Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Tomek na tropach Yeti - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Tomek na tropach Yeti

Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:

Tomek wraz ze swymi towarzyszami — bosmanem Tadeuszem Nowickim oraz ojcem Andrzejem Wilmowskim, wyrusza do Indii. Powodem ich wyprawy jest tajemnicza depesza nadesłana przez Jana Smugę. Ekipa przybywa na miejsce z mieszanymi uczuciami, bowiem nie są do końca pewni, co czeka ich u kresu podróży. Tomek, jego ojciec i bosman udają się do pana Abbasa po dalsze wskazówki od Smugi. Otrzymują list oraz depozyt, czyli worek ze złotem. W chwili, gdy pan Abbas przekazuje im ów depozyt, do pomieszczenia wpada zakapturzona postać, która zadaje Hindusowi śmiertelny cios i ucieka. Nie udaje im się przeszkodzić złoczyńcy i niewinny pan Abbas umiera. Od tego momentu, przyjaciele wyruszają trasą przygotowaną przez pana Smugę, aby spotkać się z towarzyszem i dowiedzieć, po co wezwał ich, aż do Azji Środkowej. Podróż przebiega przez Indie, Tybet, aż do Chin.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 76
Перейти на страницу:

Ścieżka tymczasem pięła się coraz wyżej i wyżej. W cieniu skał panowało dokuczliwe zimno, lecz gdy szlak wynurzał się na otwartą przestrzeń, słońce mocno przygrzewało. Po kilkugodzinnej uciążliwej jeździe, ku niezmiernej uldze bosmana, osiągnęli wreszcie przełęcz. Była to słynna Zoji-la, jedno ze słynnych przejść na północ. Tutaj babu zarządził krótki postój, aby zmęczone wierzchowce mogły nieco odetchnąć.

Z języka lodowcowego, odległego zaledwie o jakieś trzysta metrów, wypływał wartki strumień, który tu na przełęczy tracił pęd i nawet tworzył zakola, by nieco dalej zmienić się znów w spieniony, spadający po skalnych progach potok. Podczas zimowych zawiei, trwających tutaj szereg miesięcy, przełęcz była niedostępna i wręcz niebezpieczna dla ludzi i zwierząt. Świadczyły o tym bielejące w słońcu szkielety mułów oraz cmentarzyk ułożony z kamiennych płyt. Porywisty wiatr, wiejący bez przerwy, uprzykrzał wypoczynek.

— Niczego sobie wycieczka! W mieście morderstwo, a w górach szkielety bydląt i cmentarz witają nas na początku wędrówki — mruknął marynarz.

— Nie utyskuj, bosmanie, lepiej obejrzyj się za siebie — zawołał Wilmowski.

Na południowym zachodzie widać stąd było cichą zieloną dolinę Kaszmiru. Bosman uśmiechnął się, wspominając odurzający zapach kwiatów, gondole pływające po kanałach oraz śpiew pięknych dziewcząt. Markotnie spojrzał z kolei ku północy, gdzie rozciągała się nieprzystępna, wyżynna pustynia.

Z przełęczy Zoji-la można było zaobserwować zasadniczy kontrast między krainami południa i północy. Zachodnie pasmo Himalajów stanowi wyraźną granicę pomiędzy roślinnością Kaszmiru i Ladakhu oraz pomiędzy Indiami i Wyżyną Tybetańską. Dzieli ono Kaszmir na dwie części. W każdej z nich panują inne klimaty i zamieszkują odmienne ludy, o różnych kulturach. Na południe od gór w malowniczych, dobrze nawodnionych dolinach mieszkają Ariowie — hinduiści i mahometanie. Na północ od nich rozpościera się niegościnna pustynna wyżyna — kraina Mongołów — buddystów. Mimo iż Ladakh politycznie należy do Kaszmiru, faktycznie stanowi nierozerwalną geograficzną i kulturalną jedność z chińskim Tybetem. Ladakh to przedsionek Tybetu.

Tu za Zoji-la podróżnicy przeżywali bardzo denerwujące chwile. Oto zza załomów skał wyłoniła się przed nimi karawana zdążająca w przeciwnym kierunku. Rozległy się pospieszne okrzyki poganiaczy zwierząt. Obydwie grupy przystanęły natychmiast. Poganiacze karawany pnącej się na siodło przełęczy wcisnęli się wraz z końmi w małe skalne nisze, aby umożliwić przejście schodzącym z góry. Dopiero wtedy Pandit Davasarman dał swoim znak do marszu.

Czoła podróżników, a nawet i poganiaczy przywykłych do takich wędrówek, zrosiły się potem przy wymijaniu karawany stojącej pod skalną ścianą. Konie ocierały się o siebie bokami, stękały przerażone, z trudem utrzymywały równowagę na krawędzi ścieżki. Bosman byłby naprawdę przymknął oczy, lecz “salamy” zmuszały go do wymiany uprzejmych pozdrowień z obcymi wędrowcami. Byli to mahometańscy pielgrzymi ze Wschodniego Turkiestanu, którzy z rodzinnego Jarkendu wyruszyli do Mekki [105] — świętego miasta mahometan. Podróż ich miała trwać w obydwie strony około jedenastu miesięcy, jechali więc ze swym dobytkiem zapakowanym w wielkie toboły. Na nich siedziały kobiety otulone wraz z głowami w obszerne białe opończe. Czarne, nieco skośne oczy, ciekawie zerkały spod zasłon. Mężczyźni trzymając konie za uzdy krótko przy pyskach, aby stały spokojnie, pozdrawiali obcych podróżników. Mahometanie z Jarkendu ubrani byli w długie, podbite futrem kaftany oraz w płaskie, obramowane futrem czapki i w wysokie, miękkie buty. Wołając “salam”, uroczyście się pochylali w pokłonie ze złożonymi na brzuchu rękami, aczkolwiek nie było to łatwe ze względu na niepokój wierzchowców. Nasi podróżnicy odpowiadali na uprzejme powitania i mimo że wymijanie karawany było bardzo niebezpieczne, ciekawie obserwowali mieszkańców dalekiego Turkiestanu. Podziwiali ich odwagę i podjęte ryzyko. Iluż bowiem pielgrzymów ginęło podczas długiej, niebezpiecznej wędrówki.

Przez następnych kilka dni jechali wzdłuż burzliwego, rozcinającego tę partię gór strumienia Dras. Na noclegi zatrzymywali się wśród rumowisk skalnych, które stanowiły prawdziwe królestwo świstaków [106]. Według wierzeń buddystów dusza zmarłego złośliwego człowieka wciela się po śmierci w świstaka. W okolicy roiło się od nich, ponieważ nie doznawały krzywdy ze strony przesądnych Tybetańczyków, a niedźwiedzi strzegły się pilnie. Zmyślne zwierzątka przypominały Tomkowi widziane w Meksyku pieski stepowe [107]. Chcąc lepiej przyjrzeć się azjatyckim, na postoju podkradł się z bosmanem do żerującego stadka. Udało im się nawet osaczyć jedno zwierzątko. Zagnane pomiędzy głazy, wcale nie okazało bezradności. Przewróciło się na wznak i broniło ostrymi pazurami. Z desperacką wściekłością chwytało zębami za kij podsuwany przez Tomka.

Nie na wszystkich chota haziri, to jest biwakach, udawało się im rozpalać ognisko. Jedyny bowiem opał stanowiła znajdowana po drodze Boortsa lub Eurotia, roślina przypominająca wyglądem koper. Jej łodygi często zastępowały zwierzętom paszę. Wydzielała olejek pachnący jak kamfora. Nasycone nim świeże, ścięte, zielone rośliny paliły się znacznie lepiej niż suche.

