Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
się tysiąc lat temu?
Zatrzymali się. Usłyszał cichy szept i dźwięk przesuwającego się portretu. Zrobiło się
jeszcze cieplej. Gorąco.
Ręce opuściły go i położyły na czymś miękkim.
Nie! Nie chciał...
Ścisnął go desperacko, ale jego ramiona zostały oderwane. Opadł bezwładnie do
tyłu, poddając się zmęczeniu.
Zapach zniknął. Pozostała jedynie nieco zakurzona woń starych kanap i gobelinów.
Przez jakiś czas walczył z nieustannym wirowaniem w głowie i coraz bardziej
nieprzyjemnym uciskiem w żołądku. Kiedy w końcu zdołał otworzyć oczy, rozejrzał
się mętnym wzrokiem. Był sam w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. I leżał na kanapie
przed kominkiem.
Skąd się tu wziął? Gdzie... gdzie się podział Snape? Czyżby... a więc to nie był sen?
Miał wrażenie, że zapach Snape'a, jego dotyk... że to mu się tylko przyśniło...
Sięgnął po schowaną w kieszeni Mapę Huncwotów. Rozłożył ją z pewnymi
trudnościami, a następnie spojrzał na komnaty Mistrza Eliksirów.
Dostrzegł go. Był w swoim gabinecie. Ale... - Harry bardziej przybliżył mapę,
ponieważ wydawało mu się, że źle widzi - ...ale oznaczająca go kropka poruszała się
jakoś dziwnie. Zamknął na chwilę oczy i otworzył je ponownie.
Nie. Kropka nadal wirowała mu przed oczami w dziwnych zygzakach.
To musiała być wina alkoholu.
Rozejrzał się po mapie. Jedynie w Pokoju Wspólnym Ślizgonów dostrzegł kilkoro
uczniów, którzy jeszcze nie spali, ale ze zdumieniem zdał sobie sprawę z tego, że
wszystkich pozostałych widział wyraźnie. To znaczy na tyle wyraźnie, na ile pozwalał
mu na to jego obecny stan.
Ponownie spojrzał na gabinet Snape'a. Oznaczająca go kropka nadal wirowała mu
przed oczami.
Odłożył mapę, a jego głowa opadła bezwładnie.
Prawdopodobnie jest po prostu zmęczony i za dużo wypił. Nic dziwnego, że ma
halucynacje.
Musi się przespać. Tak. Może jutro wszystko będzie wyglądać lepiej... Może wtedy
cokolwiek zrozumie...
Cokolwiek.
--- rozdział 61 ---
61. Preludium
Harry przetarł powieki i ponownie wbił spojrzenie w rozłożoną na kolanach mapę
Huncwotów. Oczy bolały go od gorączkowego wpatrywania się w nią przez ostatnie
trzy godziny w tym słabym świetle rzucanym przez kilka umocowanych na ścianach
korytarza pochodni. Nie chciał ryzykować używania Lumos, na wypadek gdyby
światło wydostało się spod peleryny niewidki. Zbyt wielu Ślizgonów kręciło się
korytarzami w lochach, a i tak niewiele brakowało, by pewien drugoroczniak wpadł na
niego, kiedy przepychał się ze swym kolegą. Dlatego też miejsce na zimnej,
kamiennej posadzce pod ścianą korytarza zamienił na niewielką wnękę znajdującą
się może nieco dalej i w mniej oświetlonym miejscu, ale przynajmniej
bezpieczniejszą, skoro zamierzał tu spędzić kilka godzin, czekając na... no właśnie,
na co? Na jakąkolwiek okazję.
Ale wyglądało na to, że przynajmniej dzisiejszego wieczoru, Snape nie zamierza się
nigdzie ruszać ze swych komnat. Przez dwie i pół godziny siedział w gabinecie, a
następnie wstał i wszedł do salonu. Spędził w nim kolejne pół godziny, by później
przenieść się do łazienki i ostatecznie do... - Harry obserwował czarną kropkę, która
rozmywała mu się już przed oczami - ...no tak, do sypialni.
To by było na tyle, jeżeli chodzi o "jakąkolwiek okazję". Co prawda, mógłby
spróbować wśliznąć się do gabinetu po południu, kiedy Snape wracał z zajęć, ale
wątpił, by przygotowane przez niego zaklęcia wytrzymały dłużej niż piętnaście minut,
a podejrzewał, że gdyby znalazł się w środku, to musiałby spędzić tam znacznie
więcej czasu. Poza tym jak miałby wywabić Snape'a na zewnątrz na wystarczająco
długi czas, by mógł zdobyć to, po co tu przyszedł? I jak miałby przedostać się do
komnat? A jeżeli Snape odkryłby jego obecność?
