Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 77
Перейти на страницу:

Krzyk był słyszalny nawet w Pseudopolis Yard, choć dobiegł tam stłumiony przez mgłę.

Wpadł w otwartą głowę golema Dorfla i odbijał się wewnątrz, rozbrzmiewał echem coraz ciszej i głębiej pomiędzy drobnymi pęknięciami gliny, aż wreszcie, na samej granicy postrzegania, maleńkie cząsteczki zatańczyły razem.

Bezokie otwory wpatrywały się w ścianę. Nikt nie słyszał wołania, jakie dobiegło w odpowiedzi z pustej czaszki, bo nie miała ust, by je wydać, ani nawet umysłu, by nim kierować. Ale wykrzyczała w ciemność:

GLINO Z MOJEJ GLINY, NIE BĘDZIESZ ZABIJAŁ! NIE UMRZESZ!

Samuel Vimes śnił o śladach.

Miał raczej cyniczny stosunek do śladów. Instynktownie im nie ufał. Pchały się pod nogi.

Nie mógłby też zaufać żadnej osobie, która raz tylko zerka na innego człowieka, po czym tonem wyższości zwraca się do towarzysza: „Drogi panie, nic nie mogę o nim powiedzieć z wyjątkiem tego, że jest leworęcznym murarzem, kilka lat służył w marynarce handlowej i ostatnio źle mu się wiedzie”. A potem wygłasza zarozumiałe komentarze o odciskach, postawie i stanie butów tamtego człowieka, podczas gdy dokładnie takie same mogłyby się odnosić do kogoś, kto nosi stare ubranie, bo akurat koło domu chciał wymurować sobie nowy grill, dał się kiedyś wytatuować, bo miał siedemnaście lat i był pijany[14], a choroby morskiej dostaje już na wilgotnym chodniku. Cóż za arogancja! Cóż za obraza dla przebogatej, chaotycznej rozmaitości ludzkich doświadczeń!

To samo dotyczyło wskazówek bardziej statycznych. W rzeczywistym świecie odciski stóp na trawniku pozostawiła najprawdopodobniej sprzątaczka. Krzyk w środku nocy oznaczał pewnie człowieka, który wstawał z łóżka i mocno nadepnął odwróconą szczotkę.

Prawdziwy świat był nazbyt prawdziwy, by pozostawiać takie wygodne drobne wskazówki. Był zbyt pełen różnych obiektów. Człowiek dochodził do prawdy nie przez eliminację tego, co niemożliwe, ale drogą o wiele trudniejszego procesu eliminacji tego, co możliwe.

Trzeba było pracować konsekwentnie, zadawać pytania i przyglądać się pilnie. Trzeba chodzić i mówić, a w głębi serca mieć nadzieję, że jakiemuś draniowi strzelą nerwy i się przyzna.

W umyśle Vimesa krążyły i zderzały się ze sobą wydarzenia całego dnia. Niczym smutne cienie sunęły golemy. Ojciec Tubelcek pomachał do niego, a potem wybuchła mu głowa i zasypała Vimesa słowami. Pan Hopkinson leżał martwy we własnym piekarniku i miał w ustach kromkę chleba krasnoludów. A golemy maszerowały ciągle, w milczeniu. Między nimi szedł Dorfl, powłócząc nogą; głowę miał otwartą, słowa mogły do niej wlatywać i wylatywać stamtąd jak rój pszczół. Pośrodku tego wszystkiego tańczył Arszenik — kolczasty zielony człowieczek. Rechotał i bełkotał coś niezrozumiale.

W pewnym momencie Vimesowi wydało się, że któryś z golemów krzyknął.

Potem sen zaczął się rozmywać. Golemy. Piekarnik. Kapłan. Dorfl. Golemy maszerowały, a od uderzeń ich stóp cały sen wibrował…

Vimes otworzył oczy.

— Wrsfl — oznajmiła leżąca obok lady Ramkin i przewróciła się na drugi bok.

Ktoś dobijał się do frontowych drzwi.

Wciąż trochę rozkojarzony, czując, że kręci mu się w głowie, Vimes uniósł się na łokciach i przemówił do nocnego świata jako takiego:

— O której to się budzi porządnych ludzi?

— Bingely bingely biip! — odpowiedział mu wesoły głos dobiegający od strony toaletki.

— Litości! — jęknął komendant.

— Dwadzieścia dziewięć minut i trzydzieści jeden sekund po piątej rano. Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą. Czy chcesz, żeby przedstawić ci twój plan zajęć na dzisiaj? A tymczasem czy zechcesz poświęcić chwilę i wypełnić swoją kartę rejestracyjną?

— Co? Co ty wygadujesz?

Stukanie nie cichło.

