Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Uniósł się, ale przecież powiedział, że to uczyni; i powiedział — dlaczego: wibracja dźwięków, wywołanych dzwoneczkami. Pięknie to wyszło! Prawdę powiedział ktoś, że sztuka lotów powietrznych rozpoczyna nową erę! Już najwyższy czas, by i pojazdy powietrzne były piękne i różnorodne, jak na przykład meble.
Pośród odżywających wspomnień o tym, jak otoczona była tłumem zaciekawionych ludzi, którzy byli przekonani, że właśnie ta dziewczyna wszystko wie, i jak ucieczka uratowała ją od nich, stale majaczyło oblicze samego Kruksa, wciąż jeszcze słyszała jego głos: „Wnet zobaczymy się”. Dlaczego to powiedział? Skąd wie, że Torp umarł? Zaczęła w końcu złościć się, bo ani wyjaśnić, ani wymyślić nic sensownego nie mogła, nawet plecy rozbolały ją od tych rozmyślań. Czy zapytał chociaż, czy chcę go zobaczyć? Oto pytanie, o które potknęła się, więc zaczęła powtarzać: „Czy chcę go zobaczyć?” — aż jej się to znudziło. „Chcę. Tak, chcę i koniec. Zachował się wobec mnie przyzwoicie”. Teraz dopiero poczuła się samotna i zmęczona, odarta i zagubiona do oczu napłynęły łzy. Tawi zapłakała, zjadła kawałek chleba, wypiła herbatę, uspokoiła się i położyła spać, zdecydowanie postanawiając sobie, aby jutrzejszy dzień urodzin ożywić radością i przyjęciem niewielu swoich znajomych.
Odwracając się twarzą do ściany, dotknęła swojej piersi i poczuła, że czegoś brakuje. Nie było medalionu, pozostawionego w lisskim lombardzie.
Jednak wykupię go, jak tylko sprzedam szal — pomyślała dziewczyna. A teraz zamawiam dla siebie dobry i ciekawy sen. Chcę Kruksa. Zapewne zobaczę we śnie, jak lecę z nim w tym jego powietrznym dziwolągu.
Ach, panie Kruks, czy wie pan, że jedna taka myśli o panu i nic nie rozumie, śpi… śpi… śpi…
W tym momencie jej usta ułożyły się jak do pocałunku z przytkniętym do nich wskazującym palcem, po czym dziewczyna zasnęła, widząc wszystko to, czego my nie zobaczymy.
II
O siódmej z rana Tawi obudziła się, dostrzegając to, co widzimy i my. Ze dwie minuty walczyła, odganiając nocną senność, która wpełzła pod kołdrę i rozpychała się wokół. W końcu przetarła oczy już całkiem przytomna. Świąteczny wyraz jej twarzy mieszał się z wczorajszą zagadką i dzisiejszym brakiem pieniędzy. Pomiędzy dzisiaj i wczoraj, jak fragment historii, leżała podróż do Lissy.
Mimo zmęczenia spała mocno, ale przebudziła się wcześniej z wewnętrznego nakazu, jaki nieświadomie sobie narzucamy, jeśli nadchodzący dzień jest pełen trosk.
— W tym dniu właśnie się urodziłam — przypomniała sobie wyciągając spod kołdry swoje ręce, gładząc je i oglądając jak gdyby z boku.
Z żalem zauważyła, że budzić mogą litość, a w każdym razie nie są tak ładne jak na posagach lub znanych obrazach. Ale to nic. Nasyciwszy wzrok rękami, z niepokojem dotknęła nóg — czy czasem nie są krzywe — a może są krzywe? Wyciągnęła jedną nogę spod kołdry, uniosła do góry, ale oprócz białości, prostoty i maleńkiej stopy nie dostrzegła niczego innego. Nagle wyobraziła sobie, że ktoś obserwuje te dziwne zajęcia i wzburzywszy pościel, schowała się w niej jak w wodzie, ściągając przy tym z krzesła porzucone wczoraj ubranie, które niepokojąc się włożyła pod kołdrą.
Z szalem zawiniętym w gazety wyszła z kuchni i zaraz natknęła się na sąsiadów. Wesoła, garbata praczka energicznie zagrzmiała na nią na schodach, łapiąc ją przy tym za rękę i krzycząc jak do głuchej:
— Czy nie wyjechałaś? Kiedy wróciłaś?