Nie, nie mógł niepotrzebnie ryzykować. Pozostało mu siedzenie i czekanie na
"jakąkolwiek okazję". Gdyby chociaż jakiś uczeń przyszedł na szlaban... mógłby wtedy wśliznąć się do środka, kiedy będzie wychodził. Ale... no właśnie, dalej
pozostawał problem, co zrobić ze Snape'em? Mógłby jeszcze spróbować wśliznąć
się do gabinetu, gdyby Snape wychodził na obchód, ale po pierwsze - Harry nie miał
pojęcia, kiedy Snape ma dyżury, a po drugie - jak miałby przedostać się do komnat?
Był więcej niż pewien, że Snape zmienił hasło. Próba użycia jakiegokolwiek zaklęcia
otwierającego skończyłaby się zapewne uruchomieniem alarmu, a Snape był zbyt
potężnym czarodziejem, by komuś takiemu jak Harry udało się złamać jego
zabezpieczenia.
Westchnął ciężko, przymknął powieki i oparł głowę o zimne kamienie za sobą. Był
zmęczony. Zmęczony i zniechęcony. Jak w ogóle doszło do tego, że od kilku godzin
siedzi tutaj na tej lodowatej podłodze pod drzwiami gabinetu Snape'a? I to w środku
nocy. Czy naprawdę nie było innego sposobu?
Nie. Nie było.
Zrozumiał to dzisiejszego poranka. Kiedy tylko uniósł ciężkie niczym z kamienia
powieki, czując w ustach smak upodlenia i goryczy. Kiedy tylko uświadomił sobie, że
zostały mu trzy dni. Trzy dni, a on nie znalazł żadnego sposobu... niczego się nie
nauczył... nie miał żadnego planu... Trzy dni życia. Trzy dni... istnienia.
Poległ, zanim w ogóle rozpoczęła się bitwa. Poległ już z chwilą, kiedy rozsypał się
pod stopami Snape'a. Nie potrafił wygrać nawet ze sobą. Jak miałby pokonać
Voldemorta? To było... zbyt wiele... zbyt wiele jak na kogoś, kto ma tylko szesnaście
lat. Nie miał żadnych szans. Żadnych. Jak w ogóle mógł być na tyle głupi, by sądzić,
że uda mu się choćby drasnąć Voldemorta? I jeszcze wyjść z tego cało? Zdumiewała
go własna naiwność.
Nie pozostało mu już nic. Nic, poza tą jedną, jedyną drogą. Voldemort musi zginąć.
Musi zniknąć z powierzchni świata raz na zawsze. I był tylko jeden sposób, by tego
dokonać.
Wypić eliksir i wypełnić plan Snape'a.
Zginie. Wiedział, że zginie. Wiedział to, od samego początku. Po prostu próbował
znaleźć inne rozwiązanie, próbował sam siebie przekonać, że jest inny sposób, inna
droga. Ale nie było. Chciał przynajmniej mieć szansę. Choćby była niewielka, tak
maleńka, że sam nie potrafiłby jej dostrzec, ale gdyby ją miał... Najwyraźniej jednak
szanse to coś, co przytrafia się wyłącznie w książkach. W prawdziwym życiu istnieje
jedynie czysty przypadek i zimna, obojętna ostateczność, która nigdy nie wybiera,
kogo dosięgnie. Tylko to go czekało. Nic więcej.
Uniósł powieki i rozmytym wzrokiem spojrzał na drżące cienie, które tańczyły na
kamiennej ścianie po drugiej stronie korytarza.
Już niedługo pozostanie tylko tym. Tylko cieniem.
Westchnął głęboko i spojrzał na ciężkie, drewniane drzwi prowadzące do komnat
Mistrza Eliksirów.
Ale najpierw musi zdobyć eliksir.
***
Mam nadzieję, że kiedy czytacie ten list, Voldemorta już nie ma. Mam nadzieję, że
wszystko poszło zgodnie z planem i nareszcie będziecie mogli spać spokojnie,
wiedząc, że wojna się skończyła i że Voldemort już nigdy nie powróci.
Nie chcę, żebyście się obwiniali i smucili z mojego powodu. Moja śmierć była
konieczna. To był jedyny sposób, aby go pokonać. Po prostu chciałem, żebyście w
końcu mogli czuć się bezpiecznie. Przepraszam, że nic Wam nie powiedziałem, ale