Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Martinez tak głośno postawił szklankę na stole, że aż Xi drgnął.
— Fletcher nie odczuł żadnych ujemnych konsekwencji swych decyzji, dopóki nie zabił Thuca — rzekł.
Xi milczał.
— Czy w ten sposób wypełnił pustkę życia? Podcinając człowiekowi gardło?
Ciemne błyszczące oczy Xi spojrzały badawczo na Martineza spod białych brwi.
— Rozmawiałem z nim tego dnia, gdy to się stało. Lady Michi tego zażądała. Chyba miała nadzieję, że stwierdzę niepoczytalność kapitana Fletchera, i będzie mogła usunąć go ze stanowiska. — Wydął wargi. — Musiałem ją, niestety, rozczarować: kapitan był absolutnie poczytalny.
— Więc dlaczego zabił Thuca?! — Martinez niemal krzyczał. Xi szybko oblizał wargi.
— Powiedział, że zabił inżyniera Thuca, bo wymagał tego honor „Prześwietnego”.
Martinez wpatrywał się w doktora, słowa uwięzły mu w gardle. Pociągnął whisky.
— Co pan ma na myśli? — spytał w końcu.
Xi tylko wzruszył ramionami.
— Był pan jego przyjacielem?
Xi pokręcił głową.
— Gomberg nie miał na statku przyjaciół. Bardzo pedantycznie przestrzegał tego, by obracać się w swoich sferach społecznych, i tego samego wymagał od innych.
— Ale pan z nim podróżował?
Xi uśmiechnął się lekko i potarł dłonią udo.
— Zawód lekarza ma swoje zalety. Miałem praktykę na Sandamie, opłacalną, lecz nudną. Sam stałem się tak nudny, że żona opuściła mnie dla innego mężczyzny. Dzieci dorosły.. Gdy Gomberg jako młody człowiek został dowódcą statku i zaproponował mi posadę, uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie widziałem Zanshaa ani Paszczy, ani Wielkiego Rynku na Harzapid. Dzięki niemu zwiedziłem te wszystkie miejsca oraz wiele innych.
Martinez czuł przypływ złości. Opowiadanie doktora do niczego nie prowadziło — wciągało tylko w zagadkę osobowości Gomberga Fletchera, a Martinezowi zależało wyłącznie na znalezieniu zabójcy. Nie obchodziły go nawet motywy. Chciał tylko wiedzieć kto to zrobił. I chciał do tego dojść najbardziej skutecznym sposobem.
— Co to za obiekt wisi w sypialni Fletchera? — spytał. — Ten mężczyzna przywiązany do drzewa.
Na ustach Xi pojawił się uśmieszek.
— To część jego kolekcji, której nie można publicznie pokazywać. Kapitan Fletcher otrzymał specjalne pozwolenie z Biura Cenzury na zbieranie sztuki religijnej.
Martinezowi odebrało mowę. Kulty i religie były zabronione dla dobra społeczeństwa. W Praxis za religię uważano każdą wiarę czy sektę, która głosi nieracjonalne i niesprawdzalne tezy na temat wszechświata. Zakazana była również sztuka inspirowana jakimkolwiek kultem. Takie dzieła można było obejrzeć wyłącznie w Muzeach Przesądów, które wzniesiono w głównych miastach imperium.
Oczywiście byli również prywatni kolekcjonerzy oraz uczeni, zajmujący się tą dziedziną sztuki, ale uważano, że są wiarygodni i odpowiednio traktują tego rodzaju materiał wybuchowy. Aż trudno było uwierzyć, że ktoś taki, wraz z częścią swoich zbiorów, mógłby się znaleźć na „Prześwietnym”.
— Czy interesował się jakąś konkretną religią? — spytał wreszcie Martinez.
— Tymi, które inspirowały dobre malarstwo i rzeźbę — powiedział Xi. — Czy wie pan cośo starożytnejsztuce Terry…
— Nic — odparł krótko.
— Wiele z tego, zwłaszcza we wczesnym okresie, było tworem takiego czy innego kultu. Oczywiście większość tych kultów nie ma już wyznawców, a tę sztukę widuje się tylko w zwykłych muzeach.
