Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 77
Перейти на страницу:

— I wiecie, sso wam powiem? — Nobby kiwał się teraz tak regularnie, że przypominał odwrócone wahadło. — Szyskie te rzeszy to nic, nic! Powiem wam, w porównaniu do szyjejś genenelalogii… ogi.

— Genenelalogii? — zdziwił się Colon.

— Przodków i w ogóle — wyjaśnił Nobby. — To znaszy, że mam przodków i resztę, szyli więcej niż wy, wy, wy masie!

Sierżant Colon zakrztusił się piwem.

— Wszyscy mają przodków — zauważył spokojnie barman. — Inaczej by ich tu nie było.

Nobby rzucił mu zamglone spojrzenie i bezskutecznie usiłował je zogniskować.

— Fakt! — przyznał po chwili. — Fakt! Tylko… tylko że ja mam ich więcej, jasne? Krew skrwawionych królów płynie w moich żyłach, mam rasję?

— Chwilowo tak — odpowiedział mu czyjś głos.

Rozległy się śmiechy, jednak miały w sobie to brzmienie wyczekiwania, które Colon nauczył się szanować i się go obawiać. Przypomniało mu o dwóch rzeczach: (1) zostało mu tylko sześć tygodni do emerytury, (2) już od bardzo dawna nie był w toalecie.

Nobby sięgnął do kieszeni i wyjął pognieciony zwój.

— Widzisie to? — Nie bez kłopotów rozłożył papier na ladzie. — Widzisie? Mam prawo do noszy na herbie. O, patrzsie tu! Pisze „Hrabia”. Nie? To ja. Mógłbyś… mógłbyś… mógłbyś przybiś moją głowę nad drzwiami.

— To możliwe — mruknął barman, zerkając na klientów.

— Znaszy, być mógł zmieniś nazwę na Pod Hrabią Ankh, a ja bym szychodził i pił tu relu… legura… regularnie, co ty na to? — tłumaczył Nobby. — A jak się rozniesie, że hrabia tu pija, interesy pójdą w górę jak demony. A ja nie wezewezezmę od ciebie ani pensa, i co powiesz? Ludzie pomyślą, to lokal z dużą klasą, lord de Nobbes tu bywa, znaszy mają styl.

Ktoś chwycił Nobby’ego za gardło. Colon nie rozpoznał napastnika, był to jeden z tych nieogolonych, poznaczonych bliznami stałych klientów, których funkcją jest — mniej więcej właśnie o tej porze — zacząć otwierać butelki zębami, a jeśli wieczór był udany, to cudzymi.

— Czyli nie jesteśmy dla ciebie dość dobrym towarzystwem? To chciałeś powiedzieć?

Nobby zamachał swoim zwojem. Otworzył usta, by powiedzieć — Colon po prostu wiedział, że to powie — „Puść mnie natychmiast, ty nisko urodzony prostaku!”.

Z niezwykłym refleksem i brakiem nawet śladów zdrowego rozsądku Colon zawołał:

— Jego hrabiowska mość chce, żeby wszyscy obecni się z nim napili!

W porównaniu z Załatanym Bębnem, tawerna Pod Kubłem na Błyskotnej była oazą chłodu i spokoju. Straż przejęła ten lokal jako swój — własną i cichą świątynię sztuki upijania się. Nie chodziło o to, że sprzedawano tu wyjątkowo dobre piwo, bo nie sprzedawano. Ale za to podawano je szybko, bez gadania. I właściciel udzielał kredytu. Pod Kubłem było jedynym miejscem, gdzie strażnicy nie musieli widzieć różnych rzeczy — i gdzie nikt im nie przeszkadzał. Nikt nie potrafi tak milcząco wlewać w siebie alkoholu jak strażnik, który właśnie zszedł ze służby po ośmiu godzinach na ulicy. Alkohol dawał mu osłonę, równie ważną jak hełm i półpancerz. Świat nie bolał wtedy tak bardzo.

A pan Cheese, właściciel, potrafił słuchać. Słuchał takich zdań jak „Podwójną” albo „Jeszcze jedno”. Wymawiał też odpowiednie słowa, takie jak „Na kredyt? Oczywiście, panie oficerze”. Strażnicy płacili swoje długi — albo musieli wysłuchać pogadanki kapitana Marchewy.

Vimes siedział ponury nad szklanką lemoniady. Miał ochotę na drinka i doskonale rozumiał, czemu go nie wypije: jeden drink zwykle pojawiał się w tuzinie szklaneczek. Ale ta wiedza niczego nie ułatwiała.

W tawernie siedziała prawie cała dzienna zmiana i jeden czy dwóch ludzi, którzy mieli dzisiaj wolne.

