Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
— Daję piętnaście! — krzyknął sklepikarz.
— Co tam pozdrowienia — dobrze, biorę piętnaście — Rita, starzejemy się, czy to przyjemnie, gdy na karku dwadzieścia?! Czekam i ugoszczę, czym chata bogata. Co? No, bądź zdrowa.
Odeszła od telefonu, podstawiła rękę przed właścicielem sklepu i ze smutkiem przyglądała się, jak ten opuszcza w nią jedną po drugiej srebrne monety, Robił to, szczerząc zęby i zaglądając w oczy dziewczyny. — Do widzenia — powiedział. — Niech pani przynosi co tylko ma, kupimy wszystko.
— Kupić, przekupić, utargować, odsprzedać — z roztargnieniem powtarzała Tawi, stanąwszy na progu i odwracając się z czupurnym uśmiechem. — Ale jednego pan nie kupi.
— Co, co takiego? — z urażoną handlową ambicją spytał sklepikarz, zaperzając się przy tym i pocierając ręce.
— Nie kupi pan dnia urodzin tak, jak ja go kupiłam. Ot co! Ścisnęła pieniądze, podniosła rękę i roześmiała się. — Nie kupi pan! Trafagator, Ekliador i Makridator!
Wykrzyknąwszy te słowa rodem z powieści okultystycznej, którą przeczytała niedawno, nie przestając się śmiać, dziewczyna rozmarzyła się w blasku porannego słońca, którego promienie wywoływały białą ślepotę w łzawych oczach.
Kupiwszy czerwoną różę i białą lilię — o czym marzyła wczoraj — Tawi przypięła je do sukni. W jej koszyku leżały już jajka, mięso, masło i mąka; pośród zakupów sterczała srebrzysta szyjka ciemnej butelki wina; kilka pomarańczy czerwieniło się pod jej batystowym łokciem. Tak wyposażona z poczuciem dokonania czegoś niezwykłego, zjawiła się w domu, usiadła, pocmokała w gospodarskim zamyśleniu i roznieciła ogień w kuchence.
Ognisty płomień rozjaśnił szczeliny żeliwnych płyt. Pokój i kuchnia płonęły słońcem; panujący wokół nieporządek stał się jakby znośniejszy. Róża i lilia radośnie zakwitły w niebieskim, mlecznym wazonie, postawionym na stole przykrytym zwisającym obrusem. Patrząc na nie, Tawi zachciało się biec w sady pełne zieleni i srebra liściastych prześwitów, gdzie klomby płoną kwiatami i migotliwa jak głośne bicie serca cisza panuje dokoła. Po wrzuceniu mięsa do garnka rozejrzała się i zobaczyła na zegarze samotną pierwszą godzinę, przygrzaną południowym słońcem. Wówczas zapragnęła, żeby serce biło boleśniej i słodko; bezceremonialnie postąpiła ze swoimi zakupami i szybko, przedeptując niecierpliwie nogami, rzuciła na mięso kawał masła, postanawiając że posoli później, jak będzie gotowe; z nagłą irytacją zamiesiła w glinianej wazie mąkę z mlekiem i jajkami, zrobiła farsz i przygotowała pieróg. Gdy te czynności zaczęły zbliżać się ku końcowi, wydało się jej, że to wszystko powinno być smaczne; wówczas z większą już łaskawością spojrzała na pieróg i mięso oraz ostrożniej wsunęła dania do piekarnika; potem wymyła ręce, złapała książkę i usiadła naprzeciwko okna.
Subtelny zapach róży kłócił się z panującym wokół ubóstwem. Pragnienie rozkoszy opanowało Tawi; wylała z flakonu kroplę perfum na chusteczkę i zaczęła wdychać aromat z uczuciem pewnego zadowolenia, po czym położyła chusteczkę tuż obok na stole. Coś, co trzymała w drugiej ręce, wypadło jej na kolana. Był to pochwycony w roztargnieniu kawałek starego sera. Zarazem jakby od niechcenia przysunęła nogą krzesło, na którym od wczorajszego wieczoru leżała pajda chleba i odłamała kawałek skórki. Ser był tak gorzki, że wypluła go, ale po chwili starannie wyskrobała nożem pleśń, ponownie usiadła i zabrała się do jedzenia. Równocześnie jej błyszczące oczy szybko od góry do dołu lustrowały stronice książki.
W tym czasie, gdy w piekarniku coraz głośniej skwierczało mięso, pęczniał i kurczył się pieróg, gotowy raczej przypalić się, aniżeli ustąpić miejsca jakiejś literaturze, jeździec z Saint-Croix wzbijając pył pędził po kamienistej drodze do księcia Alonsonu z wiadomością o napaści Anglików, a Tawi, naperfumowana, siedziała trzymając się go kurczowo. I w czasie, gdy lord, gubernator Calais, zażądał od Diany niemożliwych do spełnienia pragnień, sos wylał się poza brzeg, ale Tawi z lodowatym spojrzeniem powiedziała do lorda: „O, nie!” I gdy rycerz, ów bohater wszechczasów i wszechkrajów, uwalniał u-więzioną, pieróg pękł, utracił część nadzienia, a Tawi, czerwieniąc się, zdecydowała się już odpowiedzieć rycerzowi z wielkim mieczem: „Tak”.