— Rzeczywiście. — Martinez bębnił palcami po stole. — Czy orientuje się pan, dlaczego kapitan Fletcher umieścił ten… ten obiekt na ścianie w takim miejscu, by go widzieć tuż przed snem?
— Nie wiem. — Xi sprawiał wrażenie, że jest szczery. — Sam chciałbym znać odpowiedź, lordzie kapitanie.
— Może to był element jakiejś zabawy erotycznej?
— Wątpię, czy Gomberga interesowało erotyczne biczowanie — powiedział Xi z rozbawieniem. Potem wzruszył ramionami. — Choć niezliczona jest rozmaitość ludzkich upodobań.
Martinez czuł się zawiedziony i znów wzbierała w nim złość.
— Skoro pan tak twierdzi…
Xi postawił pustą szklankę na tacy.
— Dziękuję za drinka, lordzie kapitanie. Żałuję, że nie okazałem się zbyt pomocny.
Martinez spojrzał znacząco na próbki kryminalistyczne.
— Sądzę, że to okaże się pomocne.
— Mam nadzieję. — Xi wstał i zebrał małe plastikowe pudełeczka. — Zabiorę się do badań, jeśli pan pozwoli.
Kapitan westchnął.
— Do dzieła, lordzie doktorze.
Xi nawet nie zasalutował. Po jego wyjściu Martinez przywołał Alikhana.
— Powiedz Perry'emu, że może przynieść kolację, jeśli już ją przygotował. Do jutra nie przeniosę się do kwatery kapitana. Rozpakuj potrzebne rzeczy, żebym miał na rano.
— Tak jest, milordzie. — Alikhan pochylił się nad biurkiem, by nalać Martinezowi nowego drinka. — Coś jeszcze, milordzie?
— Co ludzie mówią?
— Milordzie, przez cały dzień byłem tutaj i pakowałem rzeczy. Nie miałem okazji z nikim porozmawiać.
— Rzeczywiście — przyznał cicho Martinez. — Dziękuję.
Alikhan wyszedł. Martinez przejrzał dane świeżo udostępnione za pomocą kapitańskiego klucza i odciska kciuka, i przesłał doktorowi Xi dostęp do bazy odcisków palców. Po kilku minutach Perry przyniósł kolację. Martinez jadł lewą ręką, a prawą pracował pisakiem na desktopie, sporządzając spis wszystkich rzeczy, które musiał zrobić i o których musiał pomyśleć po objęciu dowództwa.
Gdy Perry zabrał talerze, Martinez posłał wiadomości do wszystkich starszych podoficerów, szefów departamentów, polecając im, by zdali relację z tego, co robili ich podwładni w krytycznych chwilach tego ranka. Uważał, że najlepiej to zrobić od razu, gdy pamięć jest jeszcze świeża. Potem skomunikował się z pierwszym porucznik Fulvią Kazakov.
— Czy pani porucznik jest teraz na służbie?
— Nie, milordzie. — Wydawała się zdziwiona tym pytaniem.
— Byłbym zobowiązany, gdyby pani wstąpiła do mojego gabinetu.
— Oczywiście, milordzie. — I po chwili spytała: — A do którego, milordzie?
Martinez uśmiechnął się.
— Do mojego dawnego, czyli do pani dawnego.
Gdy wszedł na ten statek, był trzecim co do rangi oficerem, więc zajął trzecią pod względem prestiżu kwaterę, należącą wówczas do pierwszego porucznika. Kazakov przeniosła się do kabiny młodszego od niej rangą porucznika. I tak się kolejno przesuwano, aż najmłodszy porucznik musiał zamieszkać u kadetów. Jutro wszyscy odetchną z ulgą, gdy wrócą na swoje miejsca, pomyślał Martinez.
Oczywiście z wyjątkiem kapitana Fletchera — jego ciało krystalizowało się powoli w zamrażarce.
Przyszła Kazakov, rozsiewając metaliczny zapach perfum. Miała na sobie galowy mundur, którego wysoki kołnierz podkreślał jej długą szyję i sercokształtną twarz. Pałeczki wetknięte w kok z tyłu głowy połyskiwały macicą perłową.
— Proszę usiąść, milady — powiedział Martinez, gdy Kazakov stanęła na baczność. — Mógłbym zaproponować pani wino? Albo cośinnego?
— Chętnie, to co pan pije, milordzie.