wyszła wśród brzęku szabel i stukotu butów, a zauważywszy, że urzędnik odwrócił się zniecierpliwiony w jej kierunku, spokojnie pokazała język.
V
Tawi zacisnąwszy zęby, połykając łzy i zataczając się, jak gdyby popychana zabójczym wiatrem, szybko przeszła wzdłuż ganku, pośród stojących dookoła żołnierzy. Na dole na podwórzu chybotały się lampy i stukały końskie kopyta; spoza drzwi sąsiednich mieszkań wyglądały dzieci i kobiety, uczepione razem, jakby im także groziło jakieś nieszczęście. Ze strachem i zaciekawieniem patrzyli na ponurą twarz dziewczyny. Tawi ostatkiem sił pomachała ręką i bezradnie uśmiechnęła się do tych, których znała. Kiedy jej kroki zrównały się z drzwiami, spoza których dobiegał głos i promienie światła, wówczas ostro zatrzaskiwały się i dolatywały spoza nich głuche przekleństwa. Żołnierze śpieszyli się: dwóch szło z przodu, usuwając z drogi i przypierając do ściany tych wszystkich, którzy przypadkowo znaleźli się w pobliżu, tylko Kwang, stojący nieruchomo pośrodku przejścia z pykającą fajką w zębach, ustępował z drogi zbyt wolno, tak że żandarm z groźbą chwycił za szablę.
— Nic nie myślę! — zdążył krzyknąć Kwang do dziewczyny. — Do widzenia po zwycięstwie.
Tawi spojrzała na niego przerażonymi oczami, tak że zrozumiał całą jej trwogę.
— No tak — dotarło do niej — złapali ją jak ptaka w klatkę i nic więcej.
Jeszcze tylko te mroczne, lecz gorące słowa grzały ją jak poryw ciepłego wiatru, gdy nagle wszyscy zatrzymali się; na schody wbiegł żołnierz, krzycząc: