Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7337-719-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
Wręcemocny ruszył biegiem w dół.
Był w połowie schodów, gdy Dibbuk położył głowę na kowadle.
Kiedy dotarł na sam dół, młot uderzył po raz pierwszy.
Pędził już przez zasypaną popiołem podłogę kuźni, a inni robotnicy ruszali biegiem za nim, gdy młot uderzył po raz drugi.
Kiedy dotarł do golema, młot uderzył po raz trzeci.
W oczach Dibbuka zgasło światło. Na obojętnej twarzy pojawiła się rysa.
Młot wzniósł się do czwartego uderzenia…
— Padnij! — wrzasnął Wręcemocny.
…a potem była już tylko roztrzaskana glina.
Kiedy ucichły trzaski, właściciel kuźni wstał i otrzepał się. Pył i kawałki ceramiki rozsypały się po całej podłodze. Młot wyskoczył z prowadnic i leżał teraz obok kowadła, w stosie odłamków golema.
Wręcemocny ostrożnie podniósł fragment stopy, odrzucił ją, po czym schylił się i z gruzu wyjął tabliczkę.
Zaczął czytać:
STARCY NAM POMOGLI!
NIE BĘDZIESZ ZABIJAŁ!
GLINA Z MOJEJ GLINY!
WSTYD.
ŻAL.
Brygadzista zajrzał mu przez ramię.
— Dlaczego on wziął i tak zrobił?
— Skąd mogę wiedzieć? — burknął Wręcemocny.
— Znaczy się, dziś po południu roznosił herbatę, całkiem normalnie, a potem zniknął na parę godzin i coś takiego…
Wręcemocny wzruszył ramionami. Golem to golem i tyle można o nim powiedzieć. Ale wspomnienie tej nieruchomej twarzy, układającej się pod ogromnym młotem, mocno nim wstrząsnęło.
— Słyszałem parę dni temu, że w tartaku na Przyćmionej chętnie by sprzedali swojego — mówił brygadzista. — Pociął mahoniowy kloc na zapałki czy coś takiego. Chce pan, żebym z nimi pogadał?
Wręcemocny raz jeszcze spojrzał na tabliczkę.
Dibbuk nigdy nie szafował słowami. Przenosił rozżarzone żelazo, gołymi pięściami kuł klingi mieczy, wyciągał żar z pieca jeszcze zbyt gorącego, by mógł go dotknąć człowiek… i nigdy nie powiedział ani słowa. Oczywiście, nie mógł powiedzieć ani słowa, ale zawsze sprawiał wrażenie, jakby nie było takiego, które wypowiedzieć miałby ochotę, nawet gdyby mógł. Pracował i tyle. Te słowa to więcej, niż kiedykolwiek napisał równocześnie.
Mówiły Wręcemocnemu o czarnej rozpaczy, o duszy, która krzyczałaby z bólu, gdyby tylko potrafiła wydać dźwięk. A to przecież bez sensu. Rzeczy nie mogą popełnić samobójstwa.
— Szefie? — odezwał się brygadzista. — Pytałem, czy załatwiać następnego.
Wręcemocny rzucił tabliczkę i z ulgą patrzył, jak roztrzaskuje się o mur.
— Nie — powiedział. — Sprzątnij tu tylko. I naprawcie ten przeklęty młot.
Sierżant Colon z wielkim wysiłkiem zdołał unieść głowę powyżej krawężnika.
— Dob… dobrze się czujecie, kapralu lordzie de Nobbes? — wymamrotał.
— Nie wiem, Fred. Czyja to gęba?
— Moja, Nobby.
— Dzięki niech będą bogom… Bałem się, że moja.
Colon odsunął się.
— Leżymy w rynsztoku, Nobby — jęknął. — Ooo!
— Wszyscy leżymy w rynsztoku, Fred. Ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy…
— No ale ja patrzę w twoją gębę, Nobby. Gwiazdy byłyby o wiele lepsze, możesz mi wierzyć. Chodź…
Po kilku nieudanych próbach zdołali jakoś wstać, głównie wspinając się na siebie nawzajem.
— Gdzie… gdzie… gdzie jesteśmy, Nobby?