Pandit Davasarman był nieocenionym organizatorem poszczególnych etapów drogi, toteż względnie szybko dotarli doliną Saru do jedynej na szlaku mieściny, wyposażonej w skromny bazar i szpitalik. Stąd niedaleko już było do Shergolu, pierwszej najdalej na zachód wysuniętej osady buddystów.

W dolinie Wakka z daleka ujrzeli zbudowany wysoko na skale klasztor buddyjski. Przebywali w nim Czerwoni Lamowie. Tak jak ich tybetańscy bracia — Żółci Lamowie, podlegali Wielkiemu Dalajlamie w Lhasie. Davasarman znał te zakątki i informował współtowarzyszy o życiu lamów, nigdy nie rozstających się z młynkiem modlitewnym oraz różańcem. W każdym klasztorze przebywała mała grupa lamów, zajmujących się wyłącznie czynnościami religijnymi, natomiast większość członków społeczności klasztornej wykonywała ciężkie prace gospodarskie.

W pobliskim miasteczku karawana zagłębiła się w labirynt starannie zbudowanych z gliny domków o płaskich dachach.

Na nich sterczały wysokie kije obwieszone białymi szmatkami [108] i czarnymi ogonami jaków. Na dachach siedzieli w milczeniu, jakby pogrążeni w kontemplacji mężczyźni, odziani w ciepłe kitle oraz czapki z klapkami na uszy. Na widok przeciągającej karawany podnosili się z powagą, wykrzykując jeden tylko wyraz: “dżule!” [109], potem pochylali się do przodu z wielkim palcem prawej ręki wyciągniętym w górę i z językiem wysuniętym aż na brodę.

Bosman Nowicki w pierwszej chwili oniemiał z oburzenia. Poczerwieniał, zdarł konia cuglami i zatrzymał w miejscu. Unosząc się w strzemionach, zawołał do siedzących na dachu mężczyzn:

— Ach, wy bycze ogony, to tak uprzejmie witacie podróżników?! Taka to u was gościnność?!

Mężczyźni na dachu jeszcze głośniej krzyknęli “dżule” i jeszcze bardziej wysunęli języki.

Być może doszłoby do przykrego incydentu, bo bosman ogarnięty pasją zsiadł z konia, lecz na szczęście w tej chwili babu przyskoczył na wierzchowcu do marynarza i przytrzymał go energicznie za ramię.

— Stój, sahibie! Oni właśnie w ten sposób pozdrawiają! — zawołał półgłosem, po czym skinął głową ku mężczyznom, krzyknął “dżule” i tak jak oni wysunął język.

Mężczyźni uniżenie ponowili powitanie, a następnie spokojnie usiedli na dachu.

вернуться

105

Mekka — miasto w Arabii.

вернуться

106

Świstak — gryzoń z rodziny wiewiórkowatych. Wydaje donośny świst, stąd nazwa. W Azji gatunek środkowoazjatycki (Arctomys caudatus).

вернуться

107

Amerykańskie pieski stepowe (Arctomys Ludovicianus) — podobne wielkością i barwą sierści do świstaków. Żyją głównie na preriach Ameryki Północnej.

вернуться

108

Buddyści posiadają tzw. młynki modlitewne, na których bębnie wypisane bądź nalepione są teksty modlitw. Buddysta kręcąc korbką bęben młynka uważa, iż odmawia modlitwę. Bębny te są różnych rozmiarów, od małych ręcznych, aż do wielkich wprawianych w ruch przez wodę strumienia. Taką samą rolę jak bębny modlitewne spełniają i flagi modlitewne, zawieszone na gałęziach drzew lub na kijach. Wiatr porusza papierkami bądź szmatkami z wypisanymi na nich modlitwami i w ten sposób pacierz “jest odmawiany” na intencję tego, kto wywiesił “flagę”.

вернуться

109

Dżule, tzn. sługa pański.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 76
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)