Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Jukes był postawnym mężczyzną o potarganych siwych włosach i kaprawych niebieskich oczach. Policzki miał nienaturalnie zaczerwienione, oddech — cuchnący sherry. Martinez posłał mu — tak przynajmniej zamierzał — pełen dezaprobaty grymas.
— Proszę ze mną, panie Jukes — powiedział i poprowadził go do sypialni Fletchera.
Jukes szedł w milczeniu. Zatrzymał się w drzwiach, oparł o futrynę i kontemplował wielką porcelanową postać przymocowaną do drzewa.
— Co to jest, panie Jukes?
— Narayanguru. Shaa przywiązali go do drzewa i zamęczyli na śmierć. Jest wszystkowidzący, dlatego ma oczy wokół głowy.
— Wszystkowidzący? To dziwne, że nie widział, co Shaa zamierzają z nim zrobić.
Jukes pokazał żółte zęby.
— Tak, to dziwne.
— Dlaczego on tu jest?
— Chodzi panu o to, dlaczego kapitan Fletcher powiesił Narayanguru w swojej sypialni? — Jukes wzruszył ramionami. — Nie wiem. Zbierał sztukę religijną, a nie mógł tego wystawić publicznie. Może tylko tutaj mógł to powiesić.
— Czy kapitan Fletcher był wyznawcą jakiegoś kultu? To pytanie zaskoczyło Jukesa.
— Możliwe, ale jakiego? — Wszedł do pokoju i wskazał na warczące zwierzę. — To Tranomakoi, personifikacja ducha burzy. — Potem pokazał mężczyznę o niebieskiej skórze. — To Krishna, chyba bóstwo hinduizmu. — Ręka Jukesa powędrowała dalej po okaleczonym panelu, wskazując na omdlałego mężczyznę. — To pieta. Chrześcijaństwo. Ich bóg też został zabity w malowniczy sposób przez Shaa.
— Chrześcijaństwo? — spytał Martinez, zaintrygowany. — Mamy chrześcijan na Laredo, na mojej planecie. W pewne dni roku wkładają białe suknie ze spiczastymi kapturami, przyczepiają łańcuchy i biczują się nawzajem.
— Po co to robią? — Jukes był przestraszony.
— Nie mam pojęcia. Mówi się, że wybierają jednego spośród nich na boga i przybijają go gwoździami do krzyża.
Jukes podrapał się w głowę.
— Jakiś straszny ten kult.
— To wielki zaszczyt. Większość z nich przeżywa.
— A władze nie reagują?
Martinez wzruszył ramionami.
— Wyznawcy krzywdzą tylko siebie nawzajem. Poza tym Laredo jest daleko od Zanshaa.
— Najwyraźniej.
Martinez spojrzał na zakrwawione półprzezroczyste ciało Narayanguru.
— W każdym razie nie jestem ani wyznawcą kultu, ani estetą, i nie mam zamiaru spać pod tym krwawym obiektem. Nawet jednej nocy.
Jukes uśmiechnął się.
— Wcale się nie dziwię.
— Czy mógłby pan… inaczej zaaranżować kolekcję kapitana? Umieścić Narayanguru tak, by nikomu nie zakłócał snu, a w to miejsce powiesić coś przyjemniejszego?
— Tak, milordzie. — Jukes szacował go wzrokiem. — A może chciałby pan, żebym stworzył coś specjalnie dla pana? Mógłbym coś wydrukować i oprawić w ramy, gdyby mi pan powiedział, co pan lubi.
Martineza nigdy nie pytano o jego upodobania w dziedzinie sztuki i nie miał gotowej odpowiedzi, więc sam zapytał:
— Szuka pan nowego patrona, panie Jukes?
— Zawsze. — Jukes odsłonił w uśmiechu żółte zęby. — Proszę wziąć pod uwagę, że prawdopodobnie przez lata będzie pan dowodził „Prześwietnym”. Kolekcja Fletchera przejdzie na jego rodzinę, a pan wolałby nie mieć na ścianach tych kafelków i fresków. To jest okręt wojenny, a nie pałac pełen duchów. Martinez spojrzał na niego.
— Czy to nie pan zaprojektował cały wystrój statku? Nie miałby pan nic przeciwko temu, gdybym kazał skuć kafelki i zamalować freski?
Jukes emanował zawadiackim wódczanym animuszem.