— Na pewno wyszliśmy spod Bębna… Czy ktoś mi zarzucił szmatę na głowę?
— To mgła, Nobby.
— A te nogi tam na dole?
— Myślę sobie, że to chyba twoje nogi, Nobby. Swoje mam na miejscu.
— Fakt. Fakt. Ooo… Coś mi się zdaje, że dużo wypiłem, sierżancie.
— Piłeś jak lord, co?
Nobby ostrożnie dotknął dłonią hełmu — ktoś włożył mu na niego papierową koronę. Czujne palce trafiły na wetknięty za ucho niedopałek.
Nadeszła ta niemiła pora dnia pijaństwa, kiedy po paru godzinach w wygodnym rynsztoku człowiek zaczynał odczuwać kary wymierzane przez trzeźwość, a był jeszcze na tyle pijany, że czuł się jeszcze gorzej.
— Jak się tu dostaliśmy, sierżancie?
Colon zaczął drapać się po głowie, ale zaraz przerwał z powodu hałasu.
— Tak mi się zdaje… — powiedział, przeglądając wytarte strzępy pamięci krótkoterminowej — zdaje się… mam wrażenie, że była mowa o wzięciu szturmem pałacu i domaganiu się twojego dziedzictwa.
Nobby zakrztusił się i wypluł papierosa.
— Nie zrobiliśmy tego, prawda?
— Nie. Ty tylko krzyczałeś, że powinniśmy…
— O bogowie… — jęknął kapral.
— Ale pamiętam chyba, że gdzieś w tym samym czasie zacząłeś rzygać.
— Co za ulga…
— No… głównie na Łapacza Hoskinsa. Ale potknął się o kogoś, zanim nas dorwał.
Colon nagle poklepał się po kieszeni.
— Ciągle mam jeszcze pieniądze herbaciane — powiedział. Kolejny obłoczek pamięci przemknął przez słoneczną tarczę ku zapomnieniu. — No… trzy pensy z herbacianych pieniędzy.
Ten straszny fakt przebił się do umysłu Nobby’ego.
— Trzypensówkę?
— Wiesz… kiedy zacząłeś zamawiać te wszystkie kosztowne drinki dla całego baru… nie miałeś pieniędzy i albo ja bym za to zapłacił, albo… — Colon przejechał palcem po szyi. — Kssshhh! — dodał dla wyjaśnienia.
— Chcesz powiedzieć, że zapłaciłeś za Szczęśliwą Godzinę pod Bębnem?
— Nie całkiem Szczęśliwą Godzinę — odparł sierżant. — Raczej tak jakby Ekstatyczne Sto Pięćdziesiąt Minut. Nie wiedziałem nawet, że można pić dżin kuflami.
Nobby usiłował skupić wzrok na mgle.
— Nikt nie może pić dżinu kuflami.
— Też ci to powtarzałem, ale nie chciałeś słuchać.
Nobby pociągnął nosem.
— Jesteśmy blisko rzeki — zauważył. — Może spróbujemy…
Coś zaryczało niedaleko. Krzyk był długi i donośny, niczym buczek mgłowy przed poważną katastrofą. Był to głos, jaki można usłyszeć z zagrody bydła w niespokojną noc. Trwał i trwał, a potem urwał się tak nagle, że całkiem zaskoczył ciszę.
— …odejść stąd możliwie daleko — dokończył Nobby.
Krzyk spełnił funkcję lodowatego prysznica i wiadra czarnej kawy.
Colon odwrócił się w miejscu. Rozpaczliwie potrzebował czegoś, co spełniłoby funkcję pralni.
— Skąd to nadleciało? — zapytał.
— Chyba stamtąd, nie?
— Myślałem, że raczej stamtąd!
We mgle kierunki niczym się nie różniły.
— Myślę — powiedział wolno Colon — że trzeba iść i zameldować o tym jak najszybciej.
— Racja — zgodził się Nobby. — A którędy?
— Może po prostu biegnijmy, co?
Wielkie spiczaste uszy funkcjonariusza Rzygacza zawibrowały, kiedy usłyszały krzyk. Gargulec odwrócił czujnie głowę, dokonując triangulacji wysokości, kierunku i odległości. A potem je zapamiętał.