Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]

Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:

Severian, wygnany z konfraterni katów za złamanie zasad, dotarł do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela — klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 74
Перейти на страницу:

Nie odpowiedzieli, tylko minęli mnie z obu stron i poszli ścieżką w kierunku, w którym podążałem z małym Severianem. Po chwili ruszyłem za nimi.

* * *

Miejsce, do którego mnie zaprowadzili, mógłbym chyba nazwać wioską, gdyby nie to, że w niczym nie przypominało tradycyjnej wioski, takiej jaką było na przykład Saltus ani nawet skupisk chat autochtonów, zwanych gdzieniegdzie wsiami. Drzewa były tu większe i rosły w większych odstępach niż w lesie, przez który wiodła ścieżka, ich liście zaś tworzyły na wysokości kilkuset łokci już nie baldachim, ale coś w rodzaju solidnego, grubego dachu. Drzewa wydawały się liczyć kilkaset lat. Do drzwi wyrąbanych w pniu jednego z nich wiodły schodki, nieco wyżej natomiast znajdowało się kilka okien. Na gałęziach innego wzniesiono kilkupiętrowy dom, na trzecim natomiast wisiało cos w rodzaju ogromnego gniazda wilgi. Liczne otwory w ziemi świadczyły o tym, że pod powierzchnią znajdują się korytarze i pomieszczenia.

Zaprowadzono mnie do jednego z tych otworów i kazano zejść po niknącej w ciemności, chybotliwej drabinie. Przez chwilę (nie mam pojęcia dlaczego) obawiałem się, że sięga bardzo głęboko, może nawet do tajemnych pieczar położonych pod zamieszkanymi przez małpoludy kopalniami, ale, rzecz jasna, okazało się to nieprawdą. Po pokonaniu kilkunastu szczebli — gdyby czterech mężczyzn mojego wzrostu stanęło jeden na drugim, ten czwarty bez trudu sięgnąłby powierzchni — odgarnąłem na bok podartą matę i znalazłem się w podziemnym pokoju.

Klapa zatrzasnęła się nad moją głową. Wyciągnąłem przed siebie ręce, po czym w całkowitej ciemności ruszyłem na obchód pomieszczenia. Miało mniej więcej trzy kroki szerokości i cztery długości, podłogę i ściany z ziemi, sufit z nie okorowanych pni, i było całkowicie puste.

Zaatakowano nas późnym rankiem, a więc mrok powinien zapaść najdalej za siedem wacht. Jednak kto wie, czy wcześniej nie zostanę zaprowadzony przed oblicze miejscowego władcy. Gdyby tak się stało, starałbym się go przekonać, że chłopiec i ja jesteśmy zupełnie nieszkodliwi i że powinien zezwolić nam odejść w pokoju. Gdyby jednak czas mijał, a nikt się po mnie nie zjawił, postanowiłem wspiąć się po drabinie i spróbować otworzyć klapę. Tymczasem, nie mając nic lepszego do roboty, usiadłem przy ścianie i czekałem.

Jestem pewien, że nie zasnąłem; skorzystałem natomiast z umiejętności przywoływania dawno minionych czasów, dzięki czemu przynajmniej duchem udało mi się opuścić pogrążone w ciemności pomieszczenie. Przez pewien czas obserwowałem zwierzęta w nekropolii rozciągającej się u podnóża naszej Cytadeli, tak jak to wielokrotnie czyniłem będąc chłopcem. Po niebie przesuwał się klucz dzikich gęsi, między grobowcami pojawiały się, to znów znikały lisy i króliki. Chwilami biegały po zielonej trawie, zaraz potem po świeżym śniegu, zostawiając w nim wyraźne ślady. Wśród odpadków wyrzucanych z Niedźwiedziej Wieży leżał Triskele; w pierwszej chwili pomyślałem, że nie żyje, ale kiedy podszedłem, podniósł z wysiłkiem ogromny łeb i spróbował polizać mnie po ręce. Siedziałem z Theclą w jej wąskiej celi, gdzie czytaliśmy na głos książki i dyskutowaliśmy o ich treści.

— Świat działa jak wielki zegar — powiedziała Theclą. — Prastwórca nie żyje i kto go wskrzesi? Kto jest w stanie to uczynić?

— Podobno zegar zatrzymuje się, kiedy umiera jego właściciel. To przesąd. — Wzięła moją rękę w swoje, bardzo zimne, o niezwykle długich palcach. — Kiedy właściciel leży na łożu śmierci, nie ma komu nalać wody do zbiornika. Zaraz po tym, jak wyda ostatnie tchnienie, ci, którzy przy nim czuwają, spoglądają na zegar, a wkrótce potem przekonują się, że już od jakiegoś czasu nie działa.