O, ludzie, umarli ludzie, z dziecięcym wyrazem oczu, zamroczonych życiem! Do was uśmiechają się i witają was ci wszyscy, którzy dyszą niespokojnym i słodkim powietrzem nieistniejącej krainy. Tawi nie wiedziała — spała czy nie, lecz zmęczywszy się, zobaczyła, jak wśród armii angielskiej i francuskiej pojawili się Indianie. Za chwilę wszystko znikło. Tawi przetarła oczy ręką, ocknęła się i ponownie zajęła się gospodarstwem.
III
Sprzątając pokój, ścierała szmatą kurz, szurała krzesłami, wycierała naczynia, aż z powodu tego zajęcia zaczerwieniły się jej delikatne policzki. Tawi czuła, że płoną, zbliżyła się więc do lustra, prychając i spluwając.
— Tfu, tfu! Wyglądam jak wiedźma, jak kominiarz, jestem nie lepsza od tego oto Saracena!
Rzeczywiście, jej nos był zakurzony, pasmo sadzy zabrudziło policzek, a szyja aż zszarzała od kurzu. Tawi schwyciła odruchowo ręcznik, ażeby powycierać się, ale zdetonowana z westchnieniem opuściła rękę i kiwnęła głową:
— Nie mam dla kogo myć się i stroić; jestem i tak dobra.
Zaiste, i tak była dobra.
Nie ma bardziej wygodnej chwili w opisie kobiety niż ta, gdy sama sobie o tym przypomni, a więc opisać ją należy, że tak powiem, przy okazji. Jeśli już to nastąpiło, grzechem byłoby nie skorzystać z nadarzającej się sposobności i czekać na inną okazję. Zapewne przenikliwy czytelnik zauważył, że podkreślając słowa: „była i tak d o b r a” to znaczy, dobra niezależnie od zabrudzonej kurzem i sadzą twarzyczki — nie mamy na myśli klasycznej harmonii rysów, która nie może być naruszona sadzą i kurzem, bo plama sadzy natychmiast ją oszpeci. Spróbujcie przeprowadzić doświadczenie z posągiem, brudząc jego przepiękne rysy — zawierające tylko i wyłącznie wyraz umownego piękna — czymś ciemnym, chociażby nawet tą oto sadzą, wówczas natychmiast zniknie oczarowanie. Plama lub pasmo brudu wprowadzą do klasycznej formy marmuru zabójczą cechę, która bezwzględnie zniszczy jego doskonałość, podobnie jak kleks na białej karcie uczyni ją całą niechlujną. Podobnie doskonała od stóp do głowy piękność, kobieta o nieskazitelnej i surowej urodzie, utraci wszystko, jeśli będzie miała zakurzony nos lub pobrudzony atramentową plamą policzek. Taka już jest natura każdej doskonałości — potężnej, ale i bezbronnej, jeśli pod jakimś względem została wyraźnie naruszona.
Jednak żywa i wesoła dziewczyna z nietypową, lecz miłą i delikatną twarzyczką, z promiennym i ciepłym jak cichy dźwięk dzwonu spojrzeniem, którego wyraz bez przerwy się zmienia; dziewczyna, która cały czas pozostawia wokół siebie niewidoczny ślad lekkich i beztroskich ruchów; szczupła lecz dobrze zbudowana, z wyraźnym i czystym głosem, z uśmiechem lśniącym jak drżenie letniego listowia — ta dziewczyna może, nie ośmieszając siebie pod żadnym względem, brudzić się i wycierać z kurzu, ile tylko wlezie; jej nieprzeparty urok zwycięży czarną powłokę sadzy dlatego, że posiada więcej piękna niż nieruchomy posąg bogini, który w powolnym tempie wypromieniowuje swoją cudowność. Czyż może ta ostatnia śmiać się i skakać beztrosko? Nie. Ale może to wszystko zrobić każda po prostu sympatyczna dziewczyna, zanadto nie troszcząc się o swój wygląd i zachowanie.
To wszystko, co chcielibyśmy na ten temat powiedzieć, wykorzystując ów odpowiedni moment. W tym czasie Tawi, wycierając przedmioty stojące na komodzie, przeprowadziła w myślach rozmowę z gipsowym Saracenem. Często kapitan wytrzepywał o jego podstawę fajkę, obtłukując w ten sposób farbę i pokrywając nogi Saracena strasznymi urazami. Saracen uniósł rękę do oczu, patrzył w dal, drugą zaś trzymał na rękojeści jataganu.