Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 95
Перейти на страницу:

Pokochał Urras, lecz na co mu się zda owa tęskna miłość? Nie był stąd. Nie należał też do swego rodzinnego świata.

Samotność, poczucie odosobnienia, które odczuwał w swojej pierwszej godzinie na pokładzie Czujnego, wezbrały w nim i utwierdziły go w przekonaniu, że są istotą jego istnienia, odrzucane, tłumione, ale wszechobecne.

Tu czuł się samotny, gdyż pochodził ze społeczności, która się sama skazała na wygnanie. W ojczystym świecie był samotny, bo się sam wykluczył ze społeczeństwa. Osadnicy zrobili krok do tyłu. On cofnął się o dwa. Był skazany na samego siebie, ponieważ Podjął ryzyko metafizyczne.

Jakimże był głupcem, gdy sądził, że może się przyczynić do zbliżenia światów, do których nie należał!

Spojrzał w nocne niebo za oknem. Nad zamgloną ciemnością listowia i wieżą kaplicy, ponad ciemną linią wzgórz, które nocą wydawały się zawsze mniejsze i bardziej odległe, rosło światło, wielka, miękka jasność. Wschodzi księżyc — pomyślał z wdzięcznością; poczuł się swojsko. Pełnia czasu nie zna przedziałów.

Oglądał wschód księżyca, gdy był małym dzieckiem, razem z Palatem z okna domicylu w Równinnem; nad wzgórzami swojego dzieciństwa; nad suchymi równinami Kurzawy; nad dachami Abbenay, z Takver u boku.

Lecz to nie był ten sam księżyc.

Poruszały się wokół niego cienie, on zaś siedział bez ruchu, podczas gdy nad obcymi wzgórzami wschodziła Anarres w pełni, nakrapiana ciemnoszarymi i biało-niebieskimi plamami, świetlista. Blask jego świata napełnił jego puste dłonie.

Rozdział czwarty

Anarres

Kiedy sterowiec pokonał ostatnią wysokogórską przełęcz Ne Theras i skręcił na południe, promienie chylącego się ku zachodowi słońca padły na twarz Szeveka i obudziły go. Przespał większą cześć dnia, trzeciego już tej długiej podróży. Od pożegnalnego wieczoru dzieliło go pół świata. Ziewnął, potarł oczy i potrząsnął głową, usiłując wyrzucić z uszu dudniący warkot silnika; następnie, całkowicie już rozbudzony, uświadomił sobie, że podróż ma się ku końcowi i że zbliżają się do Abbenay. Przytknął twarz do zakurzonego okienka i rzeczywiście — zobaczył w dole, między dwoma niskimi, rdzawymi graniami, opasane murem wielkie lądowisko — Port. Badał je zachłannym spojrzeniem, wypatrując statku kosmicznego na wyrzutni. Jakkolwiek godna pogardy, zawsze jednak była Urras innym światem; a on pragnął zobaczyć statek z innego świata — twór obcych rąk, śmiałka, co przebył jałową, straszną otchłań. Ale w Porcie nie było żadnego statku.

Frachtowce z Urras zawijały tu tylko osiem razy w roku i postój ich trwał nie dłużej, niż tego wymagały wyładunek i załadunek.

Nie należały do mile widzianych gości. Dla niektórych Anarresyjczyków były w istocie źródłem odnawiającego się wciąż upokorzenia.

Przywoziły paliwa kopalne i produkty naftowe, precyzyjne części maszyn i podzespoły elektroniczne, których przemysł anarresyjski nie był w stanie wytworzyć, niejednokrotnie nową odmianę drzew owocowych bądź ziarna do wypróbowania. Na Urras wracały z ładowniami pełnymi rtęci, miedzi, aluminium, uranu, cyny i złota. Nader korzystny dla tamtej strony był to interes. Podział owych ładunków osiem razy w roku należał do głównych zadań Urrasyjskiej Rady Rządów Świata, stanowił też najważniejsze wydarzenie urrasyjskiej giełdy. Prawdę mówiąc, Wolny Świat Ana był surowcową kolonią Urras.

Ten fakt drażnił. Każdego roku podczas debat KPR w Abbenay zgłaszano — od pokoleń — te same gorące protesty: „Dlaczego wciąż prowadzimy paskarskie transakcje z tymi podżegaczami wojennymi i posiadaczami?” Co chłodniejsze głowy udzielały na to tej samej nieodmiennie odpowiedzi: „Gdyby Urrasyjczycy musieli sami wydobywać rudę, kosztowałoby ich to drożej; tylko dlatego nas nie najeżdżają. Gdybyśmy jednak złamali porozumienie handlowe, uciekliby się do siły. Ludziom, którzy nigdy nie płacili za nic pieniędzmi, trudno było jednak pojąć psychologię kosztu i argumenty rynku. Trwający od siedmiu pokoleń pokój nie zdołał zaszczepić w nich zaufania.