— Twierdzisz, że zegar zatrzymał się przed śmiercią właściciela — odparłem. — Skoro więc świat nadal funkcjonuje, czy nie oznacza to, że Prastwórca nie umarł, tylko nigdy nie istniał?

— On jest chory! Rozejrzyj się dokoła, Severianie. Popatrz choćby na tę celę i na wieżę, która wznosi się nad nią. Chyba nigdy tak naprawdę im się nie przyglądałeś.

— Przecież mógłby polecić, żeby ktoś inny napełnił zbiornik — powiedziałem. Zaraz potem na mojej twarzy wykwitł rumieniec, gdyż uświadomiłem sobie, jak można zrozumieć te słowa.

Thecla wybuchnęła śmiechem.

— Czy wiesz, że zarumieniłeś się po raz pierwszy od chwili, kiedy stanęłam przed tobą zupełnie naga? Położyłam sobie wtedy twoje ręce na piersiach, a ty zaczerwieniłeś się jak piwonia. Pamiętasz? Miałby kazać komuś go napełnić? A gdzież się podział ten młody ateista, którym zawsze byłeś?

Przesunąłem ręką po jej udzie.

— Tak samo jak wówczas jest zmieszany obecnością boskiej istoty.

— A więc nie wierzysz w moje istnienie? Chyba masz rację. Prawdopodobnie przypominam postać ze snu młodego kata: piękna więźniarka, jeszcze nie zeszpecona torturami, która wykorzystuje oprawcę do zaspokojenia swej żądzy.

— Nie potrafiłbym wyśnić kogoś tak pięknego jak ty — odparłem, starając się, by zabrzmiało to jak najbardziej szarmancko.

— Nawet nie musisz próbować, bo przecież i tak jestem zdana na twoją łaskę i niełaskę.

Odniosłem wrażenie, że nie jesteśmy sami. Spojrzałem na zaryglowane drzwi, na lampkę ze srebrnym reflektorem, potem rozejrzałem się po celi. Robiło się w niej coraz ciemniej. Thecla, a chyba i ja sam, znikaliśmy wraz ze światłem, nie dotyczyło to natomiast tego, kto zakłócił moje wspomnienia.

— Kim jesteś i czego od nas chcesz? — zapytałem.

— Doskonale wiesz, kim jesteśmy, my zaś wiemy, kim ty jesteś. Głos był spokojny, obojętny i chyba najbardziej władczy, jaki kiedykolwiek słyszałem. Nawet Autarcha nie mówił w ten sposób.

— W takim razie, kim jestem?

— Severianem z Nessus, liktorem z Thraxu.

— Rzeczywiście, nazywam się Severian i przybywam z Nessus, ale nie jestem już liktorem w Thraksie.

— Na pewno chciałbyś, abyśmy w to uwierzyli.

W podziemnym pomieszczeniu zapadła cisza, ja zaś domyśliłem się, że mój niewidoczny rozmówca nie ma zamiaru mnie przesłuchiwać, lecz spróbuje zmusić mnie, abym sam wszystko mu opowiedział. Korciło mnie, aby zacisnąć ręce na jego gardle — z pewnością stał zaledwie kilka łokci ode mnie — ale zdawałem sobie sprawę, że z pewnością jest uzbrojony w takie same stalowe szpony, jakie mieli ci, którzy nas pojmali. Niewiele brakowało, a wydobyłbym Pazur ze skórzanego woreczka zawieszonego na mojej szyi, choć byłaby to bez wątpienia najgłupsza rzecz, jaką mogłem uczynić.

— Archont z Thraxu kazał mi zabić pewną kobietę, ale ja puściłem ją wolno, w związku z czym musiałem uciec z miasta.

— Magicznym sposobem mijając posterunki przy bramach. Zawsze uważałem samozwańczych cudotwórców za oszustów; teraz odniosłem wrażenie, że zwodząc innych często zwodzą także samych siebie. W głosie mego rozmówcy pobrzmiewała nuta kpiny, ale jej obiektem byłem ja, nie magia.

— Być może — odparłem. — Skąd wiesz, jaką rozporządzam mocą?

— Na pewno zbyt małą, żeby odzyskać wolność.

— Jeszcze tego nie próbowałem, a mimo to już byłem wolny.

— Nieprawda — powiedział ze znacznie mniejszą pewnością siebie. — Nie byłeś wolny, tylko sprowadziłeś tu ducha jakiejś kobiety.

Nabrałem raptownie powietrza w płuca, starając się jednak uczynić to możliwie najciszej. W przedpokoju Domu Absolutu, kiedy osobowość Thecli zastąpiła na jakiś czas moją, dziewczynka wzięła mnie za wysoką kobietę. Teraz wszystko wskazywało na to, że przez jakiś czas mówiłem głosem martwej kasztelanki.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)