Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
VII
W ciągu pięciu miesięcy sześciu tajemniczych i milczących ludzi wykonywało to samo zadanie, poświęcone tej samej sprawie i temu samemu celowi. Ze swoim szefem, który nimi sterował, spotykali się i rozmawiali tylko w tych wypadkach, kiedy było to całkowicie niezbędne. Otrzymywali i wy dawali wielkie sumy pieniędzy na to, by przesyłać konsekwentnie i stale gdziekolwiek zdobywane informacje, a było ich tyle, że można by dzięki nim przesiedlić wielu ludzi lub wywołać wojnę. Jeśli brakowało im pieniędzy, a napotykane przeszkody można było rozciąć jedynie potężnym, złotym mieczem — trzask telegrafów przelatywał przez kraj, trafiał do białej ręki otwierającej niecierpliwym kobiecym ruchem matowe szkła okienek banku, gdzie gładko przyczesany człowiek numerował, podpisywał i sprawnie finalizował przemianę jeszcze nie wyschniętego podpisu w kolorowe paczki banknotów lub sztabki złota ciążące wraz z ręką ku ziemi.
Początkowo marszruty owych sześciu ludzi, poświęcających, jak się wydawało, całe swoje życie tej jednej sprawie, dla której wezwał ich szef, obejmowały ogromny obszar. Ich drogi często się krzyżowały, ale tylko czasem się spotykali, głównie zaś relacjonowali swoje spostrzeżenia, po czym z nowymi rozkazami udawali się do miejsc, które miały jakikolwiek związek z ich zadaniem lub też powracali na stary trop z nowymi instrukcjami, dzięki czemu ich droga stawała się bardziej pociągająca, zadanie konkretniejsze, a sposoby działania bardziej rozmaite. Wszyscy oni byli ze sobą powiązani, lecz równocześnie każdy z nich działał sam.
Powoli jednak ich podróże traciły swój dotychczasowy rozmach, zaczęły koncentrować się wokół kilku nitek, oznaczonych tajemniczymi znakami na swoistej mapie, z której nie zrozumielibyśmy niczego. Z prowincji podążali, klucząc, do metropolii albo raczej do dużych miejscowości, w obrębie których cel stał się bardziej wyraźny, bardziej prawdopodobny, chociaż ciągle jawił się jako zwykły przypadek, ale mimo wszystko wzbudzał większe nadzieje.
Już majaczyło jakieś niejasne rozwiązanie. Już fakty kilka razy sprawdzone układały się w klarowną, płynną smugę podobną do dalekiego błysku bezgłośnego wystrzału; już prosty trop pojawił się na dobre, skupił na sobie całą uwagę i dokładne wyobrażenie finału. Wyciągnięte ręce trafiały jednak w pustkę, drżały z wysiłku, gdy niespodziewany cios rozniósł na strzępy różne tajemnicze sidła. Wkrótce nastąpił dzień, w świetle którego wszystko znalazło się na swoim miejscu i stało się dostrzegalne zwyczajnymi oczami zwyczajnych ludzi.
Powracamy do Runy Beguem, której dusza zbliżała się już do mrocznej granicy. Jej głos stał się suchy, wzrok nieruchomy i spokojny, ruchy zmęczone i ślamazarne. Jednak ani razu w ciągu całego czasu, poświęconego poszukiwaniu śmierci dla płomiennego serca niewinnego i odważnego człowieka, nie nazywała rzeczy po imieniu i nie pomyślała o niej przejęta rozpaczliwym smutkiem. Ginęła i broniła się z zimną rozpaczą, znajdując oparcie w przekonaniu, że śmierć Druda uwolni ją i uspokoi. To uczucie podobne do olśnienia lub porażenia wywołanego nieznośną męką, przedłużające się nieskończenie, zrodziło cel, który powierzyła szefowi i z nim tylko rozmawiała na ten temat prosząc przy okazji, by ominęły ją dalsze zmartwienia.
Nie ma nic ponad namiętności, jakie prędzej czy później mogą zawładnąć wszystkimi myślami i całą duszą człowieka, dotąd, być może, żyjącego bez specjalnych planów, ale mającego przeczucie i chęć spełnienia swej misji. Należało wyciągnąć go z łanu głów, poznać i wyróżnić spośród wielu podobnych doń twarzy, spośród sobowtórów łudząco podobnych do oryginału. Wydawało się, że to nie ma nic wspólnego z postępowaniem dziewczyny, której wyjazdy i przyjazdy odnotowane były w prasowej kronice towarzyskiej podniosłym stylem. Rzeczywiście, nie mogła dokonać tego przy całym uświadomieniu sobie osobowości i jasnym przeświadczeniu, co trzeba byłoby zrobić; pozostawało jedynie publiczne wyzwanie lub inwigilacja ludności kilku miast z odpowiednimi badaniami, co zajęłoby wiele lat.
