Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wiem, co mam jeszcze robić, więc wypiję koktajl. Przyłączy się pan?
Martinez już miał przyjąć zaproszenie, ale zmienił zdanie.
— Może lepiej zacznę nadzorować prace Garcii.
— Może. — Michi wzruszyła ramionami. — Proszę mi dać znać, jak coś odkryjecie.
Martinez wyprężył się, salutując, potem się odwrócił, by wyjść, i wtedy zobaczył podporucznik Corbigny, która cały czas stała bez słowa.
— Jakieś pytania, pani porucznik? — spytał.
— Nie, milordzie.
— Może pani odejść — powiedziała Michi.
Corbigny stanęła na baczność, a potem czmychnęła.
— Czy jutro mamy przeprowadzać eksperyment? — spytał Martinez na odchodnym.
— Odkładamy.
— Tak jest, milady.
W gabinecie Fletchera nie znaleziono prawie niczego. Narbonne i inni służący utrzymywali tam zbyt wielki porządek. Garcia i Martinez, pełzając na kolanach, znaleźli tylko kilka włosów — włożyli je do słoiczków przekazanych przez doktora Xi. Potem doktor przyniósł w miękkiej buteleczce zrobiony domowym sposobem argentorat. Pokrywając nim wszystkie powierzchnie uzyskali kilkadziesiąt odcisków, większość na tyle dobrej jakości, że mógł je zidentyfikować zwykły czytnik odcisków palców z biurka Marsdena.
Tymczasem Michi skierowała do załogi oświadczenie, że kapitan Fletcher umarł i Martinez został wyznaczony na jego stanowisko. Martinez, który na klęczkach wpatrywał sięw podniesionąpincetą rzęsę, z jakiegoś powodu nie czuł całego majestatu władzy, złożonej teraz oficjalnie na jego barki.
— Z żalem informuję załogę „Prześwietnego” — mówiła Michi — że kapitan Fletcher poniósł śmierć w wyniku przestępstwa. Jeśli któryś z członków załogi wie coś, co ma związek z tym wydarzeniem, proszę o zgłoszenie się do żandarmerii lub do któregoś z oficerów. Lord kapitan został zamordowany między 0301 a 0501. Zeznania każdej osoby, która w tym czasie zauważyła jakiś podejrzany ruch lub nietypową aktywność, będą bardzo przydatne.
Głos Michi nabrał stanowczości, niemal srogości.
— Eskadra jest samotna, leci w głąb terytorium wroga. Jesteśmy narażeni na wrogie akcje i nie możemy sobie pozwolić na nieład i bezprawie w naszych szeregach. Każda nasza słabość umacnia wroga. Jestem zdecydowana… — niemal to wykrzyczała — zdecydowana znaleźć zabójcę lub zabójców kapitana Fletchera i ukarać ich.
Następnie kontynuowała spokojniejszym tonem:
— Ponawiam prośbę do wszystkich, którzy mają jakieś informacje, by je ujawnili, nim zostaną popełnione kolejne zbrodnie. Mówiła dowódca eskadry, Chen, w imieniu Praxis.
Martinez był pod wrażeniem. Drinki dobrze jej zrobiły — pomyślał.
Przed chwilą zazdrościł Michi, że mogła się napić. Jeśli badanie daktyloskopijne, porównywanie włosów, analiza włókien mają cokolwiek wyjaśnić, będzie to długa i żmudna praca, a on nie miał na to czasu.
Musiał dowodzić okrętem.
Skończył na razie swoje zadanie, wstał i rozejrzał się po gabinecie: ładne kafelki, elegancka boazeria, rzeźby wojowników w zbrojach, serwantki z pięknymi przedmiotami — wszystko to poplamione proszkiem. Gdyby celowo zamierzał popsuć wdzięk i doskonałość, którymi Fletcher wypełniał swe życie, na pewno rezultat nie byłby lepszy.
— Lordzie kapitanie, czy mógłbym dostać kody do bazy odcisków palców załogi? — spytał Xi.
— Tak, jak tylko je znajdę.
— Wrócę do siebie i postaram się jak najlepiej to rozpracować — powiedział Xi.
Martinez przypomniał sobie koktajle Michi.
— Chciałbym najpierw zaprosić pana na drinka.
Xi przyjął zaproszenie. Martinez przywołał Alikhana i polecił podać doktorowi drinka w swoim starym gabinecie.
— Muszę coś szybko załatwić — rzekł. — Przyjdę do pana za kilka minut.
