Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
Sierżant był najwyraźniej przeciwny moim rozkazom i gdybym teraz nie przyjął jego propozycji, mogłem usłyszeć głos Blackiego: „Sierżancie, przejmijcie komendę. Panie Rico, jest pan zluzowany”.
Ale — do wszystkich diabłów — co to za kapral, któremu nie wolno dowodzić sekcją… A dowódca oddziału, który jest tylko potakiwaczem, musi wydawać się swemu sierżantowi kukłą w kombinezonie!
Nie zastanawiałem się nad tym, tylko tak mi przeleciało przez głowę i natychmiast odparłem:
— Nie mam na zbyciu kaprala, aby mógł niańczyć dwóch rekrutów, ani sierżanta, żeby dowodził czterema szeregowymi i jednym starszym szeregowcem.
— Ale…
— Nie przerywać. Warta nad kraterem ma być zmieniana co godzinę. Pierwszy patrol ma piorunem oczyścić teren. Dowódcy sekcji, po otrzymaniu raportu o jakiejkolwiek jamie, ustawią anteny sygnałowe, żeby dowódcy pododdziałów, sierżant i dowódca oddziału mogli je skontrolować, gdy do nich dotrą Jeśli nie będzie ich zbyt wiele, przy każdej ustawimy posterunek. Zdecyduję później.
— Według rozkazu.
Przełączyłem się na szerszy obwód, by słyszeć, jak sierżant dawał rozkazy zmieniające pierwotny plan. Robił to sprawnie i precyzyjnie. Lepiej niż gdybym ja to robił. Nie jest łatwo dowodzić oddziałem żołnierzy w kombinezonach, rozciągniętym na przestrzeni wielu mil. Każdy rozkaz musi być dokładny, żebyś nie trafił w głowę własnego towarzysza… albo, jak w tym wypadku, żeby jakaś część terenu nie została przeczesana dwukrotnie, a inna pominięta.
Słuchałem wszystkich naraz, bo chciałem wiedzieć, o czym mówią miedzy sobą.
Ale nic nie mówili. Kaprale odzywali się tylko wtedy, gdy trzeba było dokonać zmian w sekcjach. Gońcy meldowali o korektach w odstępach i pomiarach. Szeregowcy nie mówili w ogóle nic.
Blackie miał rację — oddział został mi przekazany zgrany jak kapela.
Wcale mnie nie potrzebowali! Mogłem z powodzeniem wrócić do domu, a oni robiliby, co do nich należy.
Może nawet lepiej…
Nie byłem pewny, czy postąpiłem słusznie, odmawiając wycofania Cunhy spod krateru. Gdyby wynikły tam kłopoty i nie zdołalibyśmy dojść na czas do tych chłopców, na nic zdałaby się wymówka, że postąpiłem zgodnie z przepisami. Śmierć zgodna z przepisami pozostaje śmiercią.
Zacząłem się zastanawiać, czy Bycze Karki mają w tej chwili zapotrzebowanie na sierżanta.
Przeważająca część Pierwszego Czarnego Kwadratu była równie płaska jak step wokół Obozu Currie, tylko jeszcze bardziej goła. Miało to tę dobrą stronę, że pozwalało dostrzec wyłażącego Pluskwo-Pajęczaka i załatwić go, zanim ciebie zobaczył.
Byliśmy rozciągnięci tak szeroko, że pomiędzy żołnierzami były odstępy czteromilowe, a przerwy między falami patrolującymi i oczyszczającymi teren wynosiły około sześciu minut. A więc każde miejsce przez trzy do czterech minut było nie obserwowane — i w tym czasie, nawet z małych jam, mogło wydostać się wielu Pluskwo-Pajęczaków. Oko radaru sięga oczywiście dalej niż oko ludzkie, ale nie widzi tak dokładnie.
Nie było jednak czasu na biadolenie, musiałem spieszyć do krateru. Starałem się uważać na to, co się działo wokół i obserwowałem obraz radarowy.
Nie dostrzegłem żadnej jamy, ale po drodze przeskoczyłem przez wyrwę, w której mogły się ukrywać te potwory. Nie zatrzymałem się jednak, a tylko podałem współrzędne sierżantowi, żeby kazał sprawdzić.
Krater był nawet większy, niż sobie wyobrażałem, liczniki wskazywały silne natężenie promieniowania. Podsłuch ziemny milczał.
— Kapitanie — raportowałem Blackiemu — nie odbieramy żadnych wibracji gruntu. Zejdę do krateru i sprawdzę, czy są tam jakieś jamy.
