Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 77
Перейти на страницу:

Wręcemocny ruszył biegiem w dół.

Był w połowie schodów, gdy Dibbuk położył głowę na kowadle.

Kiedy dotarł na sam dół, młot uderzył po raz pierwszy.

Pędził już przez zasypaną popiołem podłogę kuźni, a inni robotnicy ruszali biegiem za nim, gdy młot uderzył po raz drugi.

Kiedy dotarł do golema, młot uderzył po raz trzeci.

W oczach Dibbuka zgasło światło. Na obojętnej twarzy pojawiła się rysa.

Młot wzniósł się do czwartego uderzenia…

— Padnij! — wrzasnął Wręcemocny.

…a potem była już tylko roztrzaskana glina.

Kiedy ucichły trzaski, właściciel kuźni wstał i otrzepał się. Pył i kawałki ceramiki rozsypały się po całej podłodze. Młot wyskoczył z prowadnic i leżał teraz obok kowadła, w stosie odłamków golema.

Wręcemocny ostrożnie podniósł fragment stopy, odrzucił ją, po czym schylił się i z gruzu wyjął tabliczkę.

Zaczął czytać:

STARCY NAM POMOGLI!

NIE BĘDZIESZ ZABIJAŁ!

GLINA Z MOJEJ GLINY!

WSTYD.

ŻAL.

Brygadzista zajrzał mu przez ramię.

— Dlaczego on wziął i tak zrobił?

— Skąd mogę wiedzieć? — burknął Wręcemocny.

— Znaczy się, dziś po południu roznosił herbatę, całkiem normalnie, a potem zniknął na parę godzin i coś takiego…

Wręcemocny wzruszył ramionami. Golem to golem i tyle można o nim powiedzieć. Ale wspomnienie tej nieruchomej twarzy, układającej się pod ogromnym młotem, mocno nim wstrząsnęło.

— Słyszałem parę dni temu, że w tartaku na Przyćmionej chętnie by sprzedali swojego — mówił brygadzista. — Pociął mahoniowy kloc na zapałki czy coś takiego. Chce pan, żebym z nimi pogadał?

Wręcemocny raz jeszcze spojrzał na tabliczkę.

Dibbuk nigdy nie szafował słowami. Przenosił rozżarzone żelazo, gołymi pięściami kuł klingi mieczy, wyciągał żar z pieca jeszcze zbyt gorącego, by mógł go dotknąć człowiek… i nigdy nie powiedział ani słowa. Oczywiście, nie mógł powiedzieć ani słowa, ale zawsze sprawiał wrażenie, jakby nie było takiego, które wypowiedzieć miałby ochotę, nawet gdyby mógł. Pracował i tyle. Te słowa to więcej, niż kiedykolwiek napisał równocześnie.

Mówiły Wręcemocnemu o czarnej rozpaczy, o duszy, która krzyczałaby z bólu, gdyby tylko potrafiła wydać dźwięk. A to przecież bez sensu. Rzeczy nie mogą popełnić samobójstwa.

— Szefie? — odezwał się brygadzista. — Pytałem, czy załatwiać następnego.

Wręcemocny rzucił tabliczkę i z ulgą patrzył, jak roztrzaskuje się o mur.

— Nie — powiedział. — Sprzątnij tu tylko. I naprawcie ten przeklęty młot.

Sierżant Colon z wielkim wysiłkiem zdołał unieść głowę powyżej krawężnika.

— Dob… dobrze się czujecie, kapralu lordzie de Nobbes? — wymamrotał.

— Nie wiem, Fred. Czyja to gęba?

— Moja, Nobby.

— Dzięki niech będą bogom… Bałem się, że moja.

Colon odsunął się.

— Leżymy w rynsztoku, Nobby — jęknął. — Ooo!

— Wszyscy leżymy w rynsztoku, Fred. Ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy…

— No ale ja patrzę w twoją gębę, Nobby. Gwiazdy byłyby o wiele lepsze, możesz mi wierzyć. Chodź…

Po kilku nieudanych próbach zdołali jakoś wstać, głównie wspinając się na siebie nawzajem.

— Gdzie… gdzie… gdzie jesteśmy, Nobby?

