Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]
Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]

Электронная книга - «Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]». Краткое содержание книги:

Michael Poole spędził wiele lat, zmagając się z problemem fizyki kwantowej podczas budowy niezwykłego tunelu czasoprzestrzennego, łączącego teraźniejsze, przeszłe i przyszłe światy. Kontynuując samotnie swe badania w Chmurze Oorta, Michael nie wie, że jego odkrycia są wykorzystywane przez buntowników z przyszłości odległej o tysiąc pięćset lat. Fantyczna grupa Przyjaciół Wignera ucieka w przeszłość sprzed okresu, w którym Ziemia jest okupowana przez tajemniczą rasę qaxów. Dawna przyjaciółka Poole'a, utalentowany naukowiec Miriam Berg, zostaje zmuszona do współpracy z buntownikami. Przewidując katastrofalny wpływ ich działań na rozwój historii, wysyła wiadomość do Michaela z prośbą o pomoc. Qaxowie ruszają w głąb czasu z zamiarem unicestwienia ludzkości.
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 59
Перейти на страницу:

— W porządku. A ty?

Berg uniosła głowę. Drugi splin, zmierzający ku ziemiostatkowi, przypominał zawieszony na niebie cielisty księżyc.

— Postaram się zająć tym tutaj — powiedziała Berg. — Może uda mi się dostać do miotaczy osobliwości.

Shira jęknęła ponownie, usiłując podnieść głowę z trawy.

— A co z nią? — zapytał Poole.

Berg wzruszyła ramionami.

— Zabierzcie ją ze sobą. Może będzie mogła wam pomóc.

Poole pochylił się i podniósł dziewczynę. Jej wyłupiaste oczy były już otwarte. Starała się skupić na czymś wzrok.

Berg przyjrzała się twarzy Poole’a.

— Muszę się pożegnać, Michael — powiedziała.

Harry przeniósł spojrzenie z Poole'a na Miriam i z powrotem, po czym uprzejmie rozmył się w nicości.

Michael spojrzał poza osadę z materiału xeelee ku centrum ziemiostatku. Trzech krzepkich Przyjaciół biegło w ich stronę. Nie, czterech. I trzymali coś w dłoniach. Broń?

Odwrócił się z powrotem do Berg.

— Za nic nie dotrzesz do centrum statku — powiedział. — Chodź z nami.

Z pustki, przy uchu Miriam, wyłoniła się głowa Harry'ego.

— Przepraszam, ludziska — powiedział — ale nie macie na to zbyt wiele czasu.

Miriam uśmiechnęła się przelotnie, przesunęła dłonią po krótko ostrzyżonej głowie i wzięła głęboki oddech.

— Tyle że ja wcale nie kieruję się do centrum statku. Żegnaj, Michael.

Potem obróciła się w miejscu — i zerwała się do biegu, ku krawędzi świata.

Michael Poole przez sekundę stał jak wmurowany, z otwartymi ustami, odprowadzając ją wzrokiem.

Shira szarpnęła się mocniej w jego ramionach, miotając się niczym ryba na piasku.

Nie miał już więcej czasu do stracenia. Michael okręcił się na pięcie i pobiegł do szalupy z Shira wyrywającą się niezgrabnie z jego ramion i bezcielesną głową ojca unoszącą się u jego boku.

Rozciągająca się przed nią krawędź statku była trawiastą linią, absurdalną na tle sinopurpurowego oblicza Jowisza.

Jej umysł pracował na zwiększonych obrotach.

Kolistą osadę Przyjaciół Wignera od krawędzi dzieliło około stu jardów. Cóż, powinna pokonać tę odległość w jakieś dziesięć sekund, pełnym pędem. Słabnące przyciąganie w miarę zbliżania się do skraju statku powinno ułatwić jej bieg — jeśli się nie wywróci — lecz z drugiej strony będzie wydostawać się ze studni grawitacyjnej ziemiostatku, więc poczuje się tak, jakby biegła pod górę.

Owszem. Już miała wrażenie, że grunt pod jej nogami lekko się unosi.

Spróbowała wykorzystać słabnącą siłę ciążenia, by uzyskać przewagę. Świadomie zwolniła tempa, wydłużając kroki, by pokonywać jak największy dystans.

Pozwoliła sobie na szybkie spojrzenie przez ramię. Ujrzała, że ścigająca ich grupka Przyjaciół rozdzieliła się: dwóch skupiło się na Michaelu i dziewczynie, dwóch pozostałych pędziło za nią. Byli wysportowani i biegli po trawie z dużą szybkością.

Mieli w dłoniach karabiny laserowe, takie same jak te, które zamieniły jej szalupę w kupę żużlu. Wyobraziła sobie skupioną wiązkę fotonów wydostającą się z wylotów broni i sięgającą jej pleców szybciej niż myśl. Przed bronią świetlną nie uskoczysz… Odruchowo napięła mięśnie pleców. Zgubiła rytm biegu i świadomym wysiłkiem woli zmusiła się do opróżnienia umysłu ze wszystkich myśli, skupienia się wyłącznie na następnym kroku.

