Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
— Procesor, puszczaj. No już.
— Zabierzcie to!
— Procesor, to twoja noga. — Mozolnie pełzliśmy ku kesonowi.
— To nie moja noga! Zobaczcie tylko, no jak… przecież to jest martwe. Przyczepiło się do mnie…
Już prawie.
— Procesor, słuchaj — warknęła Bates. — Słyszysz m…
— Zabierzcie to!
Wepchnęliśmy Bandę do namiotu. Bates odsunęła się na bok, a ja zanurkowałem za nimi. Zdumiewające, że tak nad wszystkim panowała. Jakimś sposobem poskramiała demony i zaganiała nas w bezpieczne miejsce jak owczarek podczas burzy. Była…
Nie weszła za nami. W ogóle była gdzie indziej. Odwróciłem się, zobaczyłem jej ciało unoszące się tuż obok namiotu, dłoń w rękawicy trzymającą za krawędź klapy, jednak nawet przez tysięczne warstwy kaptonu, chromelu i poliwęglanu, nawet przez zniekształcone półodbicia na szybie hełmu widziałem, że coś jest nie tak. Wszystkie jej płaszczyzny po prostu zniknęły.
To nie mogła być Amanda Bates. To coś przede mną miało tyle topologii, co manekin.
— Amanda? — Banda bełkotała lekko histerycznie za moimi plecami.
Szpindeclass="underline"
— Co się dzieje?
— Ja tu zostanę — powiedziała całkowicie wyzuta z emocji Bates. — I tak już nie żyję.
— Co, ku… — Szpindel za to miał ich aż nadto. — Zginiesz, jak tu nie…
— Zostawcie mnie — odparła Bates. — To rozkaz.
I zamknęła nas w środku.
To nie był pierwszy raz, przynajmniej dla mnie. Niewidzialne paluchy grzebały mi w mózgu już wcześniej, wzniecając chmury błota i rozdrapując stare rany. W wykonaniu Rorschacha było to o wiele silniejsze, za to Chelsea była, powiedziałbym…
…dokładniejsza.
Nazywała to makramą: glejowe aktywizacje, kaskadowe reakcje, cięcie i sklejanie krytycznych splotów nerwowych. Ja ukradkiem czytywałem sobie o ludzkiej architekturze, Chelsea zaś ją zmieniała — wyszukiwała najważniejsze węzły i trochę je poszturchiwała, wrzucała kamyki do strumyków wpływających do rzek wspomnień i obserwowała, jak daleko w dole psychiki fale kumulują się w potężną kaskadę. Spięcie czegoś na krótko i wyzwolenie szczęścia zajmowało jej tyle, co zrobienie kanapki, pogodzenie cię z całym dzieciństwem — tyle co przerwa obiadowa, góra trzy.
Ta dziedzina, jak wiele innych domen ludzkiej myśli, nauczyła się obywać bez niej. Ludzka natura trafiła na rutynową taśmę montażową, zresztą sama ludzkość stawała się z producenta produktem. Ale jednak. Dla mnie umiejętności Chelsea rzucały nowe, osobliwe światło na dziwny, stary świat: umysłowe wycinanki nie dla dobra jakiegoś abstrakcyjnego społeczeństwa, lecz dla prostych i egoistycznych potrzeb jednej osoby.
— Pozwól, dam ci dar szczęścia — powiedziała.
— Właściwie już jestem całkiem szczęśliwy.
— Będziesz bardziej. TREM, ja stawiam.
— Trem?
— Tymczasowa Regulacja Emocjonalna. Nadal mam uprawnienia w szpitalu Saksa.
— Ja już miałem grzebane w głowie. Przestawisz jeszcze jedną synapsę i zmienię się w kogoś innego.
— To bzdura i dobrze o tym wiesz. Inaczej każde nowe przeżycie robiłoby z ciebie inną osobę.
Zastanowiłem się.
— Może i tak jest.
Ale ona nie chciała odpuścić i nie trafiały do niej żadne argumenty przeciwne szczęściu — tak więc pewnego popołudnia wygrzebała z szafki siatkę do włosów wysadzaną szarymi zatłuszczonymi podkładkami. Siatka była nadprzewodząca, cienka jak pajęczyna, lekka jak mgiełka i potrafiła wykryć najdrobniejsze drgnienie myśli. Podkładki stanowiły ceramiczne magnesy, zalewające mózg swymi polami. Wszczepka Chelsea łączyła się ze stacją bazową, grającą na interferencjach jednego i drugiego.
