Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Tutejsza przedstawicielka w Kongresie musiała zrezygnować ze stanowiska, kiedy WormCam odkrył jej zainteresowania seksualne: pewien młody futbolista ze szkoły średniej w nagrodę za wyczyny sportowe pojechał na wycieczkę do Waszyngtonu, a pani kongresman próbowała go nakłonić do całkiem innej formy atletyki… Jednak chłopak był już pełnoletni; zdaniem Bobby’ego główną winą kobiety — zwłaszcza u zarania epoki WormCamów — była zwykła głupota.
Zresztą nie była wyjątkowa. Podobno dwadzieścia procent członków Kongresu i ponad trzydzieści procent senatorów oświadczyło, że nie wystartują w najbliższych wyborach, i przeszło na wcześniejszą emeryturę albo zwyczajnie wycofało się z polityki. Niektórzy z komentatorów oceniali, że nawet połowa wszystkich wybieralnych urzędników w Ameryce odejdzie ze stanowisk, zanim jeszcze WormCamy na dobre trafią do zbiorowej i indywidualnej świadomości.
Niektórzy twierdzili, że to dobrze — że strach wymusi na ludziach uczciwość. Inni przekonywali, że wszystkie istoty ludzkie mają w życiu takie chwile, których wolałyby nie dzielić z resztą społeczeństwa. Być może za kilka cykli wyborczych jedynymi, którzy przetrwaj ą na stanowiskach i którzy staną do elekcji, będą ludzie patologicznie nudni, bez żadnego wartego uwagi życia osobistego.
Z pewnością prawda — jak zwykle — znajdzie się między tymi dwoma skrajnościami.
Gazety wciąż jeszcze pisały o sensacji z zeszłego tygodnia: pozbawiona skrupułów ekipa z Białego Domu próbowała zdyskredytować potencjalnego przeciwnika prezydent Juarez w najbliższej kampanii wyborczej. Zrobili mu zdjęcia, jak siedzi w ubikacji ze spodniami opuszczonymi do kostek, dłubie w nosie i grzebie sobie w pępku.
Afera uderzyła rykoszetem w samych sprawców i w żaden sposób nie zaszkodziła gubernatorowi Beauchampowi. W końcu każdy musi korzystać z ubikacji. I prawdopodobnie już nikt — choćby całkiem nieznany — nie robił tego, nie myśląc, czy nie obserwuje go w takiej chwili jakiś wormcamowy punkt widzenia.
Nawet Bobby zaczął korzystać z toalety po ciemku. Nie było to łatwe, nawet z nowymi, uproszczonymi i pokrytymi wyraźną fakturą urządzeniami, które spotykało się teraz praktycznie wszędzie. Zastanawiał się czasem, czy ktokolwiek w rozwiniętych krajach uprawia jeszcze seks przy zapalonym świetle…
Wątpił, czy nawet brukowce z automatów pozostaną długo przy takich zdjęciach w stylu paparazzich, kiedy sprawa straci już urok nowości. Zauważył, że obrazy — szokujące jeszcze kilka miesięcy temu — teraz płonęły kolorami w środku dnia na głównej ulicy mormońskiego miasteczka, nie zwracając praktycznie niczyjej uwagi — młodych ani starych, dzieci ani wiernych.
Bobby miał uczucie, że WormCam zmusił ludzką rasę, by odrzuciła kilka tabu; sprawił, by trochę dojrzała.
Szedł dalej.
Bez trudu znalazł mieszkanie Maysów. Przed niczym się nie wyróżniającym domkiem w spokojnej dzielnicy mieszkalnej zwykłego amerykańskiego miasteczka zobaczył tradycyjną oznakę sławy czy sensacji: kilkanaście ekip telewizyjnych, czekających przed białym parkanem otaczającym ogródek. Choć pojawiła się technika natychmiastowego dostępu, upłynie jeszcze sporo czasu, zanim publiczność zrezygnuje z obecności interpretatora, dziennikarza, stającego między widzem a informacją.
Przybycie Bobby’ego było samo w sobie sensacją. Reporterzy ruszyli w jego stronę, a samoczynne kamery unosiły się nad nimi jak kanciaste metaliczne balony. Padały kolejne pytania: Bobby, w tę stronę, jeśli można… Bobby… Bobby, czy to prawda, że zobaczysz matkę po raz pierwszy, odkąd skończyłeś trzy lata…? Czy to prawda, że ojciec nie chciał ci pozwolić tu przyjechać, czy może odegraliście tylko scenę w gabinecie zarządu OurWorldu dla potrzeb WormCamów?… Bobby… Bobby…
Bobby uśmiechał się tak obojętnie, jak tylko potrafił. Reporterzy nie próbowali iść za nim, kiedy otworzył furtkę i wszedł do ogródka. W końcu nie było takiej potrzeby; z pewnością tysiąc punktów widzenia podążało za nim przez cały czas.