Potrzebny człowiek zjawił się sam, jak gdyby oczekiwał na chwilę zupełnego wyczerpania, żeby zastukać, wejść i przemówić. Z pustej ulicy dolatywał stukot kół, stawał się coraz głośniejszy i Runa, odganiając sen, a dokładniej — martwą nieruchomość myśli, z jaką próbowała oderwać się na palącej policzki poduszce od rzeczywistości, przysłuchiwała się turkotowi niewidocznego pojazdu.
Kto to jedzie nocą? Dokąd? — pyta siebie, mimowolnie spostrzegając, że trwa w napiętym oczekiwaniu, że krew jej szaleńczo pulsuje; wydało się, że do niej właśnie kieruje się samotny turkot nocy. Brzmi coraz głośniej, wyraźniej i coraz szybciej. Ktoś śpieszył się. Runa wstała, wsłuchiwała się w terkot kół, ale ten nagle ustał naprzeciwko jej domu, po czym inny dźwięk, leniwy i mętny dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny dzwonek, już bliżej, potem stukot oddalonych drzwi, szmer i zamieranie niewyraźnych kroków. Nie wytrzymała już dłużej i zadzwoniła, czując z ulgą, jak czynność ta wyprowadza ją z odrętwienia.
Cicho pukając weszła pokojówka.
— Ktoś do pani przyjechał — powiedziała. — Nie mogliśmy nic zrobić. Z karety pokrytej herbami wyszedł człowiek i rozkazał bezzwłocznie przekazać pani list. „Jak tylko go przeczyta — powiedział — otrzymacie polecenie, by natychmiast zaprowadzić mnie do waszej pani”. Naradziliśmy się chwilę. On zaś widząc, że nie chcemy niepokoić pani, zaśmiał się i dał nam po kilka złotych monet. Domyśliliśmy się. że tak ważna osoba nie ośmiela się niepokoić pani bez przyczyny. Postanowiliśmy więc spróbować, pomyśleliśmy…
— Jak to! — mimowolnie oburzając się powiedziała Runa. — Tylko kilka złotych monet… Zobaczę ten list. Biada wam, jeśli jest zbyt błahy, jak na takie bezczelne odwiedziny.
Rozerwała kopertę, z wyrzutem spojrzała na pokojówkę, która jeszcze zdążyła, jąkając się, wybełkotać:
— Doprawdy nie wiemy, dlaczego wpuściliśmy go. On wie, co robi. Jest taki spokojny. Ma w sobie coś…
Runa już jej nie słuchała. Skierowała wzrok na atłasową kartkę, i zatrzymała go, wzruszona, na słowie: „Drud”. które każdemu innemu mogło wydać się bez sensu. Przeczytała kartkę: „Na tropie Druda” — nic więcej tylko tyle, lecz to wystarczyło.
— Proszę mi podać ubiór — powiedziała z pośpiechem do pokojówki, gwałtownie mnąc przy tym list, jak chusteczkę. — A tego człowieka zaprowadź do marmurowego pokoju gościnnego.
Wśród nocy zapłonęły zwrócone do ogrodu okna salonu, jaskrawe światło rozjaśniło posągi i dywany; wokół powiało nienaturalnym ożywieniem, wywołanym późną nocną godziną, skrywającą sedno tajemnicy. Runie z trudem udało się zapanować nad sobą i przybrać chłodny, nieruchomy wyraz twarzy. Wchodząc do salonu napotkała witające ją spojrzenie wąskich, półprzymkniętych oczu. Oczy te przekazywały niemal świdrujący ton równy nieprzyjemnemu, ostremu dźwiękowi; dookoła kości policzkowych śniadej twarzy wiły się siwe, opadające lokami na pierś włosy, przypominające osiemnaste stulecie. Krzywa linia gładkich ust pokrywała całą twarz mrocznym światłem, przywołując uśmiech Giocondy. Taka twarz mogłaby przestraszyć, gdybyśmy beztrosko nucąc, nagle ją ujrzeli. Był w czarnym surducie i trzymał czapkę w rękach. Runa zjawiła się z pytaniem na ustach, ale gdy tylko spojrzała na gościa, od razu zrozumiała, że jest to zbyteczne. Należało raczej przedłużyć prowadzoną rozmowę.