Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Ku jego uldze Mary chwilowo umilkła.
Śnieżyca na ekranie przejaśniła się i pojawił się obraz — trochę kanciasty, lecz natychmiast rozpoznawalny.
Patrzyli z góry na boks Kate, parę pięter ponad nimi w Wormworks. Lecz teraz nie widzieli już wyczyszczonej skorupy; w tym boksie ktoś pracował. Ekran leżał przekrzywiony na biurku i niezauważone przepływały po nim dane; ramka w rogu przekazywała coś, co wyglądało na wiadomości: gadającą głowę i miniaturową grafikę. Były też inne oznaki działalności: odcięta puszka po coli, używana jako stojak na ołówki i pióra, ołówki rozrzucone po biurku razem z blokami kartek, kilka złożonych papierowych gazet.
I, co było wyraźniejszym i łamiącym jego serce dowodem obecności Kate: rzeczy osobiste oraz śmieci, które określały to miejsce jako przestrzeń Kate i niczyją inną: parująca kawa w termoaktywnym kubku, zgniecione opakowania po kanapkach, stojący kalendarz, brzydki kanciasty zegar cyfrowy w stylu lat dziewięćdziesiątych, przypięty szyderczo do ścianki działowej pamiątkowy portret — Bobby i Kate na egzotycznym tle Krainy Objawienia.
Odsunięty od biurka fotel wciąż obracał się wolno. Spóźnił się o sekundy, pomyślał.
Mary wpatrywała się w obraz z otwartymi ustami, zafascynowana tym oknem w przeszłość — jak każdy za pierwszym razem.
— Przed chwilą tam byliśmy. Było całkiem inaczej. To niesamowite.
…A teraz Kate weszła spoza ekranu w obraz — Bobby wiedział, że to nastąpi. Miała prostą praktyczną sukienkę, a pasmo włosów zsuwało się jej na czoło i wpadało do oczu. W skupieniu marszczyła brwi; zanim jeszcze zdążyła usiąść, sięgnęła palcami do klawiatury.
— Wiem — wykrztusił z trudem.
Laboratorium rzeczywistości wirtualnej Boeinga okazało się komorą wypełnioną rzędami otwartych stalowych klatek — około setki, ocenił David. Za szklanymi ścianami inżynierowie w białych fartuchach przesuwali się wzdłuż oświetlonych rzędów komputerów.
Klatki były zawieszone na pierścieniach i mogły wychylać się we wszystkich trzech płaszczyznach; każda mieściła wewnątrz szkieletowy kombinezon z gumy i stali z czujnikami i manipulatorami. David został wpięty do jednego z nich; musiał walczyć z klaustrofobią, kiedy przywiązywano mu ręce i nogi. Zrezygnował z systemu genitalnego, który był absurdalnie wielki i podobny do termosu.
— W tej podróży chyba nie będzie mi potrzebny.
Kobieta technik przyniosła hełm — masa elektroniki z miejscem na głowę w środku. Zanim mu go włożyła, zdążył spojrzeć na Hirama. Ojciec siedział w klatce na drugim końcu, kilka rzędów przed nim.
— Jesteś okropnie daleko.
Hiram uniósł dłoń w rękawicy i zacisnął palce.
— Kiedy już wejdziemy, to bez różnicy. — Głos odbijał się echem w ogromnej hali. — Co myślisz o tym zestawie? Robi wrażenie, co?
Mrugnął porozumiewawczo.
David pomyślał o Oku Duszy, prostej obręczy Bobby’ego, kilkuset gramach metalu, które sprzęgały się bezpośrednio z centralnym układem nerwowym i potrafiły zastąpić całą tę całkowicie dotykową aparaturę Boeinga. Po raz kolejny, pomyślał, Hiram wygra.
Pozwolił, by technik opuściła mu hełm na głowę i zawisł w ciemności…
…która rozjaśniała się powoli i mętnie. Dostrzegł unoszącą się tuż przed nim twarz Hirama. Oświetlał j ą delikatny czerwony blask.
— Pierwsze wrażenie — rzucił Hiram. Cofnął się, odsłaniając pejzaż.
David rozejrzał się. Woda, opadająca ku niej, zasypana żwirem plaża, czerwone niebo. Kiedy zbyt szybko poruszył głową, obraz rozpadał się i zmieniał w pojedyncze piksele; czuł na głowie wagę hełmu.
Horyzont zakrzywiał się dość ostro, jakby David patrzył z dużej wysokości. A na horyzoncie stały niskie, zaokrąglone wzgórza, odbijające się w wodzie.
