Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Szaleństwo już mnie ogarnęło – powiedział Rand – ale zapanowałem nad nim. Jeżeli zaś o tę drugą sprawę chodzi, to prawdopodobnie ma rację. Nie uda mi się uniknąć wyrządzenia krzywdy tym, którzy są mi najbliżsi. To była najtrudniejsza lekcja ze wszystkich, jakie musiałem sobie przyswoić.
– Chcesz mi dać do zrozumienia, że jesteś szalony – w zadumie stwierdził Perrin; podczas ich wspólnego marszu ani razu nie zdjął dłoni z głowicy młota. Mimo rozmiarów broni cały czas nosił ją przy boku; zapewne musiał skonstruować dla niej specjalny pendent. Zdumiewający oręż. Rand cały czas chciał zapytać, czy młot również został wykuty za pomocą Jedynej Mocy… – Ale, Rand, przecież nie jesteś. Śladu szaleństwa w tobie nie dostrzegam.
Rand uśmiechnął się do przelotnej myśli, która znienacka zrodziła się w jego głowie.
– Jestem szalony, Perrin. Moje szaleństwo to te wszystkie wspomnienia, te nagłe, niewyjaśnione pobudki. Lews Therin próbował podporządkować mnie sobie. Przez czas jakiś byłem dwoma ludźmi, którzy walczyli ze sobą. A jeden z nich był całkowicie obłąkany.
– Światłości – szepnął Perrin. – To okropne.
– Miłe to nie było. Ale… Do czego rzecz się sprowadza, Perrin? W coraz większym stopniu jestem przekonany, że te wspomnienia dane mi zostały nie bez przyczyny. Lews Therin był dobrym człowiekiem. Ja też byłem dobrym człowiekiem, póki wszystko nie poszło źle… póki nie stałem się arogancki i nie uznałem, że sam sobie ze wszystkim poradzę. Muszę pamiętać, gdzie zbłądziłem. Bez szaleństwa, bez tych wspomnień znów mógłbym się pogubić i zacząć miotać w przekonaniu, że poradzę sobie sam.
– Mam to rozumieć w taki sposób, że teraz będziesz już bardziej na nas polegał? – zapytał Perrin, spoglądając w stronę miejsca, gdzie mieścił się obóz sióstr Egwene z Białej Wieży. – Nie wiem, co tam się dzieje, ale wygląda to jak armie zbierające się przed bitwą.
– Jestem przekonany, że Egwene w końcu zrozumie – tłumaczył dalej Rand. – Wiem, że się nie mylę, Perrin. Musimy zerwać pieczęcie. Nie wiem, dlaczego ona się sprzeciwia.
– Ona jest teraz Amyrlin. – Perrin podrapał się po brodzie. – Jest Strażniczką Pieczęci. Do jej obowiązków należy odpowiednia troska o nie.
– Zgoda. Dlatego właśnie mam jej zamiar udowodnić, że zaproponowany przeze mnie sposób postępowania jest słuszny.
– Naprawdę pewny jesteś, Rand, że trzeba zerwać te pieczęcie? – dopytywał się Perrin. – Całkowicie pewny?
– Powiedz mi coś. Jeżeli pęknie narzędzie albo broń, to czy da się scalić metal tak, żeby zapewnić ich dalsze działanie?
– Cóż, da się – odparł Perrin. – Ale jest to raczej niewskazane. Ziarnistość metalu… cóż, zdecydowanie lepiej przekuć go na nowo. Stopić i zacząć od zera.
– Tak właśnie myślę. Pieczęcie już pękły, niczym klinga miecza. Nie możemy ich w żaden sposób scalić. To się po prostu nie uda. Musimy pozbierać odłamki i na ich miejsce stworzyć coś nowego. Coś lepszego.
– Rand – stwierdził po chwili namysłu Perrin. – To jest najbardziej rozsądna rzecz, jaką od kogokolwiek usłyszałem na ten temat. Próbowałeś to w ten sposób wyjaśnić Egwene?
– Ona nie jest kowalem, mój przyjacielu. – Rand uśmiechnął się.
– Ale jest mądra. Mądrzejsza od nas wszystkich. Zrozumie, jeżeli jej to odpowiednio wyłożysz.
– Zobaczymy… Jutro.
Perrin przystanął, jego twarz znalazła się w kręgu światła rzucanego przez kulę Mocy Randa. W jego obozie, rozbitym tuż obok miejsca, gdzie stacjonowała armia Smoka Odrodzonego, znajdowały się siły zbrojne nieustępujące pozostałym. Rand wciąż nie bardzo potrafił sobie wyobrazić, jakim sposobem jego przyjaciel zgromadził tak liczne zastępy, włączywszy w to – co było zdecydowanie najdziwniejsze – Białe Płaszcze. Z doniesień swoich „oczu i uszu” wiedział, że wszyscy ludzie Perrina są wobec niego bezwzględnie lojalni. Nawet Mądre i Aes Sedai, którym przyszło pod nim służyć, przedkładały swoje zobowiązania wobec niego ponad wszelkie inne.