Wiedział, że nie warto nawet prosić o uszanowanie jego prywatności. Nie miał innego wyboru, niż znosić wścibskich podglądaczy. Czuł wzrok ich niewidzialnych oczu, jak gdyby uciskały mu kark.
Najbardziej niesamowita była myśl, że wśród tego niewidzialnego tłumu mogą być też obserwatorzy z przyszłości, spoglądający na tę chwilę przez tunele czasu. Może nawet jest wśród nich on sam, przyszły Bobby?
Musi jakoś przeżyć resztę swego życia mimo tego nadzoru.
Zastukał do drzwi i czekał, coraz bardziej zdenerwowany. Przypuszczał, że żaden WormCam nie potrafi podejrzeć, jak pracuje jego serce; jednak z pewnością miliony widzów patrzyły na zaciśnięte zęby, na krople potu, które mimo chłodu wyczuwał na czole.
Drzwi się otworzyły.
Bobby musiał długo przekonywać ojca Hirama, zanim uzyskał jego błogosławieństwo na tę wyprawę.
Hiram siedział samotny przy dużym, oklejonym mahoniem biurku przed stosem papierów i ekranami. Był przygarbiony, jakby w lęku. Nabrał zwyczaju rozglądania się, jak gdyby szukał punktów widzenia WormCamów — niczym mysz bojąca się drapieżnika.
— Chcę ją zobaczyć — oświadczył Bobby. — Heather Mays. Moją matkę. Chcę się z nią spotkać.
Hiram wydawał się zmęczony i niepewny siebie. Bobby chyba nigdy go takiego nie widział.
— Popełniasz błąd. Co ci z tego przyjdzie?
— Sam nie wiem. — Bobby zawahał się. — Nie wiem, jakie to uczucie: mieć matkę.
— Nie jest twoją matką. Nie jest w żadnym normalnym sensie. Nie zna ciebie ani ty jej nie znasz.
— Mam wrażenie, jakbym ją znał. Oglądam jaw każdym brukowym programie…
— W takim razie wiesz, że założyła nową rodzinę. Zaczęła nowe życie, w którym nie ma dla ciebie miejsca. — Hiram zerknął na syna z ukosa. — I słyszałeś o samobójstwie.
Bobby zmarszczył brwi.
— Jej mąż…
— Popełnił samobójstwo z powodu wścibskich mediów. Wszystko dlatego, że twoja dziewczyna oddała WormCamy naj wredniejszym dziennikarskim hienom na planecie. To ona jest odpowiedzialna…
Tato!
— Tak, tak. Wiem. Mówiliśmy już o tym. — Hiram wstał z fotela, Podszedł do okna i rozmasował sobie kark. — Chryste, ależ jestem zmęczony… Słuchaj, Bobby, gdybyś miał ochotę wrócić do pracy, to przyda mi się pomoc.
— Chyba nie jestem jeszcze gotowy.
— Odkąd ujawniliśmy WormCamy, wszystko poszło w diabły. Wszystkie te dodatkowe zabezpieczenia tylko mnie denerwują…
Bobby wiedział, że to prawda. Na istnienie WormCamu zareagowały najrozmaitsze grupy społeczne, niemal wszystkie wrogo. Reakcje były różne — od kampanii szacownych działaczy z Arbitrażu Praw Prywatności po ataki na dyrekcję firmy, na Wormworks, a nawet na dom Hirama. Mnóstwo ludzi z obu stron granicy prawa uznało, że krzywdzi ich ujawniana przez WormCamy bezlitosna prawda. Wielu szukało kogoś, na kogo mogłoby zrzucić winę za swe cierpienia — a kto nadawał się do tego lepiej niż Hiram?
— Tracimy wielu dobrych ludzi, Bobby. Wielu z nich brakło odwagi, żeby zostać teraz przy mnie. Stałem się wrogiem publicznym numer jeden, człowiekiem, który zabił prywatność. Nie mam do nich pretensji; to przecież nie ich wojna. Ale nawet ci, którzy zostali, nie potrafią trzymać się z daleka od WormCamów. Mieliśmy masę nieuprawnionych dostępów. Możesz się domyślić, co robią: szpiegują sąsiadów, żony, kolegów. I dowiadują się, co przyjaciele naprawdęo nich myślą, co robią za ich plecami. Wybuchają kłótnie, bójki, była jedna próba zabójstwa. Teraz, kiedy możesz zajrzeć w przeszłość, niczego nie można ukryć. To działa jak nałóg. I obawiam się, że jest tylko przedsmakiem tego, co nas czeka, kiedy widzący przeszłość WormCam trafi do powszechnego użytku. Będziemy sprzedawać miliony zestawów, to pewne. Ale na razie ledwo to wytrzymuję; zakazałem nieuprawnionego dostępu i zablokowałem terminale… — Spojrzał na syna. — Wierz mi, mam mnóstwo pracy. A świat nie będzie czekał, aż wyleczysz tę swoją szlachetną duszyczkę.