Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
po co tu przyszedł.
Ale jak to zdobyć bez zwracania na siebie uwagi?
Stanął pod ścianą i czekał. Po krótkiej chwili barman nalał dwa kufle mocno
podejrzanego trunku i ruszył z nimi do stolika pod ścianą. Harry wykorzystał tę
szansę bez namysłu. Wśliznął się za bar i złapał butelkę czegoś, co na etykiecie
miało zaznaczoną dostatecznie wysoką ilość procentów, aby wystarczająco szybko
mogło posłać jego umysł w stan błogiego zapomnienia. Zostawił na blacie kilka
galeonów, schował butelkę pod pelerynę, złapał pierwszą z brzegu szklankę i zaszył
się w najciemniejszym kącie karczmy.
Pierwszy łyk przypominał wypicie płynnej lawy. Ale tak poparzyło mu przełyk, że
kolejnych już w zasadzie nie czuł. Po prostu pił, wpatrując się w sęki na drewnianym
blacie i starając się nie myśleć o niczym. Ani o Voldemorcie, ani o walce, która go
czekała, ani o tym, że prawdopodobnie już za parę dni zginie... ani o tym, że nie ma
z nim żadnych szans, że niczego nie umie, niczego pożytecznego się nie nauczył, po
prostu zmarnował tylko czas...
Ani o tej... o tej wysokiej sylwetce, która w jakiś niezrozumiały sposób znów zaczęła
przyciągać jego spojrzenie, ani o tym głosie, który doprowadzał do tego, że
przechodziły go ciarki, ani o zimnych dłoniach, których dotyk wciąż tak wyraźnie
pamiętał... ani o parze tych głębokich, mrocznych oczu...
Ani o myślodsiewni, w której okazało się, że wszystko, w co wierzył, było tylko
kłamstwem...
Kłamstwo.
Zatrzymał się na tym słowie i obracał je w myślach niczym coś niezwykle
intrygującego. Wziął kolejny łyk i spróbował skupić wzrok na sęku, ale nie był w
stanie. Obraz rozmazywał mu się przed oczami, wszystko wokół coraz bardziej
wirowało.
Kłamstwo.
Jedno wielkie gówniane kłamstwo.
Nie jesteś dla mnie nikim.
Kłamstwo.
Tak straszliwie cię pragnę.
Kłamstwo.
Nie mogę tego zmienić.
Kłam...
Harry zmarszczył brwi.
Zaraz, przecież Snape... myślał wtedy, że Harry śpi. Po co miałby mu to mówić? Po
co miałby go przytulać, skoro uważał, że Harry zasnął? I przecież sam go do siebie
zaprosił na noc. A wcześniej...
Myślisz, że tylko ty musisz poświęcić coś, co jest ci najbliższe?
Najbliższe...
Najbliższe...
Słowa Snape'a odbiły się w jego umyśle.
To w ogóle nie miało sensu.
Potrząsnął głową, by pozbyć się tego irytującego echa, które wciąż do niego
powracało.
Jeszcze bardziej zmarszczył brwi w umysłowym wysiłku. Powinien się napić... Wziął
kilka łyków. O tak, teraz o wiele lepiej mu się myślało...
Jeżeli dopuścisz do priorytetów osobiste uczucia, to już jesteś przegrany.
O tak. Tak właśnie powiedział. Ale co to mogło oznaczać?
I... i przecież chciał, żeby Harry spędził z nim święta. Po co miałby tego chcieć,
gdyby go nienawidził? I przygotował mu piwo kremowe z cynamonem. Pamiętał o
tym. I pozwolił mu zostawić choinkę. I... i zachował sekret Tonks i Luny, bo Harry go
o to poprosił.
I przecież...
Harry wziął kolejny łyk. Tak bardzo kręciło mu się w głowie, że z trudem rozpoznawał
kształty.
Przecież... ktoś, kto jest takim potworem, nie mógłby... nie mógłby opatrywać mu
nogi z taką czułością. Nie przynosiłby mu kolacji z Wielkiej Sali, twierdząc, że zrobił
to skrzat. Nie pomagałby mu w nauce i nie pakował mu do torby książek z
podkreślonymi zdaniami, które będą omawiać na lekcji. Nie dałby Ronowi maści,
tylko na niemą prośbę Harry'ego. Nie nauczyłby się dla niego o Quidditchu...
Ale przecież widział w myślodsiewni... Czy tamto życie było tylko snem?
Najcudowniejszym snem, który mu się przyśnił, a teraz się z niego obudził?
