Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
— Możemy sami tam zejść — powiedziała James.
Prawie wszystkiego.
— Prawda — mruknął Szpindel głosem, który nie mógł oznaczać nic innego niż „nieprawda”.
— Tylko w ten sposób dowiemy się czegoś sensownego.
— Otóż to. Na przykład, ile sekund potrzeba, żeby twój mózg zmienił się w synchrotronowy koktajl.
— Nasze skafandry da się izolować.
— Aha, tak jak roboty Mandy?
— Naprawdę bym wolała, żebyś mnie tak nie nazywał — rzuciła Bates.
— Sęk w tym, że Rorschach cię zabije, obojętne, czy jesteś mechaniczna, czy białkowa.
— A według mnie w tym, że białko będzie zabijać inaczej — odparła James. — I dłużej to potrwa.
Szpindel pokręcił głową.
— W pięćdziesiąt minut będziesz prawie trupem. Nawet w ekranowaniu. Nawet w tak zwanych chłodnych strefach.
— I zero objawów przez kolejne trzy godziny, albo i więcej. A nawet potem trzeba dni, żeby naprawdę umrzeć, tak że już dawno zdążymy wrócić, a statek połata nas od niechcenia. Isaac, tyle akurat wiemy, masz to przed nosem w ConSensusie. A skoro my to wiemy, ty też to wiesz. Więc tej dyskusji w ogóle nie powinno być.
— To jest twoje rozwiązanie? Co trzydzieści godzin szprycujemy się po uszy promieniowaniem, a potem ja każdemu wycinam guzy i łatam wszystkie komórki po kolei?
— Kapsuły są automatyczne. Nawet nie ruszysz palcem.
— Już nie mówiąc, co te pola magnetyczne porobią z twoim mózgiem. Będziemy halucynować od chwili kiedy…
— Zrobimy ze skafandrów klatki Faradaya.
— Aha, czyli wchodzimy tam głuchoniemi i ślepi. Świetny pomysł.
— Światło możemy wpuścić. Podczerwień…
— To wszystko elektromagnetyka, Suze. Nawet jeśli całkiem zasłonimy hełmy i puścimy sobie obraz kamery, będziemy mieć przeciek tam, gdzie przechodzi kabel.
— Trochę. Ale to i tak lepiej niż…
— Jezu. — Skurcz wystrzelił z kącika ust Szpindla grudkę śliny. — Daj mi Mi…
— Isaac, rozmawiałam już o tym z resztą Bandy. Wszyscy się zgodziliśmy.
— Wszyscy się zgodziliście? Suze, ty nie masz tutaj większości. Pokroiłaś sobie mózg na kawałki, ale to nie znaczy, że każdy z nich ma jeden głos.
— A dlaczego nie? Wszyscy jesteśmy co najmniej tak samo świadomi, jak ty.
— To wszystko ty. Tylko podzielona.
— Ale jakoś nie masz specjalnych problemów, żeby traktować Michelle jak oddzielną osobę.
— Michelle jest… to znaczy, no tak, wszyscy macie całkiem inne osobowości, ale jest tylko jeden oryginał. Twoi alterzy…
— Nie mów tak o nas — rzuciła Sascha głosem zimnym jak ciekły tlen. — Nigdy.
Szpindel usiłował się wycofać.
— Ale nie chodziło mi… no wiecie, że przecież…
Sascha zniknęła.
— Co ty gadasz? — rozległ się łagodniejszy głos. — Myślisz, że ja to mama, że ona mnie udaje? Że jak jesteśmy razem, to jesteś z nią?
— Michelle… — powiedział udręczonym głosem Szpindel. — Nie. Ja myślę, że…
— Nie ma znaczenia — uciął Sarasti. — Tutaj się nie głosuje.
Polatywał nad nami pośrodku bębna, z twarzą zakrytą osłoną, nieprzeniknioną. Nikt nie zauważył, kiedy się pojawił. Obracał się powoli wokół własnej osi, tak by cały czas nas widzieć, gdy wirujemy wokół niego.
— Przygotowujemy Scyllę. Amanda potrzebuje dwóch trepów bez uwięzi, z uzbrojeniem obronnym. Kamery w paśmie od jednego do miliona angstremów, ekranowane bębenki, zero autonomicznych obwodów. O trzynastej pięćdziesiąt dla wszystkich wzmocnienie płytek krwi, dimenhydrynat i jodek potasu.
— Dla wszystkich? — zapytała Bates.
Sarasti kiwnął głową.
— Okno otwiera się o czwartej dwadzieścia trzy. — Odwrócił się z powrotem ku kręgosłupowi.
— Ja nie — powiedziałem.
Sarasti się zatrzymał.
— Nie biorę udziału w operacjach terenowych — przypomniałem.
— Teraz już bierzesz.
— Jestem syntetykiem. — Oczywiście, że to wiedział, wszyscy wiedzą: nie da się obserwować systemu, nie pozostając na zewnątrz niego.
— Syntetykiem jesteś na Ziemi — odparł. — Albo w Kuiperze. Tutaj jesteś masą. Rób, co ci każą.
Zniknął.
— Witamy w ogólnej perspektywie — powiedziała cicho Bates.
Spojrzałem na nią, gdy reszta grupy się rozpraszała.
— Wiesz, że ja…
— Siri, jesteśmy już bardzo daleko. Dobrze wiesz, że nie da się czekać czternaście miesięcy na odpowiedź od twoich szefów.
Wyskoczyła w górę, gładkim łukiem przebiła się przez hologramy ku nieważkiemu środkowi bębna. Tam jednak zatrzymała się, jakby coś ją tknęło. Chwyciła jeden z przewodów i odwróciła się z powrotem twarzą do mnie.
— Nie ceń się tak nisko — powiedziała. — I Sarastiego też. Jesteś obserwatorem, prawda? Można śmiało przyjąć, że tam na dole będzie dużo do obserwowania.
— Dzięki — odrzekłem. Ale już wiedziałem, po co Sarasti wysyła mnie na Rorschacha: chodziło o coś więcej niż tylko obserwację.
Troje cennych agentów lezie w paszczę niebezpieczeństwu. Przynęta kupuje chociaż jedną czwartą szansy, że wróg będzie celował gdzie indziej.
Ciebie też opanuje duch Pański i będziesz prorokował wraz z nimi, i staniesz się innym człowiekiem.