Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Lud Morza to robi – wyjaśnił. – Skaczą prosto do oceanu. Im człowiek odważniejszy, tym wyższy klif wybiera. I znowu zmieniłaś temat, Pevaro Sedai. Masz w tym nie lada wprawę.
– Dziękuję.
– Zaproponowałem, że cię stąd wydostaniemy – powiedział, unosząc palec w górę – bo to nie twoja bitwa. Nie musisz tu ginąć.
– A więc nie dlatego, że chcesz się pozbyć Aes Sedai, aby się nie wtrącała w twoje sprawy?
– Zwróciłem się do ciebie o pomoc – oznajmił Androl. – Nie chcę się ciebie pozbywać; z radością cię wykorzystam. Jeśli jednak polegniesz tutaj, nastąpi to w walce, która nie jest twoją walką. Byłoby to niesprawiedliwe.
– Pozwól, że coś ci wytłumaczę, Asha’manie – powiedziała Pevara, przysuwając się do niego. – To jest moja walka. Jeżeli Cień przejmie Wieżę, to będzie to miało straszliwe konsekwencje, które ujawnią się na polach Ostatniej Bitwy. Zgodziłam się wziąć odpowiedzialność za ciebie i twoich braci, nie wyrzeknę się jej ot tak.
– Zgodziłaś się „wziąć odpowiedzialność” za nas? A cóż to niby znaczy?
„Ach, może nie należało tego mówić”. Niby tak, ale skoro mieli stać się sojusznikami, to powinien się dowiedzieć.
– Czarna Wieża potrzebuje przewodnictwa – wyjaśniła.
– No więc po co nam nakładać więzi zobowiązań? – spytał Androl. – Żeby nas pozamykać w zagrodzie niczym dzikie konie, które domagają się ujeżdżenia?
– Nie gadaj głupstw. Przecież doceniasz wartość doświadczenia Białej Wieży.
– Nie jestem pewien, czy użyłbym takiego sformułowania – odparł Androl. – Doświadczenie idzie w parze ze skłonnością do stosowania wciąż tych samych, skostniałych metod i unikania nowych doświadczeń. Wy, Aes Sedai, wszystkie bez wyjątku, uważacie, że jak coś się dotąd robiło tak, a nie inaczej, tak też to należy już zawsze robić. No cóż, Czarna Wieża nie ugnie przed wami karku. Potrafimy sami o siebie zadbać.
– I do tej pory cudownie wam to wychodziło, nieprawdaż?
– To już było nieuczciwe – rzekł cichym głosem.
– Może i tak – przyznała. – Przepraszam.
– Nie mogę rzec, że wasze plany są dla mnie zaskoczeniem – powiedział. – To, co tu robiłyście, było oczywiste, nawet dla najsłabszych żołnierzy. Ale moje pytanie brzmi: dlaczego Biała Wieża przysłała akurat Czerwone siostry, a nie jakieś inne?
– A któż by to zrobił lepiej? Całe życie zajmujemy się mężczyznami, którzy potrafią przenosić.
– Twoje Ajah są skazane na zagładę.
– Doprawdy?
– Celem waszego istnienia jest polowanie na mężczyzn, którzy potrafią przenosić. Ujarzmianie ich. Pilnowanie, by… by znikali ze świata. A tymczasem Źródło zostało oczyszczone…
– Tak twierdzisz…
– Zostało oczyszczone, Pevaro. Rzeczy pojawiają się i znikają, Koło się obraca. Źródło było ongiś czyste, więc któregoś dnia musiało znów takim się stać. I stało się.
„A ten wzrok, jakim omiatasz cienie, Androl? To oznaka czystości? A to mamrotanie Nalaama w obcych językach? Myślisz, że takie rzeczy uchodzą naszej uwadze?”
– Jako Ajah macie do wyboru dwa wyjścia – ciągnął Androl. – Możecie nadal na nas polować, ignorując dowód na czystość Źródła, który wam oferujemy, albo też możecie zrezygnować z bycia Czerwonymi.
– Bzdura. Spośród wszystkich Ajah właśnie w Czerwonych winniście widzieć największego sojusznika.
– Istniejecie po to, żeby nas unicestwiać!
– Istniejemy po to, aby mężczyźni, którzy potrafią przenosić, przypadkiem nie wyrządzali krzywdy sobie ani swemu otoczeniu. Zgodzisz się chyba za mną, że podobny jest cel istnienia Czarnej Wieży?
– Przypuszczam, że po części tak. Mnie wprawdzie powiedziano, że mamy być bronią Smoka Odrodzonego i że to jest jedyny cel mego istnienia, ale zgadzam się, dobrzy ludzie powinni być właściwie szkoleni, by dzięki temu nie zrobili sobie nic złego.
