Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-479-9
- Переводчик: Marcin Krygier
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]». Краткое содержание книги:
Miriam Berg już wkładała swój jednoczęściowy kombinezon Przyjaciół.
— Co się zaczęło, Harry?
Wirtualna replika jego ojca, zniekształcona dyfrakcją, zawisła nad Poole'em.
— Strumień cząstek wysokoenergetycznych z portalu Złącza przybrał na intensywności. Coś nadciąga, Michael. Inwazja z przyszłości — musimy się stąd wynosić.
Poole. wciąż mocując się z kombinezonem i butami, pogramolił się ku wyjściu z tipi. Zmrużył oczy przed światłem Jowisza i zadarł głowę ku niebu. Wisiał tam portal Złącza, delikatny i piękny, pozornie niewinny i niegroźny.
— Spliny — wyszeptała Berg. — Poślą za nimi spliny. Żywe statki, o których mówi Ii Przyjaciele, okręty wojenne qaxów, część floty okupacyjnej, przybywają, by zniszczyć ziemiostatek. Tak jak oczekiwaliśmy.
W głosie Berg zabrzmiała obca Poole'owi nuta, kruchość, która obudziła w nim atawistyczną chęć wzięcia jej w ramiona, by osłonić ją przed niebem.
— Michael — powiedziała Berg — te istoty pokonają wszystko, co ludzkość zdolna im przeciwstawić — za piętnaście wieków. Co my możemy zrobić? Nie mamy szansy nawet zadrapać ich ohydnej skóry.
— Cóż, możemy się przy najmniej postarać — mruknął Poole. — Dalej, Berg. Musisz być teraz silna, potrzebuję cię. Harry, co się dzieje w reszcie układu?
Wirtual, ostry i wyraźny poza tipi, wzruszył nerwowo ramionami.
— Nie mogę wysłać na zewnątrz żadnej transmisji. Przyjaciele nadal mnie zagłuszają. Ale przebywające w pobliżu statki wykryły strumień cząstek wysokoenergetycznych. — Ponuro spojrzał Michaelowi w oczy. Nikt nie wie, co się dzieje, Michael. Wszyscy trzymają się w przyzwoitej odległości, czekając na nasz raport. Nie domyślają się żadnego zagrożenia w końcu ziemiostatek po prostu orbitował wokół Jowisza przez ten ostatni rok, enigmatyczny, ale nieszkodliwy. Co mogłoby się teraz stać? — Spojrzał mgliście w niebo. — Ludzie są zaciekawieni, Michael. Wyczekują tego, co ma się zdarzyć. Nad każdym miastem Ziemi unoszą się olbrzymie wirtuale ukazujące portal i ziemiostatek… Istny karnawał.
— Lecz kiedy qaxowie rozpoczną atak…
— Będzie za późno — Berg chwyciła Michaela za ramię. Jej twarz wciąż przypominała maskę strachu, lecz Poole'owi wydało się, że spostrzega pod nią coś na kształt dawnej determinacji, dawnej pomysłowości. — Posłuchaj. Największą szansę na zadanie im strat mamy teraz… w pierwszych paru minutach po wyjściu splina z portalu.
— Jasne — Poole skinął głową. — Szok przyczynowościowy.
— Spliny to żywe istoty — powiedziała Berg. — Może tę ich słabość zdołamy wykorzystać. Qaxowie i ich statki na pewno potrzebować będą trochę czasu, by przywrócić pełną gotowość bojową. Jeżeli uda się nam zaatakować ich z zaskoczenia, być może mamy jeszcze jakąś szansę.
Berg miała oczywiście rację. Towarzyszyło temu uczucie pewnej nieuchronności, pomyślał Poole. Wszystko zależeć będzie od nas. Zamknął oczy, tęskniąc za ciszą — azylem od podejmowania decyzji — w chmurze Oorta.
Harry roześmiał się łamliwie i przesadnie wesoło.
— Zaatakować ich z zaskoczenia? Pewnie. A dokładnie czym?
— Miotaczem osobliwości — wyszeptał Poole.
Berg spojrzała uważnie na Michaela, podczas gdy przez jej umysł przewijały się najróżniejsze możliwości.
— Ale, nawet jeśli przekonamy Przyjaciół, by się zgodzili, miotacz nie został zaprojektowany jako broń.
Michael westchnął, nagle wyglądając na zmęczonego.
— Więc go przystosujemy.