Powietrze wydawało się rzadkie i czuł zimno.
— Pierwsze wrażenie? — powtórzył. — Plaża o zachodzie słońca… Ale takiego słońca jeszcze nie widziałem.
„Słońce” było kulą czerwonego światła, rozjaśniającą się w środku do pomarańczu i żółci. Wisiało nad wyraźnym, nie zamglonym horyzontem, spłaszczone do kształtu soczewki — prawdopodobnie przez refrakcję. Ale było ogromne, o wiele większe niż słońce Ziemi — lśniąca czerwienią kopuła, zajmująca dziesiątą część nieba. Może to olbrzym, pomyślał. Rozdęta stara gwiazda.
Niebo było ciemniejsze niż na Ziemi o zachodzie: fioletowe w górze, szkarłatne wokół słońca, dalej czarne. Ale nawet wokół słońca świeciły gwiazdy; po chwili uświadomił sobie, że widzi błyszczące punkty światła poprzez rozmytą krawędź słońca.
Po prawej stronie słońca była niewielka konstelacja, znajoma Kasjopeja, jeden z najłatwiej rozpoznawalnych gwiazdozbiorów. Lecz po lewej stronie miała jeszcze dodatkową gwiazdę, która zmieniała figurę w krzywy zygzak.
Zrobił krok naprzód. Żwir zachrzęścił przekonująco, poczuł ostre kamienie pod stopami. Zastanowił się, czy punkty nacisku na podeszwach odpowiadają temu, co widzi na ziemi.
Przeszedł kilka kroków nad brzeg wody. Lód błyszczał na skałach; były tam miniaturowe pola lodowe, sięgające aż do wody, oddalonej mniej więcej o metr. Sama woda była płaska, niemal nieruchoma; kołysała się tylko miękko i leniwie. Schylił się i obejrzał kamyk. Był twardy, czarny, wyszlifowany. Może bazalt? Pod spodem błysnął depozyt krystaliczny, pewnie sól. Jakaś jasna gwiazda z tyłu odbiła się białożółto od kamienia, a nawet rzuciła cień.
Wyprostował się i cisnął kamień w wodę. Leciał długo, ale powoli — czyżby niska grawitacja? — i wreszcie ze słabym chlupnięciem uderzył o powierzchnię; szerokie zmarszczki rozbiegły się leniwie wokół punktu upadku.
Hiram stał tuż obok. Miał na sobie prosty kombinezon mechanika z symbolem Boeinga na plecach. — Odgadłeś już, gdzie jesteśmy?
To scena z jakiejś powieści science fiction, którą kiedyś czytałem. Wizja końca świata.
— Nie — odparł Hiram. — To nie science fiction. I nie gra. To rzeczywistość, a przynajmniej sceneria.
— Wizja z WormCamu?
— Tak. Plus wzmocnienie VR i interpolacje, żeby sceneria reagowała przekonująco, jeśli próbujemy na nią oddziaływać. Na przykład kiedy podniosłeś ten kamień.
— Zakładam, że nie jesteśmy już w Układzie Słonecznym. Czy mógłbym oddychać rym powietrzem?
— Nie. To głównie dwutlenek węgla. — Hiram wskazał okrągłe wzgórza. — Wciąż trwa tu aktywność wulkaniczna.
— Ale to mała planeta. Widzę zakrzywienie horyzontu. Grawitacja jest niewielka; ten kamień, który rzuciłem… Więc dlaczego tak mała planeta nie straciła całego wewnętrznego ciepła, jak nasz księżyc? Aha, gwiazda. — Wskazał błyszczącą kopułę na horyzoncie. — Pewnie jesteśmy dość blisko, żeby efekty pływowe podtrzymywały jądro w stanie płynnym. Jak lo koło Jowisza. A to znaczy, że ta gwiazda nie jest olbrzymem, tak jak myślałem. To karzeł. A my jesteśmy blisko, tak blisko, że może się pojawić woda w postaci płynnej. O ile to jezioro czy morze jest z wody.
— O, tak. Chociaż nie radziłbym jej pić. Jesteśmy na małej planecie, orbitującej wokół czerwonego karła. Rok tutaj trwa około dziewięciu naszych dni.
— Jest jakieś życie?
— Uczeni badający to miejsce nie znaleźli żadnych śladów ani reliktów przeszłości. Szkoda. — Hiram pochylił się i podniósł kolejny kawałek bazaltu. Rzucał on podwójny cień na jego dłoni: jeden szary, rozmyty, od tej dużej czerwonej gwiazdy przed nimi i drugi słabszy, ale ostrzejszy, ze źródła światła za plecami.