Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Wyjątkowo ładny dzień na bitwę, prawda? — zauważył Viridoviks.
Kolczugę miał pomalowaną w czarne i złote kwadraty, imitujące wzór szachownicy, charakterystyczny dla galijskich tunik. Hełm z brązu wieńczyło koło o siedmiu szprychach. Miecz, identyczny jak Skaurusa, był schowany w pochwie. Celt trzymał w ręce tylko kawałek twardego suchego chleba. Ugryzł porządny kęs.
Trybun zazdrościł mu spokoju. Przed bitwą myśl o jedzeniu przyprawiała go o mdłości, choć później odczuwał wilczy głód. Istotnie ranek był piękny, choć jeszcze chłodny. Skaurus zerknął na wschodzące słońce i powiedział:
— Ich generał zna się na robocie. O tej porze słońce będzie nam świeciło prosto w twarz.
— Tak. To rzeczywiście chytre — przyznał Celt z podziwem.
Armia Ortaiasa znajdowała się w odległości pół mili i zbliżała się szybko. Marek stwierdził z ulgą, że nie jest większa od armii Thorisina. Zastanawiał się, jaka to część całego wojska Sphrantzesa.
Tak jak trybun się spodziewał, była to kawaleria. Stuk podków przypominał grzmot.
— Pila rzucajcie w konie, a nie w ludzi. — Kwintus Glabrio udzielał ostatnich instrukcji swojemu manipułowi. — Łatwiej trafić i nie chronią ich pancerze. Jeśli koń upadnie, pociągnie jeźdźca za sobą. — Młodszy centurion jak zawsze mówił spokojnym, odmierzonym tonem.
Nie było czasu na dłuższe wykłady. Wróg się zbliżał. W póranej poświacie trudno było rozpoznać poszczególnych żołnierzy. Niektórzy wyglądali na nomadów — Khamorthów albo nawet Yezda — inni zaś… lance zalśniły na moment karmazynowo, kiedy opuścili je jednoczesnym ruchem. Namdalajczycy — pomyślał Marek ponuro. Sphrantzesowie wynajęli najlepszych wojowników.
— Drax! Drax! Wielki książę Drax! — krzyknęli żołnierze Duchy, używając nazwiska dowódcy jako okrzyku bojowego.
— Na nich! — wrzasnął Thorisin Gavras i jego jeźdźcy pogalopowali na spotkanie atakującym.
Świsnęły łuki. Jakiś Namdalajczyk spadł z siodła, trafiony z dużej odległości w oko.
Lekka jazda wroga wysforowała się przed Namdalajczyków, żeby wypuścić strzały. Lecz na polu panował teraz zbyt wielki ścisk, żeby można było z powodzeniem zastosować taktykę wypadów i odwrotów. Ciężkozbrojni Videssańczycy i Vaspurakanerzy Gavrasa wyrąbywali sobie drogę miedzy nomadami, kierując się w stronę żołnierzy Duchy, którzy stanowili trzon wrogiej armii.
Hrabia Drax z Duchy jedynie Halogajczyków uważał za godnych siebie przeciwników. O Rzymianach nigdy nie słyszał. Wziął ich za zaciężnych chłopów, których Thorisin wytrzasnął Phos wie skąd. Postanowił rozgromić ich szybko, a potem bez pośpiechu zająć się kawalerią Gavrasa, nad którą miał przewagę liczebną. Machnął tarczą w stronę legionistów, wskazując swoim żołnierzom kierunek, i spiął konia ostrogami.
Skaurus z zaschniętymi ustami czekał na przyjęcie szarży. Tętent kopyt, pokrzykiwanie potężnych wojowników, pędzących na niego jak opancerzone głazy, długie lance, które zdawały się celować w jego pierś… Poczuł, że mięśnie mimowolnie napinają mu się do ucieczki. Uniósł rękę, w której trzymał miecz.
Drax zmarszczył brwi, nagle zdjęty wątpliwościami. Jeśli to są chłopi, dlaczego nie pierzchają, żeby ratować życie?
— Rzucać! — krzyknął trybun.
Na wrogów posypały się oszczepy. Trafione konie zarżały i upadły, zrzucając jeźdźców na ziemię. Inne zwierzęta potknęły się na tych, które padły pierwsze. Namdalajczycy zasłonili się tarczami i po chwili odrzucili je, przeklinając. Trzonki pila z miękkiego żelaza wbiły się w tarcze i wygięły, czyniąc je niezdatnymi do użytku.
Mimo to legioniści ugięli się pod impetem. Zagrały trąbki, wzywając oddziały z flank na pomoc zagrożonemu centrum. Fala jeźdźców zatrzymała się i skotłowała.
