Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Migotliwy swiat
Migotliwy swiat - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Migotliwy swiat

Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:

Aleksander Grin, właściwie Gryniewski (1880–1932), jest pisarzem znanym i chętnie czytanym w Polsce. Przełożono już na język polski sporo jego opowiadań, opowieści i niemal wszystkie powieści („Biegnąca po falach”, „Droga donikąd”, „Złoty łańcuch”). Polskiemu czytelnikowi została wreszcie udostępniona jedna z najciekawszych powieści tego pisarza rosyjskiego „Migotliwy świat”, która może przykuć uwagę swoją sensacyjno-przygodową fabułą, utopijną futurologią, nietypową fantastyką i tajemniczością.
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 47
Перейти на страницу:

— Dokąd śpieszą ci wszyscy ludzie?

— Czy pani nietutejsza? — odrzekł tenże człowiek, odwracając się do niej w biegu. — Zatem pani nie wie, że dziś będą pętle śmierci!! Loty!.. Loty! — krzyknął, jak gdyby wyjaśniając i bezceremonialnie wyprzedził dziewczynę.

Tawi raptownie poderwała się. Przepadała za wszelkimi widowiskami. Wbiegła do najbliższego sklepu i uprosiła właściciela, by przechował jej bagaż, a potem z taką samą szybkością, z jaką poruszał się tłum, ruszyła przed siebie. Od czasu do czasu myślała o powrocie do domu, ale też szybko uspakajała się czując na piersiach medalion i w myślach otwierając pudełko z kapeluszem. — Oto pieniądze!.. — powtarzała niefortunna podróżniczka. Tłum, słońce i poczucie niezależności rozweseliły ją. Tymczasem szosa raptownie skręcała w pole, na wprost wznosił się wysoki kamienny mur, za którym pośród zwiędłych z upału drzew widniało zagięcie chińskiego dachu z umieszczoną na nim flagą. Rozwarta przestrzeń bramy roiła się od pstrokacizny podążających ludzi. Jedni wychodzili, inni wchodzili, ale więcej wchodziło, i Tawi, nie namyślając się wiele, skręciła w tym właśnie kierunku. Wnętrze podwórza było zamknięte drewnianym płotem — przed wąskim przejściem jakiś pracownik sprawdzał bilety.

— Pani bilet — rzucił ku dziewczynie, która już go minęła.

Odwróciła się, nie zdążywszy wypowiedzieć słowa, ale bileter już zajął się innymi wchodzącymi, zapominając o niej lub też traktując ją jako „swego człowieka”, jakich zawsze jest wielu wszędzie tam, gdzie sprawdzane są bilety. Tawi, zadowolona, że się udało — żadnych biletów nie była w stanie kupić — poszła dalej rozglądając się dokoła. Trafiła na podwórze lub niewielki, wyłożony płytkami plac, z dwu stron którego wznosiły się amfiteatralne ławki pawilonów z bocznymi i poziomymi osłonami. Ludzi było dość dużo; Tawi, oglądając ich, zauważyła, że nie jest to różnorodny tłum widowisk publicznych, lecz tak zwana wybrana publiczność, przeważnie składająca się z inteligentów. Między trybunami znajdowały się stoły pokryte ciemnoniebieskim suknem, na nim stały kałamarze i leżał papier do pisania; siedziało przy nich około trzydziestu ludzi w rozleniwionych panującym upałem pozach, w rozpiętych kamizelkach, z mokrymi włosami spadającymi na czoło i ze zsuniętymi na tył głowy kapeluszami. „A dokąd to trafiłaś, kochana?” — ze zdziwieniem spytała siebie Tawi, domyślając się, że chyba nie tutaj odbędą się pokazy lotnicze. Zza stołu podniósł się, dzwoniąc dzwoneczkiem, człowiek krępej budowy; jego duża, okrągła twarz — niemal bez brwi, ale z baczkami, które, jak się wydawało, ledwie trzymały się na grubych policzkach — podkreślał owal mięsistych ust; krzyknął głosem nie cierpiącym sprzeciwu:

— Ciszej! Uwaga! Otwieram nadzwyczajne posiedzenie Klubu Awiatorów.

Równocześnie Tawi dostrzegła Kruksa, podchodzącego do stołu; to był na pewno on, który tak nieoczekiwanie znikł rankiem. Na widok jego spokojnego i prostego oblicza pośród obcego tłumu w nieznajomym mieście dziewczyna ucieszyła się, jak gdyby spotkała rodzonego ojca. Szybko usiadła na najbliższej ławce i zawołała:

— Hej, