Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 87
Перейти на страницу:

Ogólnie rzecz biorąc, uważała, że naprawdę ma szczęście.

Vimes przyglądał się stojącemu przed biurkiem Marchewie.

— No więc do czego to prowadzi? — spytał. — Człowiek, o którym wiemy, że nie załatwił księcia, nie żyje. Człowiek, który prawdopodobnie załatwił… też nie żyje. Ktoś bardzo niezręcznie usiłował stworzyć pozory, że Ossiemu zapłacili Klatchianie. Dobra, rozumiem, czemu komuś miałoby na tym zależeć. To właśnie to, co Fred nazywa „polityką”. Wysyłają Śnieżnego, żeby wykonał robotę naprawdę, Śnieżny pomaga nieszczęsnemu głupiemu Ossiemu, który służy do tego, żeby mieć wpadkę, a potem straż udowadnia, że Ossie działał za pieniądze Klatchian. W efekcie mamy kolejny powód do wojny. A Śnieżny zjeżdża sobie gdzieś daleko. Tylko że ktoś wyleczył go z łupieżu już na dobre.

— Po tym, kiedy coś napisał, sir — przypomniał Marchewa.

— A tak…

Vimes obejrzał notatnik znaleziony w pokoju Śnieżnego. Był to byle jaki notes, plik różnych ścinków, który grawerzy sprzedawali tanio. Powąchał go.

— Mydło na brzegach — zauważył.

— Jego nowy szampon — wyjaśnił Marchewa. — Pierwszy raz go używał.

— Skąd wiesz?

— Obejrzeliśmy butelki w śmieciach, sir.

— Hm… wygląda na świeżą krew tutaj, na grzbiecie, gdzie jest szycie…

— To jego, sir — wtrąciła Angua.

Vimes skinął głową. Nigdy nie dyskutował z Anguą w sprawach krwi.

— Ale żadna kartka nie jest poplamiona krwią. To trochę dziwne. Dekapitacja to taka… nieporządna śmierć. Ludzie mają tendencję do… chlapania. Czyli pierwsza kartka…

— Została wyrwana, sir. — Marchewa uśmiechnął się i pokiwał głową. — Ale nie to jest najciekawsze, sir. Zobaczymy, czy pan na to wpadnie…

Vimes rzucił mu niechętne spojrzenie, po czym przysunął sobie lampę.

— Na górnej stroniczce bardzo słabe wgłębienia pisma… — mruknął. — Nie potrafię odczytać…

— My też nie potrafimy, sir. Wiemy, że pisał ołówkiem, bo znaleźliśmy go na stole…

— Bardzo słabe ślady — stwierdził Vimes. — Tacy faceci jak Śnieżny piszą, jakby łupali kamienie. — Odwrócił notes. — Ktoś wyrwał… nie tylko tę kartkę, na której pisał, ale też kilka następnych.

— Sprytne, prawda? Wszyscy wiedzą, że…

— Da się odczytać podejrzane notatki, badając wgniecenia na kartce pod spodem. — Vimes rzucił notes na biurko. — Hm… jest w tym jakaś wiadomość, owszem…

— Może szantażował zleceniodawców? — zgadywała Angua.

— Nie, to nie w jego stylu. Chodziło mi raczej…

Ktoś zastukał do drzwi. Wszedł Fred Colon.

— Przyniosłem kawę — oznajmił. — I przyszła do pana banda szma… Klatchian, sir. Czekają na dole. Pewnie chcą dać panu medal i bełkotać do pana w tym swoim języku. A gdyby miał pan ochotę na późną kolację, to pan Goriff przyrządza kozę z ryżem w zagranicznym sosie.

— Lepiej chyba zejdę i z nimi porozmawiam — uznał Vimes. — Tylko że nie miałem nawet czasu się umyć…

— Świadectwo pańskich bohaterskich dokonań, sir — przypomniał stanowczo Colon.

— No dobrze…

Zakłopotanie ogarnęło Vimesa w połowie schodów. Nigdy jeszcze nie spotkał grupy obywateli pragnących wręczyć mu medal, więc nie miał w tej kwestii wielkiego doświadczenia. Jednak zbita ciasno grupa, czekająca na niego przy biurku sierżanta, nie wyglądała na komitet dziękczynny.

Byli Klatchianami. A przynajmniej nosili cudzoziemskie ubrania i jeden czy dwóch wyraźnie bardziej się opalili, niż zwykle jest to możliwe w Ankh-Morpork. Vimesa opanowało przeczucie, że Klatch jest bardzo rozległym lądem, w którym zagubiłyby się jego miasto i całe równiny Sto. Musi zatem tam być dość miejsca dla wielu narodów, w tym również tego niskiego typa w czerwonym fezie, który niemal wibrował z oburzenia.

— To pan jest Vimes? — zapytał ten w fezie.

— Tak, komendant Vimes…

— Żądamy uwolnienia rodziny Goriffów! I nie będziemy słuchać żadnych usprawiedliwień!

Vimes zamrugał niepewnie.

— Uwolnienia?

— Aresztowaliście ich! I skonfiskowaliście ich bar!

Vimes zerknął pytająco na sierżanta Detrytusa.

— Gdzie umieściliście tę rodzinę, sierżancie?

— W celach, sir! — Detrytus zasalutował.

— Aha! — wykrzyknął typ w fezie. — Przyznajecie się!

— Przepraszam bardzo, ale kim pan jest? — Vimesowi oczy się zamykały ze zmęczenia.

— Nie muszę wam mówić i nie wyciągniecie tego ze mnie! — Typ wypiął pierś.

— Dziękuję, że mnie pan uprzedził. Nienawidzę zmarnowanego wysiłku.

— O, witam, panie Wazir! — zawołał Marchewa, który pojawił się za plecami komendanta. — Dostał pan mój liścik w sprawie tej książki?

Nastąpił jeden z tych momentów milczenia, kiedy wszyscy muszą na nowo zaprogramować własne twarze. Potem odezwał się Vimes:

— Co?

— Pan Wazir sprzedaje książki na ulicy Berek — wyjaśnił Marchewa. — No i poprosiłem go o jakieś książki o Klatchu, a jedną z tych, które mi dał, była „Perfumowana Bruzda albo Ogród Rozkoszy”. Nie przeszkadzało mi to, bo przecież właśnie Klatchianie wynaleźli ogrody, sir, więc pomyślałem, że taka książka pomoże mi poznać ich kulturę. Wejść do wnętrza klatchiańskiego umysłu, jak to mówią. Tylko że, no… eee… no, to nie była książka o ogrodnictwie, tylko… — Zaczął się czerwienić.

— Tak, tak, oczywiście, proszę ją zwrócić, jeśli panu nie odpowiada — powiedział Wazir, trochę zbity z pantałyku.

— Pomyślałem tylko, że powinien pan wiedzieć, na wypadek gdyby… no, gdyby pan sprzedał… wie pan… taka książka może zaszokować kogoś nieprzygotowanego…

— Tak, świetnie…

— Kapral Angua była tak zaszokowana, że nie mogła przestać się śmiać.

— Dopilnuję, żeby natychmiast odesłano panu pieniądze — obiecał Wazir.

Znów zrobił groźną minę. Spojrzał na Vimesa.

— W takich chwilach książki nie są istotne! Żądamy, by natychmiast uwolnił pan moich rodaków!

— Detrytus, dlaczego, u licha, zapakowałeś ich do cel? — spytał znużonym głosem Vimes.

— A co jeszcze żeśmy mieli, sir? Zamknięte nie są, a mają w nich czyste koce.

— Ma pan wyjaśnienie. Są naszymi gośćmi.

— W celach! — Wazir rozkoszował się tym słowem.

— Mogą z nich wyjść, kiedy tylko zechcą — zapewnił Vimes.

— Jestem pewien, że teraz już mogą. — Wazir wyrazem twarzy zdawał się sugerować, że tylko jego przybycie powstrzymało oficjalnie sankcjonowany rozlew krwi. — Może pan być pewien, że Patrycjusz o tym usłyszy.

— Słyszy też o wszystkim innym… Ale jeśli opuszczą komendę, kto będzie ich ochraniał?

— My! Ich bracia rodacy!

— Jak?

Wazir stanął niemal na baczność.

— Z bronią w ręku, jeśli zajdzie potrzeba!

— No to świetnie — westchnął Vimes. — Będziemy mieli tłuszczę po obu stronach…

— Bingely-bingely biip!

— Niech to szlag! — Vimes klepnął się po kieszeni. — Nie chcę słuchać, że nie mam żadnych spotkań!

— Masz jedno, o jedenastej wieczorem. Sala Szczurów w pałacu — poinformował De-terminarz.

— Nie bądź głupi!

— Jak tam chcesz.

— I zamknij się.

— Próbowałem tylko pomóc.

— Cicho siedź. — Vimes zwrócił się do klatchiańskiego księgarza. — Panie Wazir, jeśli pan Goriff zechce iść z panem, nie będziemy go zatrzymywać…

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)