— Młodzieńcze, trzymaj się z daleka od tego krateru.
— Ależ, kapitanie, jak tylko…
— Powiedziałem! Nie podchodź!
— Rozkaz!
Przez następne dziewięć godzin nic się nie działo. Patrol, który nie ma nic do roboty, łatwo ulega demoralizacji. Rozkazałem więc przeczesywać teren w taki sposób, żeby nikt nie sprawdzał po raz drugi obszaru, w którym już był. Wszystko dobre, byle uniknąć nudy.
Potem przyjechali goście ze specjalnej jednostki — trzech oficerów eskortujących talent wyczuwacza przestrzennego. Blackie zapowiedział ich przybycie.
— Macie ich ochraniać i spełniać wszystkie ich żądania.
— Tak jest. A czego będą chcieli?
— A skąd ja mogę wiedzieć? Jeśli major Landry każe ci stanąć na głowie albo wyskoczyć ze skóry i zatańczyć, to masz to zrobić.
Byłem ciekaw, bo nigdy nie widziałem specjalnego talentu przy pracy. Major Landry i dwaj oficerowie mieli pancerze i ręczne miotacze ognia. Talent nie miał żadnej zbroi ani broni — tylko maskę tlenową. Był ubrany w dość zniszczony mundur, bez odznak, i wydawało się, że go wszystko śmiertelnie nudzi.
Po opuszczeniu samochodu zdjął maskę. Byłem przerażony.
— Majorze, powietrze tu jest gorące. Poza tym ostrzeżono nas, że…
— Uspokój się — powiedział major — On o tym wie.
Zamilkłem. Talent odszedł parę kroków, zawrócił i wydął dolną wargę. Oczy miał zamknięte i wydawał się zatopiony w myślach. Potem otworzył oczy i powiedział rozdrażnionym tonem:
— Jak tu można pracować, skoro ci idioci skaczą naokoło?
Major Landry rzucił szybko:
— Wydać oddziałowi rozkaz — padnij!
Przełknąłem ślinę, chciałem argumentować — ale włączyłem obwód ogólny:
— Pierwszy oddział Lampartów — padnij i zamrzyj!
I usłyszałem echo swojego rozkazu, powtarzanego wszystkim sekcjom. Spytałem:
— Majorze, czy mogę im pozwolić na zmianę pozycji leżącej?
— Nie. I milczeć.
Niebawem wyczuwacz wsiadł do samochodu i włożył maskę. Pomknęliśmy parę mil dalej. Znowu zdjął maskę i zaczął spacerować. Tym razem mówił coś to do jednego, to do drugiego oficera bojowego, a ci potakiwali i szkicowali coś w blokach rysunkowych.
Odwiedziliśmy jeszcze ze dwanaście miejsc, a oni za każdym razem wykonywali taki same, na oko bezsensowne czynności.
Zanim nas opuścili, oficer, który coś tam rysował, wyrwał z bloku kartkę i wręczył mi ją.
— Macie tu mapę podterenu. Ta szeroka czerwona krecha to jedyny bulwar Pluskwo-Pajęczaków w waszym rejonie. Zaczyna się na głębokości tysiąca stóp, ale wznosi się stopniowo w kierunku lewej strefy tyłów, gdzie osiąga głębokość już tylko czterystu pięćdziesięciu stóp. Niebieska siatka, łącząca się z nim, to kolonia Pluskwo-Pajęczaków. Zaznaczyłem jedyne miejsce, gdzie podchodzi pod powierzchnię na sto stóp. Możecie zainstalować tam aparaty podsłuchowe, dopóki sami się tym nie zajmiemy.
Gapiłem się na kartkę.
— Czy na tej mapie można polegać?
Oficer rzucił okiem na wyczuwacza:
— Oczywiście, idioto! I w ogóle, co ty wygadujesz? Chcesz go zmartwić?
Odjechali, a ja studiowałem rysunek. Inżynier-artysta wykonał szkic z kopią, a pudełko przetworzyło ten szkic na obraz przestrzenny tego, co znajdowało się o tysiąc stóp pod powierzchnią.
Tak byłem oszołomiony, że musiano mi przypomnieć, iż oddział jest wciąż w pozycji zamrzyj! Odwołałem ten rozkaz, poleciłem zdjąć podsłuchiwacze z krateru, wezwałem po dwóch żołnierzy z każdej sekcji i kazałem im wziąć namiary według tej piekielnej mapy i nasłuchiwać, co dzieje się na szosie i w mieście Pluskwo-Pajęczaków.