— Kiedyś tylko na te magnesy potrzebna była machina wielkości łazienki. — Położyła mnie na kanapie, naciągnęła siateczkę na czaszkę. — To jedyny cud w tym przenośnym urządzonku. Da się wykryć aktywne obszary i pyknąć je, jeśli trzeba, ale efekty TREM-u po jakimś czasie zanikają. Żeby były trwałe, trzeba by pójść do szpitala.
— A czego właściwie szukamy? Wypartych wspomnień?
— Nie ma czegoś takiego. — Uśmiechnęła się z otuchą. — Są tylko wspomnienia, które chcieliśmy ignorować. Jakby myśleć naokoło, rozumiesz.
— Myślałem, że właśnie na czymś takim polega dar szczęścia. Bo czemu…
Położyła mi opuszkę na ustach.
— Nie chcesz, to nie wierz, Cygnus, ale ludzie czasem chcą ignorować nawet dobre wspomnienia. Na przykład jeśli coś im się podobało, a sądzą, że nie powinno. Albo… — ucałowała mnie w czoło — jeśli myślą, że nie zasługują na szczęście.
— Czyli ty chcesz zrobić…
— To jest jak zupa „na winie”, nigdy nie wiadomo jak smakuje, dopóki nie spróbujesz. Zamknij oczy.
Gdzieś między uszami usłyszałem ciche mruczenie. Głos Chelsea poprowadził mnie przez ciemność.
— Pamiętaj, że wspomnienia to nie archiwa historycznych materiałów. Właściwie są… improwizowane. Cała masa rzeczy, które kojarzysz z jakimś zdarzeniem, może być obiektywnie fałszywa, nawet jeśli pamiętasz je bardzo wyraźnie. Mózg ma zabawny nawyk tworzenia montaży, dostawiania szczegółów post factum. To oczywiście nie znaczy, że twoje wspomnienia nie są prawdziwe, rozumiesz? Są szczerym odbiciem twojego ówczesnego sposobu postrzegania świata i wszystkie wspólnie ukształtowały twoje widzenie. Ale to nie fotografie. Raczej obrazy impresjonistyczne. Jasne?
— Jasne.
— O — powiedziała. — Coś mam.
— Co?
— Skupienie funkcjonalne. Mocno używane na niskim poziomie, ale nie na tyle, żeby wejść w świadomość. Ciekawe, co się stanie, jak tu…
I nagle miałem dziesięć lat, wróciłem wcześniej do domu, dopiero co wszedłem do kuchni, gdzie w powietrzu wisiał zapach spalonego masła i czosnku. W pokoju obok tata i Helen kłócili się. Pokrywa od kosza na śmieci była podniesiona — Helen czasem wystarczało tylko tyle. Ale awantura była o coś innego; Helen „po prostu chciała dobrze dla nas wszystkich”, tato zaś mówił, że „są pewne granice” i że „nie tędy droga”. Ona odpowiedziała, że „nie wiesz, jak to jest, prawie go nie widujesz”, i wtedy już wiedziałem: kłócą się o mnie. Nie było to niczym niezwykłym.
Naprawdę jednak przeraziło mnie, że tato kontratakował. Pierwszy raz w życiu.
— Czegoś takiego nie wciska się komuś na siłę. Zwłaszcza potajemnie.
Ojciec nigdy nie krzyczał, teraz głos miał niski i równy jak zawsze, ale zimniejszy niż kiedykolwiek i twardy jak stal.
— Bzdury i tyle — odparła Helen. — Rodzice zawsze podejmują decyzje w zastępstwie dzieci, w ich najlepszym interesie, szczególnie jeśli chodzi o medyczne…
— To nie jest problem medyczny. — Tym razem naprawdę podniósł głos. — To jest…
— Nie medyczny? A jaki? To chyba szczyt wyparcia, nawet jak na ciebie! Może nie zauważyłeś, ale ma wycięte pół mózgu! Myślisz, że wyleczy się bez pomocy? To jest ta twoja „surowa ojcowska miłość”? Może od razu pozbawisz go jedzenia i wody?
— Gdyby opiaty były wskazane, lekarz by je przepisał.
Poczułem, jak marszczy mi się twarz na dźwięk nieznanego słowa. Z otwartego kosza kusiło coś małego i białego.
— Jim, bądź rozsądny. On jest taki nieobecny, prawie się do mnie nie odzywa.
— Mówili, że to trochę potrwa.
— Ale dwa lata! Trzeba trochę pomóc naturze, to nic złego. Kupuje się w normalnej aptece, bez recepty, do cholery!
— Nie o to chodzi.
Pusta fiolka po lekarstwach. Któreś z nich to wyrzuciło i zapomniało zamknąć pokrywę. Wyciągnąłem ją spomiędzy kuchennych resztek i przypomniałem sobie napis z etykietki.