Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Cała tajemnica polega na tym, żebym nie musiał im mówić, co mają robić. – Z drugiej strony, chwilę później, jakby zaprzeczając swoim słowom, Perrin natychmiast objął komendę, gdy w obozie pojawił się łącznik. Zwrócił się do chudego młodzika po imieniu, a widząc, że pod tamtym w obliczu Randa trzęsą się nogi i rumieni twarz, zaraz odprowadził go na bok, gdzie cicho, lecz zdecydowanie z nim się rozmówił.
Następnie odesłał chłopaka do lady Faile, a sam wrócił do Randa.
– Muszę znowu porozmawiać z Randem.
– Przecież rozmawiasz…
– Chcę porozmawiać z prawdziwym Randem, nie z człowiekiem, który nauczył się mówić jak Aes Sedai.
Rand westchnął.
– To naprawdę jestem ja, Perrin – protestował. – Jestem bardziej sobą, niż byłem, zdawałoby się, od wieków.
– No tak. Cóż, nie lubię z tobą rozmawiać, gdy skrywasz swoje uczucia.
Obok nich przeszedł oddział ludzi z Dwu Rzek, Zasalutowali jak jeden mąż. Na ich widok Rand poczuł nagłe ukłucie lodowatej samotności, ponieważ wiedział, że nigdy nie będzie jednym z nich. W spotkaniach z dawnymi rodakami to było najtrudniejsze. Postanowił jednak spełnić prośbę Perrina i rozluźnił się odrobinę.
– Więc, o co chodziło? – zapytał. – Co powiedział łącznik?
– Miałeś rację, martwiąc się – odparł Perrin. – Caemlyn padło. Zdobyte przez Trolloki.
Rand poczuł, jak tężeją mu rysy twarzy.
– Nie jesteś szczególnie zaskoczony – zauważył Perrin. – Zmartwiony, tak, ale nie zaskoczony.
– Nie, nie jestem. Sądziłem, że uderzą raczej dalej na południe. Doszły mnie słuchy o aktywności Trolloków w tamtych stronach. Na poły jestem przekonany, że stoi za tym Demandred. On zawsze lubił duże operacje zbrojne. Ale Caemlyn… tak, to było sprytne posunięcie. Mówiłem ci, że będą się starali pomieszać nam szyki. W obliczu inwazji na Andor Elayne mogłaby podjąć decyzję o powrocie, a bez niej mój sojusz stałby się znacznie bardziej chwiejny.
Perrin zerknął w stronę, gdzie znajdowały się obok siebie obozy Elayne i Egwene.
– Ale czy bez Elayne nie byłoby ci łatwiej? Ona opowiada się po drugiej stronie sporu.
– Nie ma drugiej strony, Perrin. Jest tylko jedna strona, nasza, w której istnieją różnice zdań odnośnie do tego, jak należy postąpić w tej konkretnej sprawie. Jeżeli Elayne nie będzie na jutrzejszym spotkaniu, nie uda mi się osiągnąć nic z tego, co zamierzam. Ona jest w tej chwili najpotężniejszą władczynią.
Wypowiadając te słowa, oczywiście czuł jej obecność w więzi zobowiązań. Raptowny napływ emocji, kiedy otrzymała wiadomość. Może powinien się z nią spotkać? Chyba lepiej wysłać Min. Obudziła się już i szła dokądś, opuściwszy namiot, w którym ją zostawił. I…
Aż zamrugał z zaskoczenia. Aviendha. Pojawiła się tu, na Polu Merrilora. Przed chwilą jeszcze jej nie było, czyż nie? Perrin przyglądał się mu uważnie, a Rand pozwolił, aby przez moment jego twarz wyrażała emocje, które naprawdę czuł.
– Nie możemy dopuścić, aby Elayne wyjechała – oznajmił Rand.
– Nie pozwolisz jej nawet bronić swej ojczyzny? – zdziwił się Perrin.
– Skoro Trolloki zdobyły Caemlyn, co Elayne jeszcze mogłaby zdziałać? Właściwie tylko nadzorować ewakuację swoich wojsk z Andoru. Ale do tego jej obecność nie jest konieczna. Natomiast jest konieczna tutaj. Jutrzejszego ranka.
Jak do tego doprowadzić? Elayne kiepsko znosiła, kiedy ktoś mówił jej, co ma zrobić – wszystkie kobiety tak miały – gdyby jednak zasugerować jej, że…
– Rand – z namysłem powiedział Perrin – a gdyby posłać tam Asha’manów? Wszystkich naraz? Można by potraktować Caemlyn jako bitwę otwierającą ostateczne starcie?
