Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
— Czy ja wierzę? — spytała z rozpaczą.
— Wierzę — sama sobie odpowiedziała. — Wierzę oczywiście, i wiem, że tak jest, ale odzwyczaiłam się czuć wiarę swoją. Boże, pomóż mi!
Zmęczona uniosła wzrok, pamiętając jaką nadzieję wzbudziły w niej ufne oczy zamyślonego dzieciątka. Wyżej strzeliły płomienie świec, ołtarz stał się jaśniejszy, rozbłysnął złoty ornament cerkwi, jak gdyby zwieńczony ognistą krechą. I tu, jeden jedyny raz w ciągu tego całego czasu bez cienia strachu — przecież to w niej wszystko jaśniało i płonęło — dostrzegła poprzez złotą poświatę ołtarza, że Drud wyszedł z ramy obrazu i usiadł u nóg maleńkiego Jezusa. Był w brudnym i zgrzebnym odzieniu rybaka, który jak gdyby dopiero co wysiadł z łodzi; Jezus uśmiechał się do niego radośnie jak chłopiec na widok zabawnego wujka. Przybysz wziął ostrą muszlę, ze zwiniętym do wewnątrz kołnierzem, i przyłożył do ucha.,Oto szumi morze” — powiedział cicho. „Szumi… morze…” — szepnęło echo po kątach. Drud podał muszlę Jezusowi, ażeby usłyszał jak szu,mi morze w sercach ludzkich. Chłopczyk niecierpliwym gestem schwycił ją — muszla była większa niż jego głowa — i z pewnym trudem nie bez pomocy matki utrzymał ją, potem podobnie jak Drud przyłożył do ucha i zaczął słuchać z oczami skierowanymi tam, skąd dolatywał łoskot fali. Po chwili palec przybysza przybliżył się do strzałki kompasu, przesunął ją do tyłu, do przodu — wokoło. Dziecko spojrzało i kiwnęło główką.
Stróż cerkiewny, dostrzegłszy zastygłą w nieruchomym pokłonie kobietę, przez jakiś czas czekał, aż się podniesie, zamierzał już zamknąć cerkiew. Jednak kobieta trwała nieporuszona. Wówczas zawołał do niej, potem dotknął i przerażony przyniósł zimną wodę. Runa teraz dopiero oprzytomniała. Dała mu pieniądze, jakie tylko miała przy sobie i tłumacząc, że jest chora, poprosiła o przywołanie dorożki. Zmęczona i rozbita, jak po długiej podróży, wróciła do domu, zadając sobie pytanie: czy warto i czy można jeszcze żyć?
Część III
WIECZÓR I DAL
I
O dwunastej w nocy Tawi powróciła do San-Riolu. Wszystkie wielkie i małe wydarzenia tego dnia, niepodobne do niczego, co zdarzyło się w jej życiu, jechały i wysiadły na peronie razem z nią. Tawi nie potrafiła ich się pozbyć. Żyły i osaczały ją przywołując ciągle na myśl Kruksa.
Na oszklonej galerii starego domu, pośród rozwieszonej, suszącej się bielizny, niepotrzebnych skrzynek i innych rupieci odpychając nogą pustą butelkę i potykając się o kota, Tawi odnalazła swoje drzwi, zmęczoną ręką włożyła klucz do zamka i przekręciła go w zamyśleniu. Tu ogarnęło ją chwilowe osłupienie, podobne do tego, jakie przydarzyło jej się w Lissie, gdy przyłożywszy do ust koniuszek palca, stała około pół godziny przed witryną sklepu roztargniona niczym Sokrates, wiedząc wszystko i nic. W końcu to nagłe oniemienie wywołane zapewne ostatnimi przeżyciami rozładowało się w wielokrotnych głośnych westchnieniach, a także w przelotnym spojrzeniu na siebie z boku, rzuconym jakby przez doświadczonego człowieka, ot, takiego zaradnego wujka, którego trudno czymkolwiek zadziwić.
Klucz nareszcie otrzymał należny ruch obrotowy, przeorał tajemnicze wnętrzności zamka, zagrzał się w gorącej dłoni i wyrwał się z żelaza z trzaskiem, napełniającym serce Tawi zaufaniem do siebie, a także pragnieniem, by natychmiast dokonać czegoś jeszcze bardziej zdecydowanego. Weszła do środka ponuro rozglądając się wokoło. Zakurzona lampa elektryczna, wokół której od razu pojawiły się muchy, wybuchła swoją płonącą pętlą pośród panującego tu nieporządku. W natłoku innych wrażeń szczegół ten mógłby ujść uwadze. Porzucone mieszkanie wita nas martwo jak wyschnięty bukiet, każda rzecz otoczona jest zimnem i pustką. Wydaje się, że rok nie byliśmy tutaj — tak dotkliwe jest pragnienie znalezienia przytulnego kąta, uczucie nieprzydatne i beztrosko porzucone po szybkich i pełnych nadziei przygotowaniach do podróży.