Niemożliwe. To był jego Severus... patrzył na niego w taki sposób, jakby Harry był
najważniejszą osobą na świecie. Dotykał go z taką zachłannością, jakby wciąż było
mu mało i nie mógł się nim nasycić. Zatracał się w nim całkowicie, jakby nic innego
poza bliskością Harry'ego się nie liczyło. To są... reakcje. Nie da się nad nimi
zapanować.
Bicie serca. Przyspieszony oddech. Drżenie rąk. Głosu. Uśmiech. Prawdziwy. To... to
coś w oczach. Ciepło. Blask.
Tego nie można udawać! Nie można!
Harry zacisnął dłoń na szklance.
Pamiętał to... pamiętał, jak Severus uczył się od niego czułości, jak krok po kroku
powtarzał po nim wszystkie gesty... Nie wymyślił sobie tego! Pamiętał wszystko.
Pocałunki, gesty, spojrzenia. Żar. Żar, który widział w oczach Severusa za każdym
razem, kiedy na niego patrzył. Wszechogarniający, niepohamowany ogień. Nawet
wtedy, kiedy się kłócili. Kiedy Snape zamieniał się w ogarniętą zazdrością bestię...
Harry doskonale pamiętał emocje szalejące na jego twarzy... jakby chciał rozerwać
go na strzępy. Ale jedyne, co rozrywał to jego ubrania, kiedy brał go mocno i
łapczywie, jakby nie potrafił zapanować nad swoim głodem.
Ktoś, kto ma w sobie jedynie mrok, nie potrafiłby rozpalać się takim jasnym
płomieniem...
I przecież w końcu... nie pozwolił mu wypić tego eliksiru. Powstrzymał go. Dlaczego?
Dlatego, że to niby było za wcześnie? Że Harry mu nie ufał? Dobry żart. Przecież
Severus dobrze wiedział, że Harry zrobiłby dla niego wszystko. Absolutnie wszystko.
Zacisnął mocno powieki. Widział tamtą chwilę w swoim umyśle. Widział oblicze
Severusa. Merlinie, nigdy nie zapomni cierpienia, które zobaczył wtedy na jego
twarzy. To było tak... tak... inne. Intensywne. Nie pasujące do niczego, co wydarzyło
się pomiędzy nimi tamtego wieczoru. I dlaczego później Severus był taki
przygnębiony? Następnego dnia. I... jak on to powiedział?
Czasami wszystko wymyka nam się spod kontroli i nie mamy na to wpływu. To
silniejsze od nas.
Harry położył głowę na opartych na blacie ramionach.
Tak właśnie się teraz czuł. To było silniejsze od niego. I wirowało. Zdecydowanie nie
miał na to wpływu. Na to wirowanie. I na myśli. I na to, jak się czuł.
Wszystkie dobre wspomnienia przewijały mu się w głowie, rozbijając się brutalnie o
wspomnienia z myślodsiewni.
Śmiali się z niego. Śmierciożercy. Voldemort. Wszyscy.
Wykorzystał go. Bawił się nim. Oszukiwał. Chciał go poświęcić. Manipulował nim od
samego początku. Był dla niego tylko narzędziem, którego używa się tak długo,
dopóki nie pęknie, a potem wyrzuca się je do śmietnika. Tak okrutny... tak
bezwzględny...
Gdyby tylko mógł mu...
Chwila...
Nie podnosząc głowy, wsunął dłoń do kieszeni i wymacał mały, okrągły kształt.
Nie wiedział, dlaczego tego nie wyrzucił. Nie wiedział, dlaczego zawsze nosił to przy
sobie.
Zamknął dłoń na kamieniu.
Możesz po mnie przyjść. Zwołaj swoich kumpli Śmierciożerców. Nie jestem teraz w
stanie nawet unieść różdżki, więc będziesz miał ułatwione zadanie. No chodź!
Przyjdź po mnie!
Wypuścił kamień.
Taa... to dopiero było wyzwanie. Niech no tylko przyjdzie, to on... on... co w zasadzie
chciał zrobić?
Och, tak bardzo kręciło mu się w głowie... Rozbieganym wzrokiem spojrzał na
stojącą przed nim butelkę. A w zasadzie kilka butelek. Miał jednak ogromne
problemy z policzeniem, ile ich w ogóle jest, ponieważ wciąż zmieniały swoje
położenie.
A może gdyby tak złapał jedną, to pozostałe przestałyby się ruszać i...
Au! Coś go zaczęło parzyć w kieszeni. Wsunął dłoń i wyciągnął rozjarzony kamień.