— Na pewno wyszliśmy spod Bębna… Czy ktoś mi zarzucił szmatę na głowę?

— To mgła, Nobby.

— A te nogi tam na dole?

— Myślę sobie, że to chyba twoje nogi, Nobby. Swoje mam na miejscu.

— Fakt. Fakt. Ooo… Coś mi się zdaje, że dużo wypiłem, sierżancie.

— Piłeś jak lord, co?

Nobby ostrożnie dotknął dłonią hełmu — ktoś włożył mu na niego papierową koronę. Czujne palce trafiły na wetknięty za ucho niedopałek.

Nadeszła ta niemiła pora dnia pijaństwa, kiedy po paru godzinach w wygodnym rynsztoku człowiek zaczynał odczuwać kary wymierzane przez trzeźwość, a był jeszcze na tyle pijany, że czuł się jeszcze gorzej.

— Jak się tu dostaliśmy, sierżancie?

Colon zaczął drapać się po głowie, ale zaraz przerwał z powodu hałasu.

— Tak mi się zdaje… — powiedział, przeglądając wytarte strzępy pamięci krótkoterminowej — zdaje się… mam wrażenie, że była mowa o wzięciu szturmem pałacu i domaganiu się twojego dziedzictwa.

Nobby zakrztusił się i wypluł papierosa.

— Nie zrobiliśmy tego, prawda?

— Nie. Ty tylko krzyczałeś, że powinniśmy…

— O bogowie… — jęknął kapral.

— Ale pamiętam chyba, że gdzieś w tym samym czasie zacząłeś rzygać.

— Co za ulga…

— No… głównie na Łapacza Hoskinsa. Ale potknął się o kogoś, zanim nas dorwał.

Colon nagle poklepał się po kieszeni.

— Ciągle mam jeszcze pieniądze herbaciane — powiedział. Kolejny obłoczek pamięci przemknął przez słoneczną tarczę ku zapomnieniu. — No… trzy pensy z herbacianych pieniędzy.

Ten straszny fakt przebił się do umysłu Nobby’ego.

— Trzypensówkę?

— Wiesz… kiedy zacząłeś zamawiać te wszystkie kosztowne drinki dla całego baru… nie miałeś pieniędzy i albo ja bym za to zapłacił, albo… — Colon przejechał palcem po szyi. — Kssshhh! — dodał dla wyjaśnienia.

— Chcesz powiedzieć, że zapłaciłeś za Szczęśliwą Godzinę pod Bębnem?

— Nie całkiem Szczęśliwą Godzinę — odparł sierżant. — Raczej tak jakby Ekstatyczne Sto Pięćdziesiąt Minut. Nie wiedziałem nawet, że można pić dżin kuflami.

Nobby usiłował skupić wzrok na mgle.

— Nikt nie może pić dżinu kuflami.

— Też ci to powtarzałem, ale nie chciałeś słuchać.

Nobby pociągnął nosem.

— Jesteśmy blisko rzeki — zauważył. — Może spróbujemy…

Coś zaryczało niedaleko. Krzyk był długi i donośny, niczym buczek mgłowy przed poważną katastrofą. Był to głos, jaki można usłyszeć z zagrody bydła w niespokojną noc. Trwał i trwał, a potem urwał się tak nagle, że całkiem zaskoczył ciszę.

— …odejść stąd możliwie daleko — dokończył Nobby.

Krzyk spełnił funkcję lodowatego prysznica i wiadra czarnej kawy.

Colon odwrócił się w miejscu. Rozpaczliwie potrzebował czegoś, co spełniłoby funkcję pralni.

— Skąd to nadleciało? — zapytał.

— Chyba stamtąd, nie?

— Myślałem, że raczej stamtąd!

We mgle kierunki niczym się nie różniły.

— Myślę — powiedział wolno Colon — że trzeba iść i zameldować o tym jak najszybciej.

— Racja — zgodził się Nobby. — A którędy?

— Może po prostu biegnijmy, co?

Wielkie spiczaste uszy funkcjonariusza Rzygacza zawibrowały, kiedy usłyszały krzyk. Gargulec odwrócił czujnie głowę, dokonując triangulacji wysokości, kierunku i odległości. A potem je zapamiętał.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)