Wszystkie piętra tego domu były otoczone krytymi, oszklonymi galeriami z wychodzącymi na nie rzędami drzwi prowadzącymi do ciasnych mieszkań, z kuchnią przy samym wejściu i niewielkim za mm pokojem, którego dwa okna wychodziły w kierunku połwyschniętych krzaków na zakurzonym podwórzu. Tu gnieździła się biedota rzemieślnicza, drobni handlarze, szlachetni nędzarze i marynarze. Tawi nie miała własnych mebli, nie miała też żadnych krewnych. Meble w jej mieszkaniu pozostały po poprzednim lokatorze — pijaku i kapitanie, który już dawno rozstał się ze swoją profesją; zmarł pieską śmiercią w czasie bójki na Beradskim moście. Tam zachwiał się i ciężkie ciało szkarłatnego starca rozwaliło przegniłe poręcze. I tylko pobliscy świadkowie mogli powiedzieć, że spadając do wody zdążył jeszcze zakląć siarczyście i głośno. Potok uniósł jego zwłoki, grzechy i przekleństwa do najeżonego ostrymi głazami kanionu, a ciało nie zostało już nigdy odnalezione. Po kapitanie została komoda, której szuflady czasem nie wiadomo dlaczego pęczniały i nie zamy kały się tygodniami; łóżko, kilka wyściełanych składanych krzeseł, szafa ze szmatami i pudełka tytoniowe, pomalowany Saracen z gipsu i dwa talerze. Cała reszta, jeśli nawet było tu coś lepszego, znikła. Tawi nie pamiętała ani ojca, ani matki; matka, porzuciwszy męża, uciekła z przejezdnym przystojnym defraudantem; ojciec zaciągnął się do wojska i zginął w bitwie. Swoje dzieciństwo Tawi spędziła u półślepej stryjecznej ciotki, męcząc się bardziej aniżeli starucha swoimi chorobami i gorącymi okładami, które zmuszona była ciągle zmieniać. Gdy miała piętnaście lat, księgarz, znajomy ciotki, przyjął dziewczynę do pracy w sklepie; sprzedawała książki i żyła o głodzie. Potem księgarz zbankrutował i zmarł, a Tawi dała ogłoszenie do gazety.
Oto cała biografia — jest w niej więcej sensu aniżeli w stukocie podeszew Casanovy na pałacowych parkietach eleganckiego świata. Jednak nie o tym myślała Tawi, gdy usiadła w kuchni przy kuchence i zaczęła gotować herbatę; zbyt silne były wrażenia, jakich doznała, żeby mogła się teraz od nich uwolnić. Dokądkolwiek skierowała w zamyśleniu swój wzrok, ściana mimo nocy pokrywała się jasną plamą i w jej promiennej poświacie nad świecami upiornej trumny unosiły się srebrne girlandy dziwnego aparatu. Wydawało się jej, że to ogromny dysk miasta jak gdyby dotknięty gigantycznym palcem krąży pstrząc się w powietrzu. Wrażenie to potęgowało się, jak u człowieka przypadkowo wciągniętego w wir walki, której szczęśliwym rezultatem był tylko ból palących pięt i ucisk zmęczonych oczu; to znów ustępowało szczeremu zdziwieniu, że nie zdarzyło się coś jeszcze bardziej oszałamiającego.
— Tawi, kochana moja — mówiła dziewczyna do siebie — jak ty na to wszystko patrzysz? Czy wiedziałaś, że istnieją miasta, gdzie zostałoby po tobie tyle, co kot napłakał? Zaiste Torp — to Sinobrody. A któż to taki Kruks? Zapewne to bardzo porządny człowiek. Mimo wszystko jednak nieporadny jak cielę. Mógłby przylecieć w swoim aparacie i po prostu usiąść przy stole.
Wyobrażając to sobie, roześmiała się i opuściła głowę w dłonie, wyraźny przebłysk śmiechu i zadowolenia pojawiał się w jej roziskrzonych oczach, popatrujących na to, co sobie wyobraziła jak przez welon w rozsuniętych dłoniach. Należała zaiste do tych niewielu szczęśliwych istot, dla których wszystko na świecie jest tak samo proste, jak własna radosna beztroska. Według Tawi somolot i motyl niewiele się różnią, chyba tylko tym że motyl nie ma śmigła. Dlatego też bardziej zadziwił ją zachwyt widzów aniżeli sam eksperyment.