Jasne jak słońce, jak niebo i wiatr – Perrin został królem. Władcą w zupełnie innym sensie słowa niż Rand, ponieważ został królem ludzi, który żył wśród ludzi. Dla Randa ta droga była zamknięta. Perrin mógł pozostać człowiekiem, Rand musiał stać się kimś więcej, przynajmniej na jakiś czas. Musiał stać się symbolem, siłą, na której polegać mogą wszyscy.
Rola ta okazała się potwornie męcząca. Wyczerpująca nie tylko fizycznie, ale i w jakimś innym, głębszym sensie. Żeby sprostać nadziejom, które ludzie w nim pokładali, musiał poddać się im, a one ogarniały go i podkopywały same fundamenty jego istnienia, niczym rzeka przebijająca się przez góry. A rzeka w końcu zawsze wygrywa.
– Możesz liczyć na moje poparcie w tej sprawie, Rand – powiedział na koniec Perrin. – Ale chcę, żebyś mi obiecał, iż nie skończy się to rozlewem krwi. Nie będę walczył z Elayne. A wystąpienie przeciwko Aes Sedai byłoby co najmniej niepoważne. Poza tym, nie możemy sobie pozwolić na wewnętrzne waśnie.
– Do żadnej walki nie dojdzie.
– Obiecaj mi. – Rysy twarzy Perrina stwardniały tak, że nagle zdała się wykuta z kamienia. – Obiecaj mi, Rand.
– Obiecuję ci to, mój przyjacielu. Na pola Ostatniej Bitwy wyjdziemy zjednoczeni.
– Dziękuję. To mi wystarczy. – I weszli do obozu Perrina. Tamten po drodze skinął głową wartownikom. Obaj pochodzili z Dwu Rzek: Reed Soalen i Kert Wagoner. Zasalutowali Perrinowi, a potem nieco niezgrabnie pokłonili się przed Randem.
Reed i Kert. Znał ich obu – Światłości, jako młody chłopak spoglądał na nich z zazdrością, że tacy dorośli… – niemniej zdążył już przywyknąć, że znajomi z dawnych lat traktują go jak kogoś obcego. Brzemię Smoka Odrodzonego ciężko spoczywało na ramionach.
– Mój Lordzie Smoku – odezwał się niespodzianie Kert. – Czy… czy my… to znaczy… – Słowa najwyraźniej uwięzły mu w gardle, więc tylko spojrzał w niebo, na chmury, które mimo obecności Randa zdawały się skradać drapieżnie w ich stronę. – Nie wygląda to wszystko dobrze, nieprawdaż?
– Bywają srogie burze, Kert – odparł Rand. – Ale przecież ludzie z Dwu Rzek niejedną taką przeżyli. Tak będzie i tym razem.
– Ale… – Kert nie dawał się uspokoić. – Tym razem to wygląda źle. Żebym sczezł w Światłości, naprawdę źle.
– Wszystko odbędzie się zgodnie z obrotami Koła – mówił Rand, patrząc na północ. – Zachowajcie spokój, Kert, Reed – tłumaczył cicho. – Proroctwa już nieomal się wypełniły. Dzień ten został opisany, wymogi, jakie przed nami stoją, są znane. Wiemy, z czym przyjdzie nam się zmierzyć.
Choć nie obiecał im zwycięstwa, nie obiecał im nawet tego, że ujdą z życiem, jego słowa sprawiły, że obaj wyprostowali się, pokiwali głowami, uśmiechnęli się nawet. Ludzie chcieli wiedzieć, że jest jakiś plan. Wiedza, że ktoś panuje nad sytuacją, była jedyną pociechą, jaką Rand mógł im zaoferować.
– Dość zadręczania Lorda Smoka tymi pytaniami – wtrącił Perrin. – Waszym zadaniem jest stać na warcie i pilnować. Żadnego spania, Kert, żadnych kości.
Tamci dziarsko znowu zasalutowali, a Perrin i Rand weszli na teren obozu. Atmosfera panowała tu nieco bardziej radosna niż w pozostałych częściach Pola Merrilora. Ogniska płonęły jakby jaśniej, dobiegał od nich odrobinę bardziej donośny śmiech. Obóz sprawiał wrażenie, jakby ludziom z Dwu Rzek jakimś sposobem udało się jednak urządzić tu namiastkę domu.
– Jesteś znakomitym przywódcą – powiedział cicho Rand, idąc szybkim krokiem obok Perrina. Ten wykonał gest głową w stronę tamtych dwóch, których zostawili pośród nocy.