Teraz miała wrażenie, że pnie się po ostro nachylonym zboczu. Nie śmiała ponownie się obrócić, bojąc się ujrzeć ziemiostatek pozornie stający za nią dęba, nie chcąc upaść bezradnie w tył, utraciwszy równowagę. I, niech to szlag, paliło ją w piersiach. Jej płuca pompowały rozrzedzone powietrze. Wyjście tak daleko ze studni grawitacyjnej ziemiostatku było równoważne ze wspinaczką w górach Marsa.

Dziwiło ją, dlaczego Przyjaciele nie strzelają. Nie musieli nawet celować, wystarczyło przeciągnąć ogniem ciągłym z boku na bok, rozpłatać jej grzbiet tak samo Jak uczynili to z jej statkiem. A jednak się wahali. Zastanawiali, co zrobić.

Pojęła, że pragnęli ją zatrzymać, nie zabić. Nie zamierzali pochopnie używać swojej broni.

Nie żywiła szczególnej przyjaźni do Przyjaciół, ale przynajmniej nie byli mordercami. Może byłoby lepiej, gdyby nimi byli.

Teraz jej zmysł perspektywy zajął się coraz bliższym skrajem świata. Rozróżniała już pojedyncze źdźbła trawy, gnające w jej kierunku.

Płuca paliły ją żywym ogniem. Bolała ją cała klatka piersiowa, podobnie jak mięśnie pleców i ramion. Nogi, sztywniejące w miarę wspinaczki po coraz ostrzejszej stromiźnie, drżały, jakby przeczuwając, co je czeka.

Zignorowała wszystkie te objawy. Rękoma młócąc rozrzedzone powietrze, wbijała pięty w trawę, odpychając się od powierzchni ziemiostatku.

„Równina” stawała się coraz bardziej stroma. Gnała w górę ukształtowanych na podobiznę misy Alp…

I nagle pod jej butami zabrakło gruntu.

Zachwiała się do przodu, potykając o krawędź świata. Z rozpędu wypadła poza ziemiostatek wprost w różowy blask Jowisza, z rękoma i nogami rozpostartymi niczym niewiarygodny latawiec. Płynąc powoli przed siebie, ujrzała ścigających jąPrzyjaciół leżących ciężko na trawie, ich broń porzuconą bezładnie obok nich, szeroko otwarte usta łapiące rozrzedzone powietrze i twarze ściągnięte w kartonowe maski niedowierzania.

Znajdowała się w otwartej przestrzeni, z pustymi płucami. Wisiała w pozornym bezruchu między ziemiostatkiem a obłym cielskiem Jowisza. Spoglądając kątem oka na boki, widziała już tylko ciemność.

O Jezu, Michael, może to jednak nie był taki dobry pomysł.

Michael Poole, biegnący skrajem osady ziemiostatku ku swej szalupie, był już kompletnie wyczerpany. Ból przeszywał ramiona martwiejące pod ciężarem półprzytomnej Shiry.

Widział, jak Berg wylatuje poza krawędź świata. Znalazł nawet ułamek sekundy na zastanowienie się, czy wiedziała, co robi.

Obejrzał się przez ramię. Skręt mięśni jedynie spotęgował wywołany zadyszką ból w piersi. Dwóch Przyjaciół nadal go ścigało. Byli na tyle blisko, że dostrzegał plamy błota na ich cienkich, różowych kombinezonach, zaciętą nieustępliwość na twarzach, połyskujący plastik karabinów laserowych…

Harry unosił się obok niego, jego nogi wirowały niczym śmigło na wzór postaci z filmów rysunkowych.

— Nie cierpię być posłańcem przynoszącym złe wieści — wysapał — ale oni są coraz bliżej.

— Powiedz mi coś… czego nie wiem.

Harry bez wysiłku zerknął za siebie.

— Właściwie to nie wiem, czemu po prostu cię tutaj nie usmażą.

— Oszczędź sobie… podpuchy… — wydy szał Michael, czując fale bólu przepływające przez ramiona i plecy — i… zrób coś.

— Na przykład?

— Wykaż się… inicjatywą, do cholery — warknął Michael.

Harry zmarszczył czoło, potarł podbródek i zniknął.

Nagle od strony ścigających Poole' a mężczyzn dobiegły wrzaski, powietrze nad jego głową przecięły promienie lasera, poczuł zapach ozonu.

Cały czas biegnąc, Michael zaryzykował jeszcze jedno spojrzenie za siebie.

Dziesięciostopowa wersja Harry'ego, migotliwy kolaż utworzony z na wpół przezroczystych pikseli wielkości pięści zmaterializował się przed dwoma Przyjaciółmi. Ci zatrzymali się jak wryci na widok zjawy i przerażeni otworzyli ogień z karabinów laserowych. Bladoróżowe promienie przeszyły ziarnisty obraz, nie wyrządzając mu krzywdy, zakrzywiając się odrobinę wskutek refrakcji spowodowanej przez atmosferę.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)