– Nie – uciął Rand, choć tylko on mógł wiedzieć, ile kosztuje to jedno słowo, za którym kryje się nie wiadomo jak wiele ludzkich żywotów. – Perrin, jeżeli miasto zostało już zdobyte… a wyślę ludzi przez bramy, żeby się upewnić… należy je uznać za stracone. Odbicie tych wypalonych ruin wymagałoby zbyt wielkich nakładów sił, na które nas nie stać, przynajmniej na dzień dzisiejszy. Nie możemy dopuścić do tego, aby koalicja się rozpadła, zanim zaistnieje realna szansa na jej powstanie. W jedności nasz ratunek. Gdyby każde z nas zajęło się wyłącznie gaszeniem pożarów we własnym domu, wówczas przegramy na pewno. Tak wygląda strategia przeciwnika stojąca za atakiem na Caemlyn.
– Niewykluczone, że masz rację… – zgodził się Perrin, muskając palcami głowicę młota.
– Z drugiej strony szturm na jej stolicę mógł obudzić Elayne, uczynić ją bardziej skłonną do działania – ciągnął dalej Rand, rozważając równocześnie liczne praktyczne konsekwencje tego faktu. – Może dzięki temu chętniej nastawi ucha na moje plany. Wszystko jeszcze może wyjść na dobre.
Perrin zmarszczył brwi.
„Jak łatwo nauczyłem się traktować ludzi niczym narzędzia”. Nauczył się na powrót śmiać. Nauczył się akceptować swoje przeznaczenie i przyglądać mu się z uśmiechem. Nauczył się, jak godzić się z tym, kim się stał, co uczynił.
Ale ta wiedza nie mogła mu uniemożliwić posługiwania się narzędziami, które były pod ręką. Potrzebował ich, potrzebował ich wszystkich. Różnica polegała na tym, że teraz w narzędziach, którymi się posługiwał, widział również ludzi. Przynajmniej w takim przekonaniu sam siebie utrzymywał.
– Jakoś wciąż nie potrafię uwierzyć, że nic już nie możemy zrobić dla Andoru – myślał głośno Perrin, drapiąc brodę. – Którędy te Trolloki tam dotarły, jak sądzisz?
– Przez Portal – z roztargnieniem odparł Rand.
– Wprawdzie sam mówiłeś, że dla Trolloków Podróżowanie jest zakazane, może jednak jakoś rozwiązały ten problem? – mruknął Perrin.
– Módlmy się do Światłości, żeby tak nie było. Jedyny Pomiot Cienia, który może wędrować przez bramy, to gholam, a Aginor na szczęście nie okazał się na tyle głupi, żeby stworzyć więcej niż kilka egzemplarzy. Nie, gotów byłbym się założyć z samym Matem, że przeszły przez Portal Caemlyn. Z drugiej strony przekonany byłem, że go pilnują!
– W takim wypadku mamy możliwość działania – zauważył Perrin. – Nie możemy dopuścić do tego, żeby Trolloki grasowały swobodnie po Andorze, ponieważ wtedy będziemy je mieli za plecami. Jeżeli jednak ruch taranów odbywa się przez jedno, jedyne miejsce, wtedy wystarczy je zaatakować i zdusić inwazję tam, skąd się zaczęła.
Rand uśmiechnął się szeroko.
– Co cię tak rozśmieszyło?
– Ja przynajmniej potrafię podać wymówkę, skąd znam się na rzeczach, o których nie powinien mieć pojęcia żaden nieopierzony młodzik z Dwóch Rzek.
Perrin prychnął:
– Idź się zmoczyć w Winnej Jagodzie. Naprawdę uważasz, że stoi za tym Demandred?
– To na mile pachnie jego strategią. Najpierw podziel swoich wrogów, a potem zmiażdż każdego pojedynczo. Zresztą to jedna z najbardziej klasycznych strategii militarnych.
Sam Demandred natrafił na nią w jakichś starych tekstach. Kiedy Sztolnia otworzyła się po raz pierwszy, nikt z nich nie miał pojęcia o wojnie. Cóż, wydawało się im, że ją rozumieją – wydawało się im, że rozumieją wszystko – ale było to pojęcie uczonych, którzy „rozumieją” starożytne, zakurzone rękopisy.
Ze wszystkich zdrad, ze wszystkich konwersji na stronę Cienia, wiarołomstwo Demandreda miało charakter najbardziej tragiczny. Mógł być bohaterem. Powinien nim być.
„Sam nie jestem w tej sprawie bez winy” – myślał Rand. – „Gdybym wyciągnął pomocną dłoń, zamiast szyderczo się uśmiechać, gdybym mu pogratulował, zamiast stawać w szranki. Gdybym był wówczas tym człowiekiem, którym teraz jestem…”