Ślepowidzenie [Blindsight - pl]
- Автор: Уоттс Питер
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-097-6
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ślepowidzenie [Blindsight - pl]». Краткое содержание книги:
Bardzo wiele tracisz, gdy postanawiasz nie ufać widmu elektromagnetycznemu.
— Wygląda nieźle — zameldowała Bates. — Schodzę.
W życzliwszym wszechświecie maszyny przechadzałyby się po bulwarze, śląc na górę idealne obrazy w krystalicznej rozdzielczości. Szpindel i Banda siedzieliby sobie w bębnie, popijali kawę i rozkazywali trepom: weźcie próbkę tego, dajcie zbliżenie na tamto. W życzliwszym wszechświecie w ogóle bym się tu nie znalazł.
Bates pojawiła się na kolejnej pocztówce. Wychodziła z przetoki. Na następnej stała tyłem do kamery, lustrując okolicę.
Na jeszcze następnej patrzyła prosto na nas.
— No… dobrze — powiedziała. — Schodźcie… na dół.
— Zaraz, zaraz — odparł Szpindel. — Jak się czujesz.
— Dobrze. Trochę… dziwnie, ale…
— Co to znaczy dziwnie? — Choroba popromienna objawiała się mdłościami, ale to powinno się stać dopiero za godzinę czy dwie, chyba że poważnie pomyliliśmy się w obliczeniach. W każdym razie dopiero wtedy, gdy wszyscy będziemy już ugotowani na śmierć.
— Lekka dezorientacja — zameldowała Bates. — Trochę tu strasznie, ale… to chyba zespół Graya. Da się wytrzymać.
Spojrzałem na Bandę. Banda na Szpindla. Szpindel wzruszył ramionami.
— Lepiej nie będzie — powiedziała Bates z daleka. — Słuchajcie, czas… czas leci. Chodźcie.
Poszliśmy.
Nic tu nie żyło. Ewidentnie.
Tu straszyło.
Ściany poruszały się nawet w bezruchu: kącikiem oka cały czas dostrzegało się pełzający ruch. Z tyłu głowy wciąż czuło się czyjś wzrok, przerażającą pewność, że obcy, złośliwi obserwatorzy czają się za każdym rogiem. Co raz odwracałem się, licząc, że zdybię któregoś z nich. Zawsze jednak dostrzegałem tylko płynącego korytarzem półślepego trepa, albo wytrzeszczonego, roztrzęsionego kolegę z załogi odwzajemniającego spojrzenie. I ściany rury z połyskującej lawy z setką osadzonych w niej oczu, zamkniętych dosłownie chwilę wcześniej. Nasze światła przenikały ciemność może na dwadzieścia metrów w każdą stronę; dalej kłębiły się mgły i cienie. I te odgłosy — Rorschach trzeszczał jak starożytny drewniany kadłub uwięziony w polarnym lodzie. Elektryczność zaś syczała jak grzechotniki.
Powtarzasz sobie, że to wszystko dzieje się w głowie. Przypominasz sobie, że to dobrze udokumentowana i nieunikniona konsekwencja zbyt bliskiego kontaktu mięcha i magnetyzmu. Silne pola uwalniają z płata skroniowego duchy i obcych, wygrzebują ze śródmózgowia paraliżujący strach, wysycający świadomy umysł. Pieprzą się z nerwami motorycznymi i sprawiają, że wszczepki, nawet uśpione, dźwięczą jak delikatny i kruchy kryształ.
Artefakty energetyczne. I tyle. Powtarzasz to sobie tyle razy, że owe słowa zatracają wszelki pozór racjonalności, stając się mantrą, zaklęciem, zaśpiewem odstraszającym złe duchy. Te szepty tuż przy hełmie nie są prawdziwe, ani te na wpół widzialne stwory majaczące na granicy pola widzenia. To ułudy umysłu, te same iluzjonistyczne sztuczki, które przez wieki przekonywały ludzi, że nawiedzają ich duchy, porywają obcy, gonią…
…wampiry…
…i zastanawiasz się, czy Sarasti naprawdę został na górze. Może cały czas tu jest i czatuje na ciebie…
— Kolejny szpic — ostrzegła Bates, gdy na HUD-zie zaszalały tesle i siwerty. — Czekajcie.
Właśnie rozkładałem balon Faradaya. Usiłowałem. To powinno być proste — przeciągnąłem już linę kotwiczącą z przedsionka do flaczastego wora unoszącego się pośrodku korytarza. Miałem tego… coś z tą cumą. Aha, żeby go wycentrować. Ściany lśniły w świetle czołówki jak mokra glina. W wyobraźni skrzyły się satanistycznymi runami.