Martinez wziął od Marsdena podpisany egzemplarz spisu rzeczy Fletchera, a potem kazał je przenieść do szafy, którą zamykał jego klucz i hasło. Odprawił służących Fletchera i kazał im posprzątać jego gabinet. Nie zazdrościł im tej pracy. Potem poszedł do swojej kabiny. Tam wśród pulchnych chłopiąt siedział wygodnie Xi ze szklaneczką whisky w dłoni. Próbki z miejsca zbrodni leżały przed nim na biurku.
Alikhan zapobiegliwie zostawił tacę z dodatkową kryształową szklanką, whisky w karafce i chłodną wodą w szklanicy, na której brzegu osiadły klejnoty pary wodnej. Martinez nalał sobie drinka i usiadł na krześle.
— Dobra whisky, milordzie — powiedział Xi. — Mocno dymna.
— Z Laredo — wyjaśnił Martinez. — Stamtąd pochodzę. — Ojciec przesłał mi skrzynki najlepszych trunków z Laredo w nadziei, że szersza degustacja zwiększy eksport.
— Brak subtelności z nawiązką nadrabia wigorem — stwierdził Xi.
Martinez z czułością powąchał bukiet.
— Za wigor! — Wzniósł szklankę i wypił.
Whisky wypaliła w jego gardle ognistą ścieżkę. Patrzył przez graniastosłupy rżniętego szkła na dymny płyn i wspomniał długi, osobliwy dzień.
— Milordzie, czy ma pan jakiś pomysł? Jakąś sugestię? — spytał.
— Chodzi panu o to, kto jest odpowiedzialny? Nie, nie mam pojęcia.
— Albo dlaczego?
— Też nie.
Martinez zamieszał whisky.
— Znał pan kapitana Fletchera od dawna.
— Tak, od dzieciństwa.
Kapitan odstawił szklankę i spojrzał na białobrodego mężczyznę, siedzącego po przeciwnej stronie biurka.
— Proszę mi o nim opowiedzieć.
Xi nie od razu zaczął. Mocno ściskał kciukami szklankę, aż palce mu pobielały. Po chwili nieco się odprężyły.
— Lord Gomberg Fletcher był wyjątkowo dobrze urodzony i nadzwyczaj bogaty. Większość ludzi bogatych, o wysokim statusie, zakłada, że ich pozycja nie jest zwykłym szczęśliwym trafem losu, lecz skutkiem jakiejś kosmicznej sprawiedliwości, czyli że każda osoba równie świetna i prawa jak oni zajmie takie samo miejsce w społeczeństwie. — Xi zmarszczył brwi. — Według mnie kapitan Fletcher traktował swoją pozycję bardziej jako brzemię niż źródło przyjemności.
Martineza zaskoczyły jego słowa.
— Nie… nie odniosłem takiego wrażenia.
— Spełnianie oczekiwań świata to trudne zadanie — zauważył Xi. — Myślę, że bardzo się starał. Świetnie mu się udało, ale sądzę, że nie był z tego powodu szczęśliwy.
Martinez spojrzał na ściany, na dzieci o różowych policzkach.
— A kolekcja dzieł sztuki? — Wskazał trzepoczące skrzydłami bobasy. — Czy to nie dawało mu szczęścia?
— Dla osoby o jego statusie niewiele zostaje ról społecznych — podpowiedział Xi. — Rola estety chyba była z tego najciekawsza. — Zmarszczył brwi, na czole pojawiła się zmarszczka w kształcie litery X. — Estetyzm zajął tę część jego życia, której nie zagarnęło wojsko. Nie pozostało mu wiele czasu na zajmowanie się swoim szczęściem. — Spojrzał na Martineza.
— Czy nie dziwiły pana te ciągłe inspekcje, te musztry? — kontynuował Xi. — Te rytuały: galowe stroje do każdego posiłku, wysyłanie bilecików, choć mógł z łatwością kontaktować się przez komunikator? Moim zdaniem to wszystko było po to, by odegnać myśli.
„Tępy jak zardzewiały nóż”. Martinez przypomniał sobie słowa Chandry.
Pociągnął whisky, analizując słowa Xi.
— Chce pan powiedzieć, że kapitan Fletcher był czymś w rodzaju imitacji człowieka? — spytał ostrożnie.
— Ludzie realizują się w walce z przeciwnościami losu, w konfrontacji z oponentami albo wtedy, gdy stoją wobec negatywnych konsekwencji swych decyzji — powiedział doktor. — W przypadku Fletchera nie było oponentów, przeciwności losu ani negatywnych konsekwencji. Dostał rolę i grał ją bardziej czy mniej przekonująco. — Xi opuścił głowę i przyglądał się szklance, którą oparł na wypukłym brzuchu. — On nigdy nie kwestionował swojej roli. Często żałowałem, że tego nie robił.