Vimes wypadł z łóżka i po omacku poszukał w ciemności zapałek. Wreszcie udało mu się zapalić świecę i na wpół zbiegł, na wpół stoczył się po schodach do holu.

Stukającym okazał się funkcjonariusz Wizytuj.

— Chodzi o lorda Vetinari, sir! Tym razem jest jeszcze gorzej!

— Posłaliście po Jimmy’ego Pączka?

— Tak jest!

O tej porze mgła działała jak tylna straż nocy, broniąc pola świtowi, przez co cały świat wyglądał jak umieszczony we wnętrzu piłeczki pingpongowej.

— Zajrzałem do niego, kiedy tylko objąłem służbę, a on zgasł jak płomień, sir.

— Skąd wiesz, że zwyczajnie nie zasnął?

— Na podłodze, sir? W ubraniu?

Zanim Vimes dotarł na miejsce, trochę zdyszany i z bolącymi kolanami, strażnicy ułożyli już Patrycjusza w łóżku.

Bogowie, myślał komendant, wspinając się po schodach, wiele się zmieniło od dawnych dni biegania z pałką i dzwonkiem. Człowiek nawet się nie zastanawiał, czy da radę przebiec pół miasta; gliniarze i przestępcy razem we wspólnym pościgu…

Z mieszaniną dumy i zawstydzenia dodał na koniec: A żaden z tych łobuzów mnie nie złapał.

Patrycjusz oddychał jeszcze, ale twarz miał niczym wosk i wyglądał tak, że senne koszmary znacznie poprawiłyby sytuację.

Vimes obrzucił pokój czujnym spojrzeniem. W powietrzu dostrzegł znajomą zawiesinę.

— Kto otwierał okno? — zapytał.

— To ja, sir — wyznał funkcjonariusz Wizytuj. — Wyglądał, jakby potrzebował świeżego powietrza.

— Byłoby świeższe, gdybyś zostawił okno zamknięte — stwierdził Vimes. — No dobra. Macie znaleźć wszystkich, ale to wszystkich przebywających w pałacu i za dwie minuty zebrać ich w holu na dole. Niech ktoś sprowadzi kaprala Tyłeczka. I niech zawiadomi kapitana Marchewę.

Jestem niespokojny i zagubiony, pomyślał. Zatem pierwsza zasada nakazuje podzielić się tym z innymi.

Okrążył pokój. Nie wymagało specjalnej inteligencji odkrycie, że Vetinari wstał i przeszedł do swojego biurka, gdzie — na oko sądząc — pracował przez jakiś czas. Świeca wypaliła się do końca; kałamarz przewrócił się, zapewne w chwili kiedy Vetinari zsunął się z krzesła. Vimes zanurzył palec w atramencie i powąchał. Potem sięgnął po leżące obok pióro, zawahał się, wyjął sztylet i dopiero nim je podniósł. Zdawało się, że w piórze nie ma chytrze ukrytych kolców, ale odłożył je starannie na bok, do zbadania dla Tyłeczka potem.

Zerknął na kartkę, na której pisał Vetinari.

Ze zdziwieniem się przekonał, że to wcale nie pismo, ale dokładnie wykonany rysunek. Patrycjusz przedstawił maszerującą postać, jednak nie była to jedna osoba, lecz sylwetka utworzona z tysięcy mniejszych figurek. W rezultacie powstało coś na kształt wiklinowych ludzi budowanych przez niektóre co dziksze plemiona żyjące w pobliżu Osi; co roku celebrują w ten sposób wielki cykl natury i okazują szacunek dla życia, rzucając go jak najwięcej na wielki stos i podpalając.

Ten złożony człowiek miał na głowie koronę.

Vimes odsunął papier na bok i zbadał biurko. Ostrożnie przesunął dłonią po jego powierzchni, szukając podejrzanych drzazg. Przykucnął i obejrzał je od dołu.

Na zewnątrz robiło się widno. Vimes sprawdził oba sąsiednie pokoje, dopilnował, żeby rozsunąć kotary, wrócił do sypialni Vetinariego, zamknął drzwi, zasunął kotary i przeszedł wolno pod ścianami, wypatrując plamki światła, która mogłaby oznaczać otwór w murze.

Czego jeszcze można szukać? Drzazgi w podłodze? Kolca wdmuchniętego przez dziurkę od klucza?

Znowu rozsunął kotary.

Wczoraj Vetinari wracał do zdrowia. A teraz wyglądał gorzej. Ktoś dostał się do niego w nocy. Jak? Powolnie działająca trucizna to ciężka metoda zabójstwa. Trzeba znaleźć sposób podawania jej ofierze każdego dnia.

вернуться

14

Te określenia są często synonimami.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)