Wbiłem w ścianę końcówkę cumy. Przysiągłbym, że jej materiał się wzdrygnął. Wypaliłem z pistoletu odrzutowego, cofnąłem się ku środkowi przejścia.
— Są tu — szepnęła James.
Coś tam było. Czułem, że pozostaje cały czas za mną. Czułem ziejącą, ryczącą ciemność tuż za krawędzią pola widzenia, rozdziawioną paszczę wielką jak sam tunel. W każdej chwili mogła rzucić się naprzód z niesamowitą szybkością i połknąć nas wszystkich.
— Są piękne… — powiedziała James. Jej głos był pozbawiony strachu. Brzmiał w nim podziw.
— Co? Gdzie? — Bates kręciła się nieustannie, próbując ogarnąć wzrokiem trzysta sześćdziesiąt stopni naraz. Podległe jej roboty kolebały się niestrudzenie po obu stronach, uzbrojone nawiasy wskazujące końcówkami przeciwne strony korytarza. — Co tam widzisz?
— Nie tam. Tutaj. Wszędzie. Nie widzicie?
— Nic nie widzę — powiedział drżącym głosem Szpindel.
— Chodzi o pole EM — wyjaśniła James. — Oni właśnie tak się komunikują. Cała konstrukcja jest pełna języka, jakby…
— Nic nie widzę — powtórzył Szpindel. Jego przyspieszony oddech odbił się echem w słuchawkach. — Jestem ślepy.
— Cholera. — Bates odwróciła się do Szpindla. — Jak to możliwe… że promieniowanie…
— T-to ch-chyba nie o to…
Dziewięć tesli — duchy były wszędzie. Pachniało asfaltem i wiciokrzewem.
— Keeton! — zawołała Bates. — Słyszysz?
— T-tak. — Ledwo. Wróciłem do kesonu, stałem z dłonią na lince. Próbowałem nie zwracać uwagi na coś, co poklepuje mnie po ramieniu.
— Zostaw to! Wyprowadź go!
— Nie! — Szpindel unosił się bezradnie w korytarzu, pistolet odrzutowy dyndał na przyczepionej do przegubu smyczy. — Nie, rzućcie mi coś.
— Co?
To tylko w głowie. To tylko w głowie…
— Rzućcie mi coś! Byle co!
Bates się zawahała.
— Mówiłeś, że jesteś śle…
— No rzucaj!
Bates odczepiła od pasa zapasową baterię do skafandra i posłała ją lobem. Szpindel wyciągnął rękę, prawie złapał. Bateria wyśliznęła mu się z palców i odbiła od ściany.
— Nic mi nie będzie — sapnął. — Pokażcie tylko, gdzie ten namiot.
Szarpnąłem za linkę. Keson nadmuchał się jak ogromny piankowy cukierek w kolorze spiżu.
— Wszyscy do środka! — Bates jedną ręką odpaliła pistolet, drugą chwyciła Szpindla. Podała mi go, po czym przylepiła do powłoki namiotu kapsułę z czujnikami. Odciągnąłem ekranowaną klapę wejściową, jakbym zrywał strup z rany. Pojedyncza cząsteczka pod nią, nieskończenie długa i nieskończenie wiele razy pozaginana, wiła się i połyskiwała jak bańka mydlana.
— Wsadź go tam. James! Chodź tu!
Przecisnąłem Szpindla przez membranę. Gdy przechodził, otuliła go z hermetyczną czułością, oblepiając każdy zakamarek i wypukłość.
— James! Głucha…
— Zabierzcie to ze mnie! — Chropowaty, prostacki, przerażony i przerażający głos, zbyt męski, jak na kobietę. Procesor u steru. — Zabierzcie!
Odwróciłem się. W tunelu powoli koziołkowało ciało Susan James, ściskając obiema rękami prawą nogę.
— James! — Bates pożeglowała ku niej. — Keeton! Pomóż mi! — Złapała Bandę za rękę. — Procesor? Co jest?
— To! Ślepa jesteś?
Zbliżając się do nich, uświadomiłem sobie, że on nie ściska tej nogi, lecz ją szarpie. Chce ją oderwać.
W środku mojego hełmu coś zaśmiało się histerycznie.
— Weź go za rękę — poleciła mi Bates, sama chwytając prawą i próbując rozprostować palce konwulsyjnie zaciśnięte na nodze.