Toteż do tak zwanej Defensywy nigdy nie brakowało chętnych.

Praca w Defensywie była przeważnie tak nużąca, że w języku prawickim, który dysponował jednym i tym samym wyrazem na określenie pracy i zabawy, nie nazywano jej pracą, lecz kłeggich — harówką. Pracownicy Defensywy obsługiwali dwanaście wysłużonych statków międzyplanetarnych, reperując je i utrzymując na orbicie jako straż graniczną; prowadzili nasłuch radarowy i radioteleskopowy w odludnych miejscach; pełnili monotonną służbę w Porcie. A mimo to do Defensywy zawsze czekała kolejka chętnych. Jakkolwiek pragmatyczną etyką nasiąkał Anarresyjczyk za młodu, życie wylewało się ponad jej brzegi, żądając altruizmu, samopoświęcenia, pola dla bezinteresownego gestu. Samotność, czujność, niebezpieczeństwo, statki kosmiczne — to wszystko nęciło powabem romantyzmu. I właśnie impuls czystego romantyzmu kazał Szevekowi rozpłaszczać nos na szybie, dopóki pusty Port nie zniknął za sterowcem, zostawiając go z uczuciem zawodu, że nie dojrzał na wyrzutni żadnego usmolonego rudofrachtowca.

Ponownie ziewnął, przeciągnął się i spojrzał tym razem przez okno z przodu pojazdu. Sterowiec przelatywał nad ostatnim, niskim grzbietem Ne Theras. Przed nim, na południe od górskich łańcuchów, opadała rozległa zatoka zieleni, lśniąc w promieniach popołudniowego słońca.

Wpatrywał się w nią z zachwytem, podobnie jak jego przodkowie przed sześcioma tysiącami lat.

W Trzecim Millennium kapłani-astronomowie z Serdonou i Dhun na Urras zaobserwowali, że wraz z porami roku zmieniał Świata, i nadali mistyczne imiona równinom, łańcuchom górskim i odbijającym słońce morzom. Rejon, który wcześniej od innych okrywał się w nowym roku księżycowym zielenią, nazwali Ans Hos, Ogrodem Rozumu — Rajem Anarres.

Teleskopy w następnych tysiącleciach potwierdziły, że mieli całkowitą rację. Ans Hos było istotnie najłaskawszym regionem na Anarres; toteż pierwszy statek z ludzką załogą, który wylądował na Księżycu, osiadł właśnie tam, na tej zielonej połaci między górami i morzem.

Raj Anarres okazał się jednakże suchy, zimny i wietrzny, reszta zaś planety jeszcze mniej gościnna. Życie nie wyszło tam poza stadium rozwoju ryb i roślin nienasiennych. Powietrze było rozrzedzone jak na Urras na bardzo dużej wysokości. Słońce paliło, wiatr przewiewał do szpiku kości, dławił kurz.

W ciągu dwustu lat od pierwszego lądowania Anarres została zbadana, spenetrowana, naniesiona na mapy, lecz nie skolonizowana. Bo i po cóż przenosić się na chłostaną wiatrami pustynię, kiedy na Urras są tak rozległe i piękne doliny?

Zbudowano tam jednak kopalnie. Prowadzona w epoce Dziewiątego i Dziesiątego Millennium gospodarka rabunkowa doprowadziła do wyczerpania rud na Urras; wraz z udoskonalaniem rakiet tańsze stawało się czerpanie kopalin z Księżyca niż wydzieranie potrzebnych metali z ubogich złóż albo z wody morskiej.

W roku IX-738 kalendarza urrasyjskiego założono osadę u podnóża gór Ne Theras, w starożytnym Ans Hos, gdzie wydobywano rtęć. Nazwano ją Osadą Anarres. Nie było to miasto w pełnym tego słowa znaczeniu, brakowało kobiet. Mężczyźni podpisywali kontrakty na dwa — trzy lata i pracowali jako górnicy lub technicy, po czym wracali do domu, do prawdziwego życia.

Księżyc i znajdujące się na nim kopalnie podlegały zarządowi Rady Rządów Świata; na jego wschodniej półkuli państwo Thu miało jednak swój mały sekret: bazę rakietową i osadę górników wydobywających złoto, zamieszkujących tam wraz z żonami i dziećmi. Ludzie ci faktycznie mieszkali na Księżycu, lecz nie wiedział o tym nikt poza ich rządem. Upadek rządu w roku 771 doprowadził do złożenia w Radzie Rządów Świata projektu oddania Księżyca Międzynarodowemu Towarzystwu Odonian — przekupienia odonian osobnym światem, zanim ostatecznie nie podkopaliby autorytetu prawa i suwerenności państwowej na Urras.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)