— Zupełnie nie. Wszystko mam zachowane w komputerze. A szczerze mówiąc, nie są to moje najlepsze prace.
Martinez zmarszczył czoło.
— Czy Fletcher nie płacił panu za najlepsze rzeczy?
— Wszystkie te prace to jego wybór, nie mój. Wyważone, klasyczne, nudne. W przeszłości robiłem znacznie lepsze rzeczy, znacznie ciekawsze, ale za to nikt nie płaci, więc… — wzruszył ramionami — znalazłem się na okręcie. Proszę mi wierzyć, nie tego się spodziewałem, gdy kiedyś zaczynałem zajmować się programami graficznymi.
Martineza to bawiło.
— A jak Fletcher pana zaklasyfikował?
— Sprzętowiec pierwszej klasy.
— Ale pan nic nie wie o pracy sprzętowca?
Artysta pokręcił głową.
— Ani trochę, milordzie. Dlatego potrzebuję nowego patrona.
— A więc… — Martinez spojrzał na niebieskiego flecistę — proszę zacząć od usunięcia tych ponuractw i niech pan w to miejsce da coś weselszego. Później porozmawiamy o… prowizji.
Jukes pojaśniał.
— Mam zacząć od zaraz, milordzie?
— Najlepiej po śniadaniu.
— Tak jest, milordzie. Mam spis całej kolekcji kapitana znajdującej się na tym statku. Zlustruję to wieczorem.
Martineza rozbawiło słowo „zlustruję”.
— Dobrze, panie Jukes. Jest pan wolny.
— Tak jest, milordzie. — Tym razem Jukesowi udało się mniej więcej przepisowo zasalutować. Wyszedł.
Martinez też opuścił kwaterę Fletchera i zamknął za sobą drzwi na klucz.
Rozmowa poprawiła mu humor. Poszedł do swojej kabiny i zaskoczony zobaczył, że jeden z jego służących, sprzętowiec Espinosa, rozłożył na podłodze w gabinecie poduszki i wyciągnął się na nich w pełnym ubraniu.
— Co ty tu robisz? — spytał.
Espinosa szybko stanął na baczność. Był młody, muskularny, miał duże ręce o mocnych knykciach.
— Milordzie, pan Alikhan mnie przysłał.
— Ale po co? — Martinez wpatrywał się w jego szczerą twarz.
— Ktoś zabija kapitanów, milordzie. Ja mam pilnować, żeby to się nie powtórzyło.
„Zabija kapitanów”. Nie myślał o tym w ten sposób.
— Bardzo dobrze — odparł. — Spocznij.
Poszedł do kabiny sypialnej, gdzie Alikhan rozłożył jego rzeczy na noc. Wziął szczoteczkę do zębów, zwilżył ją pod kranem i spojrzał na swe odbicie w lustrze.
Kapitan „Prześwietnego” pomyślał.
Choć dokonano morderstw, choć Narayanguru wisiał na drzewie, choć nie wyjaśniono przypadków śmierci, a nieznany zabójca prześladował statek, Martinez i tak odruchowo się uśmiechnął.
DWANAŚCIE
Po śniadaniu Martinez włożył mundur galowy ze srebrnym szamerunkiem i wysokim kołnierzem, na którym nie było teraz czerwonych naszywek sztabowych — Alikhan usunął je w nocy — potem naciągnął białe rękawiczki i wezwał Marsdena i Fulvię Kazakov. Czekając na nich, poprosił Alikhana, by wyjął z futerału Złoty Glob.
Nie zamierzał przypinać zakrzywionego noża ceremonialnego. I bez tego sytuacja była dość napięta.
Przybyli Marsden i Kazakov, oboje na galowo.
— Milady — zwrócił się Martinez do pierwszej oficer — proszę zawiadomić głównego mechanika Gawbyana, że za chwilę dokonamy inspekcji jego wydziału.
Kiedy doszli do warsztatu, Gawbyan już stał przy drzwiach, zasapany, gdyż przybiegł pędem z podoficerskiej mesy.
Martinez dokładnie sprawdził cały warsztat, zadał operatorom pytania o ich pracę, zwrócił uwagę na niefrasobliwe obchodzenie się z odpadami. Jeśli statek będzie zmieniał kurs, hamował czy z innych powodów nastąpi, nieważkość, śmieci rozlecą się po całym warsztacie.