Choć nie było tu zbyt czysto, podobał mu się ten lokal. Kiedy słyszał wokół gwar rozmów, nie mógł się zorientować we własnych myślach.

Głównym powodem, dla którego pan Cheese pozwolił, by jego tawerna stała się praktycznie piątym komisariatem Straży Miejskiej, było bezpieczeństwo, jakie mu to gwarantowało. Strażnicy pili spokojnie, na ogół. Przechodzili z pozycji wertykalnej do horyzontalnej, sprawiając minimum kłopotów i nie niszcząc zanadto wyposażenia. Nikt też nigdy nie próbował go obrabować. Strażnicy naprawdę się irytowali, jeśli ktoś przeszkadzał im w piciu.

Dlatego był szczerze zdumiony, kiedy drzwi odskoczyły nagle i wpadło trzech uzbrojonych w kusze mężczyzn.

— Nie ruszać się! Kto się ruszy, zginie!

Rabusie zatrzymali się przy barze. Ze zdziwieniem stwierdzili, że ich przybycie nie wzbudziło zamieszania.

— Na miłość bogów, czy ktoś mógłby zamknąć drzwi? — burknął Vimes.

Posłuchał go siedzący koło wejścia strażnik.

— I zarygluj — dodał Vimes.

Trzej złodzieje rozejrzeli się. Kiedy ich oczy przyzwyczaiły się do półmroku, odnieśli ogólne wrażenie pancerzowości, z silnym akcentem uhełmowienia. Ale ta pancerzowość się nie poruszała. Przyglądała im się w milczeniu.

— Jesteście nowi w mieście, chłopcy? — zapytał pan Cheese, polerując szklankę.

Najodważniejszy z trójki machnął barmanowi kuszą przed nosem.

— Dawaj pieniądze, ale już! — wrzasnął. — Bo jak nie — dodał, zwracając się do całej sali — będziecie mieli martwego barmana.

— W mieście jest dużo innych knajp, tumanie — odpowiedział mu jakiś głos.

Pan Cheese nie podniósł nawet wzroku znad szklanki.

— Wiem, że to wy, funkcjonariuszu Udgryzjel — oznajmił spokojnie. — Macie na rachunku dwa dolary i trzydzieści pensów, dziękuję uprzejmie.

Rabusie zbili się w ciasną grupkę. Tawerny nie powinny się tak zachowywać. Zdawało im się, że słyszą lekkie zgrzytnięcia rozmaitej broni wydobywanej z odpowiednich pochew.

— Czy ja was już gdzieś nie widziałem? — spytał Marchewa.

— O bogowie, to on! — jęknął któryś z napastników. — Miotacz chleba!

— Zdawało mi się, że pan Staloskórka zabierał was do Gildii Złodziei…

— Wynikł drobny spór w kwestii podatków…

— Nie mów mu!

Marchewa klepnął się w czoło.

— Formularze podatkowe! — powiedział. — Pan Staloskórka pewnie się martwi, że o nich zapomniałem.

Złodzieje stali teraz tak blisko siebie, że przypominali grubego sześcioręcznego stwora, który wydaje majątek na kapelusze.

— Eee… Strażnikom nie wolno zabijać ludzi, prawda? — zainteresował się jeden z nich.

— Nie wolno na służbie — odparł Vimes.

Najodważniejszy z trójki skoczył nagle, chwycił Anguę i szarpnięciem postawił ją na nogi.

— Wychodzimy stąd cali i zdrowi, bo oberwie dziewczyna. Zrozumiano? — warknął.

Ktoś parsknął drwiąco.

— Mam nadzieję, że nikogo nie zabijesz — powiedział Marchewa.

— Sam o tym zdecyduję!

— Czy ja mówiłem do ciebie?

— Nie martw się, poradzę sobie — uspokoiła Marchewę Angua. Rozejrzała się, by sprawdzić, czy na pewno nie ma tu Cudo. Potem westchnęła. — Chodźmy, panowie. Miejmy to już za sobą.

— Nie baw się jedzeniem! — zawołał ktoś.

Zabrzmiał jeden czy dwa chichoty, ale Marchewa odwrócił się na krześle i nagle wszyscy bardzo się zainteresowali swoimi drinkami.

— Nic nie szkodzi — rzuciła cicho Angua.

Zdając sobie sprawę, że coś jest nie tak, jak powinno, ale nie wiedząc, co takiego, złodzieje cofali się ostrożnie. Nikt im nie przeszkadzał, kiedy odsuwali rygiel, a potem — wciąż trzymając Anguę — wyszli w kłęby mgły.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)