— Jeśli to cholerstwo można wycelować i z niego strzelać — wtrącił Harry. — Powiedz mi, na czym polega ich działanie. Strzelasz czarnymi dziurami w stronę Jowisza…
— Właśnie tak — odparł Michael. — Przy każdym wystrzale wyrzucane są dwie osobliwości. Tak naprawdę to urządzenie jest prawdziwym działem. Skoro już osobliwości zostają wystrzelone, poruszają się po torze balistycznym. Orbitują wokół siebie w odległości paru jardów, dopóki nie wpadną w studnię grawitacyjną Jowisza. Trajektorie obliczone są tak. by zetknęły się w ściśle określonym punkcie materii planety.
Berg zmarszczyła czoło.
— Ostatecznie czarna dziura, albo dziury, pochłoną Jowisza…
— Tak. Zadaniem projektu jest zamiana Jowisza w pojedynczą, wielką czarną dziurę o dokładnie wyliczonej masie…
— Ale to może potrwać stulecia. Wiem, że dziury przyrastałyby w tempie geometrycznym, ale nie zmienia to faktu, że w punkcie wyjścia dysponujesz prawdziwie miniaturowymi obiektami. Czarne dziury mogą powiększać się tylko z taką szybkością, na jaką pozwala im ich objętość.
— To prawda — uśmiechnął się prawie ze smutkiem. — Ale czas realizacji projektu liczony był więcej niż w stuleciach, znacznie więcej.
Berg usilnie starała się znaleźć jakiś pomysł, rozwiązanie, ignorując obniżające się niebo nad swoją głową.
Jak można by wykorzystać to działo anty planetarne do unieszkodliwienia splina? Gdyby po prostu ostrzelali okręt wroga czarnymi dziurami, maleńkie osobliwości przeszłyby na wylot przez jego ciało. Bez wątpienia grawitacyjne fale przypływowe i inne efekty uboczne uszkodziłyby przy okazji splina, a gdyby mieli szczególne szczęście, może udałoby im się zniszczyć jakiś kluczowy element statku… Prawdopodobnie jednak nie. Splin miał milę średnicy i rany zadane przez przeszywające go czarne dziury nie byłyby groźniejsze od trafień promieniem lasera.
Wiele strzałów jednocześnie, salwa?
— A gdybyśmy wystrzelili dwie osobliwości tak, by zatrzymały się w centrum masy splina? Da się to zrobić?
— Oczywiście — odpowiedział Michael. Berg prawie widziała przesuwające się przez jego mózg krzywe trajektorii. — Musielibyśmy jedynie wystrzelić je z niewielką prędkością — najprościej mówiąc mniejszą od prędkości ucieczkowej ziemiostatku.
— Aha — Berg natychmiast wyobraziła to sobie. Niczym ciśnięte w powietrze kamienie osobliwości zatrzymałyby się i zawisły w ciele splina… Lecz tylko na chwilę, by zaraz spaść z powrotem do punktu wyjścia. Co by to dało? Pochłonięcie masy splina zajęłoby czarnym dziurom całe dni — zapewne kilka godzin, by pochłonąć dosyć materii, by wyrządzić znaczące szkody — a nie te kilka sekund, przez które przebywać będą wewnątrz splina.
Tak czy owak, nie będą mieli do dyspozycji nawet tych kilku godzin.
A potem co?
— W jakim celu mieliby wysyłać osobliwości w stronę Jowisza po tak skomplikowanych trajektoriach? — zapytał Harry. — Dlaczego tak zależy im na tym, by połączyły się przed dotarciem do jądra?
Michael pokręcił głową.
— Nie pojąłeś subtelności tego planu — powiedział z powagą w głosie.
— Najwyraźniej nie — odparł sucho Harry.
— Rozumiesz w ogóle, co się dzieje, gdy dwie osobliwości zderzają się, łączą? — Za pomocą zaciśniętych pięści przedstawił zbliżające się do siebie osobliwości wirujące wokół siebie i wreszcie stapiające się w jedno. Horyzonty wydarzeń łączą się w jeden o większym zasięgu… entropia, wprost proporcjonalna do zasięgu wzrasta. Same osobliwości, zaburzenia czasoprzestrzeni w centrum czarnych dziur, zapadają się wokół siebie. Przesunięte ku fioletowi promieniowanie zwiększa efektywną masę i w końcu dochodzi do ostatecznego złączenia w czasie Plancka — powstałe potężne pole grawitacyjne zwija czas, a wspólny horyzont zdarzeń tańczy niczym mydlana bańka, produkując promieniowanie wskutek zjawisk kwadrupolowych.
Berg powoli pokiwała głową.