– A więc to może być ewentualna podstawa porozumienia, nieprawdaż?
– Chciałbym ci wierzyć, Pevaro, ale widziałem, jak ty i twoje siostry na nas patrzycie. Wy nas postrzegacie jak… jak jakąś plamę, którą trzeba usunąć. Albo jak truciznę, którą trzeba wlać do butelki i szczelnie zakorkować.
Pevara potrząsnęła głową.
– Jeśli to, co mówisz, to prawda i Źródło rzeczywiście zostało oczyszczone, to w takim razie należy spodziewać się zmian, Androl. Czerwone Ajah i Asha’mani z czasem połączą siły, zjednoczeni wspólnym celem. W każdym razie ja jestem gotowa pracować tu razem z wami.
– Czyli przejąć nad nami kontrolę.
– Czyli prowadzić was. Proszę, zaufaj mi.
Przyglądał się jej uważnie w świetle lamp, których w izbie było sporo. Naprawdę miał szczere oblicze. Rozumiała teraz, dlaczego inni szli za nim, mimo że był wśród nich najsłabszy. Stanowił osobliwą kombinację wielkiego oddania i pokory. Gdyby tylko nie był jednym z… no cóż… gdyby nie był, kim był.
– Bardzo chciałbym ci uwierzyć – rzekł, odwracając wzrok. – Jesteś inna niż tamte, przyznaję. Zupełnie nie jak Czerwona.
– Przekonasz się, że różnimy się między sobą o wiele bardziej, niż podejrzewasz – odparła Pevara. – Nie istnieje jeden naczelny motyw, dla którego kobieta wybiera Czerwone.
– Inny niż nienawiść do mężczyzn.
– Gdybyśmy was nienawidziły, to czy przybyłybyśmy tutaj, żeby połączyć się z wami więzią zobowiązań? – Tym razem to już daleko oddaliła się od prawdy. Sama wprawdzie nie czuła nienawiści do mężczyzn, ale wiele Czerwonych ich nienawidziło – a przynajmniej wiele z nich traktowało ich z podejrzliwością. Pevara miała nadzieję to zmienić.
– Pobudki kierujące Aes Sedai bywają osobliwe – podjął Androl. – Wszyscy o tym wiedzą. Może i jesteś inna od swoich sióstr, ale widziałem to coś w twoich oczach. Nie uwierzę, że przybyłaś tu tylko po to, aby nam pomagać. Tak jak nie uwierzyłem, że Aes Sedai, które polują na przenoszących mężczyzn, przyświeca przekonanie, że im pomagają. Tak jak nie uwierzę, że kat dokonujący egzekucji przestępcy uważa, iż wyświadcza mu przysługę. Fakt, że ktoś wypełni wobec mnie konieczny obowiązek, nie czyni go jeszcze przyjacielem, Pevara Sedai. Przykro mi.
Zabrał się od nowa za swoją pracę, przysunąwszy bliżej do światła padającego od lampy ustawionej na stole.
Pevara poczuła, że wzbiera w niej irytacja. Tak niewiele brakowało. Lubiła mężczyzn, uważała na przykład, że Strażnicy są całkiem użyteczni. Czy ten dureń naprawdę nie potrafi dostrzec ręki wyciągniętej ku niemu ponad przepaścią?
„Uspokój się, Pevaro” – pomyślała. – „Nie osiągniesz niczego, jeśli gniew weźmie nad tobą górę”. Naprawdę potrzebowała tego mężczyzny.
– To będzie siodło, prawda? – odezwała się.
– Tak.
– Krzywo kładziesz szwy.
– Taka moja metoda – odparł. – Dzięki temu jedno rozdarcie nie pociąga za sobą następnych. I moim zdaniem wygląda ładniej.
– Zgaduję, że używasz mocnej lnianej dratwy? Woskowanej? A do dziur używasz pojedynczego dziurkacza czy podwójnego? Nie przyjrzałam się dokładnie.
Zerknął na nią, znienacka nabierając czujności.
– Znasz się na rymarstwie?
– Od mojego wuja – odrzekła. – Nauczył mnie tego i owego. Pozwalał mi popracować w swoim warsztacie, kiedy byłam mała.
– Może go znałem…
Zesztywniała. Androl nie szczędził komplementów jej umiejętności sterowania rozmową, sama wiedziała doskonale, że ma rację, że nie są to puste pochwały, lecz teraz noga jej się powinęła i nie bardzo wiedziała, jak wybrnąć z nieszczęsnego położenia.
– No to jak? – spytał. – Gdzie on mieszka?
– W Kandorze.
– To ty jesteś z Kandoru? – spytał ze zdziwieniem.