Rycerz, który zaatakował Skaurusa, miał około czterdziestki, zeza w prawym oku i koślawy mały palec. Unieruchomiony pod naporem następnych szeregów, pchnął trybuna lancą. Marek zrobił unik i odparował cios. Ostrze jego miecza przecięło drzewce tuż pod grotem, który wirując pofrunął w powietrze. Ze strachem w oczach Namdalajczyk zamachnął się zniszczoną lancą jak maczugą. Marek uchylił się, zrobił krok do przodu i pchnął. Poczuł, że miecz przebija kolczugę i ciało. Najemnik Sphrantzesa wydał okrzyk, który zakończył się bulgoczącym jękiem. Na jego ustach pojawiła się różowa piana. Osunął się na ziemię.
Stojący obok Marka Czerwony Zeprin uniósł nad głowę halogajski topór wojenny o długim drzewcu i opuścił go z całą siłą na koński łeb. Ukazał się szaroróżowy mózg. Koń zwalił się bezwładnie. Przygwożdżony przez niego namdalajski jeździec krzyknął, ale zaraz uciszył go drugi cios wielkiej siekiery.
Jakiś spieszony najemnik rzucił się na Skaurusa, który przyjął cios na tarczę. Jego scutum było cięższe i większe niż lekka tarcza jeźdźca. Marek zdzielił nim przeciwnika. Żołnierz Duchy zatoczył się do tyłu i potknął o leżące ciało. Jeden z legionistów wbił mu miecz w gardło.
Choć Rzymianie powstrzymali natarcie, Namdalajczycy nadal walczyli z zawziętością, którą Marek już zdążył poznać. Lucillus o niewyparzonym języku wlepił wzrok w miecz złamany zręcznym cięciem lancy.
— Dajcie mi cały! — krzyknął, ale zanim ktokolwiek to zrobił, najechał na niego jeździec Duchy.
— Na wszystkich bogów, dlaczego ci dranie nie są po naszej stronie? Za dużo z nimi roboty! — wysapał Gajusz Filipus.
Jego hełm był wyszczerbiony, a z rozcięcia nad okiem płynęła krew. Fala bitwy rozdzieliła ich, zanim Skaurus zdążył odpowiedzieć.
Jakiś Namdalajczyk pchnął lancą człowieka wijącego się przed nim na ziemi. Nie trafił, zaklął i uniósł ostrze do następnego ciosu. Był tak ogarnięty szałem zabijania, że nie zauważył Marka, póki długi galijski miecz trybuna nie zakończył jego życia.
Marek pomógł wstać niedoszłej ofierze i wytrzeszczył oczy z niedowierzaniem.
— Dzięki — rzuciła Nevrata Sviodo i pocałowała go.
Skaurus czuł się tak, jakby go ktoś zdzielił obuchem w głowę. Z lekką szablą w dłoni dziewczyna skoczyła w bitewny wir, zostawiając go z otwartymi ustami.
— Uważaj na lewo, panie! — krzyknął ktoś.
Trybun odruchowo uniósł tarczę. Lanca ześliznęła się po niej. Namdalajczyk przebiegł obok niego, lecz nie zdążył zadać następnego ciosu. Marek otrząsnął się. Osłupienie omal nie kosztowało go życia.
Viridoviks rzucił się z dzikim okrzykiem na jednego z najemników i ściągnął go z wierzchowca. Zadarł do góry brodę nieszczęśnika i przeciągnął mu mieczem po gardle jak smyczkiem po strunach. Trysnęła krew. Gal krzyknął triumfalnie i dokończył cięcie. Uniósł głowę i cisnął ją w najbliższe szeregi Namdalajczyków, którzy wrzasnęli w przerażeniu i cofnęli się przed upiornym trofeum.
Hrabia Drax nie żałował, kiedy zaczął się odwrót. Jeszcze nigdy nie spotkał takiej piechoty jak ci żołnierze Thorisina. Ugięli się, ale nie rozerwali szyków, tak sprytnie przesuwając ludzi ze spokojniejszych miejsc do zagrożonych, że nigdzie nie pojawiały się słabe punkty. Całkiem profesjonalnie — pomyślał z niechętnym podziwem.
Na lewym skrzydle Khatrishe zasypywali jego osaczonych jeźdźców strzałami i szybko odskakiwali. Miał nadzieję, że to samo zrobią z ciężką kawalerią Thorisina wynajęci nomadzi. Lecz klany koczowników były wciśnięte między jego własnych ludzi a nadchodzącego wroga. Wyglądało na to, że wkrótce się załamią i rzucą do ucieczki. Narażanie życia w walce z groźnym przeciwnikiem nie leżało w ich naturze.
Drax z Namdalenu uświadomił sobie, że on również nie ma na to ochoty. Gdyby jazda Gavrasa przedarła się przez nomadów i zaatakowała jego unieruchomionych rycerzy, rezultat byłby niewesoły. Ostatecznie dowódca najemników jest winien lojalność swoim ludziom. Bez nich nie miałby nic do sprzedania. Ściągnął wodze i próbował zawrócić konia pośród gęstego tłumu.