Małżeństwo Punktirowie, wędrowni aktorzy i zabawni staruszkowie podlewali właśnie czajnikiem donice z kwiatami; kiedy spostrzegli Tawi ruszyli razem ku niej z nienaturalnym zaciekawieniem w oczach.
— Czy pani jakoś załatwiła swoje sprawy? — zapytała staruszka; on zaś, uniósłszy jedną brew, przygotowywał odpowiedni wyraz twarzy w zależności od tego, jaka będzie odpowiedź.,
— Tak, pani sprawy — powtórzył. — Niech pani odnajdzie w sobie talent, talent sceniczny, z pani pociągającą figurą…
Małżonka przerwała mu lodowatym spojrzeniem, schował więc głowę w ramionach, z wyraźnym jednak zadowoleniem na twarzy, strzepując przy tym nitkę z rękawa.
— U kogo więc pani będzie służyła, moja kochana? — spytała madame Punktir głosem, w którym można było dosłuchać się cierpienia.
Jeszcze kilka osób w pantoflach włożonych na bose nogi, z fajką lub szpilką w zębach zapytało Tawi w podobny sposób, ona zaś wszystkim odpowiadała, że nie zgodziła się na żadną pracę z powodu skąpstwa gospodarzy.
— No, jakoś to będzie! — padała ogólna odpowiedź.
Najkrócej porozmawiała dziewczyna z Kwangiem, którego masywną postać, spoczywającą na materacu przy drzwiach z wyciągniętymi nogami w poprzek ganku — nie podciągnąłby ich, gdyby nawet przechodził tędy cały szwadron — należało obejść albo przekroczyć. Kwang był namiętnym palaczem. Zobaczywszy Tawi, poruszył nogą, ale nie usunął jej, tylko podrapał się po plecach. Wyjąwszy z ust fajkę powiedział, kierując słowa w stronę ulatujących kółek dymu:
— Nie udało się?
— Nie — rzuciła w biegu Tawi. Rozmawiający nawet nie spojrzeli na siebie.
— Kiks? — zapytał Kwang.
— Fiu — gwizdnęła Tawi.
Kwang dalej palił fajkę.
Zapowiadał się jeden z urzekających swoim blaskiem gorących dni, pełen delikatnej świeżości pięknego poranka, przypominający wyciągniętą w powitalnym geście rękę, dotykającą oczu, zanim spojrzą one na szaleńcze przejawy uczuć pogrążonych w ciężkich kolorach. Tawi szła szybko, chcąc powrócić do domu jeszcze przed nastaniem upału, znalazła się więc w sklepie tuż po jego otwarciu. Był to jeden z tych sklepów, w których miała już nieraz okazję bywać, handlowano tu rzeczami o najróżniejszym przeznaczeniu.
— Chcę sprzedać ten szal — powiedziała surowo do sprzedawcy, który przerwał śniadanie z myślą o zarobku.
Przeżuwając resztki zaczął oglądać szal, obracając go przed swoją kwaśno-ponurą twarzą tak uważnie, jak chyba nawet tkacze tego nie czynią. — Póki pan ogląda, ja porozmawiam z pańskiego telefonu — powiedziała dziewczyna i odnajdując w pamięci właściwy numer, zaczęła dzwonić.
— Mieszkanie doktora Emmersona — powiedział jej do ucha daleki kobiecy głos.
— Więc ile pani chce za tę rzecz? — spytał sklepikarz.
— Czy Rita jest w domu? — zapytała Tawi. — Kosztował trzydzieści, może dwadzieścia pięć, nie doprowadzi to pana do bankructwa?
— Jest w domu i zaraz ją poproszę.
— Niech pani posłucha — powiedział handlarz — po co tu zbędne gadanie, ja sprzedaję taki sam i nawet lepszy za piętnaście, dwa, trzy, sto sztuk sprzedam.
— Przecież sprzedaję — potulnie powiedziała. — Rita, czy to ty?
— Tak, ja, kto mówi? — głos był spokojny i nieco głuchy.
— To ja, Tawi.
— Niech pani bierze dwanaście — powiedział sklepikarz.
— To lepiej go wyrzucę.
— Tawi, co ty tam wygadujesz? Nie zrozumiałam.
— Rita, nie przejmuj się, rozmawiam z tobą i jeszcze z takim jednym. Przyjdź do mnie dziś wieczorem ze swoim brzuchatym Butzem. Dziś dzień moich urodzin.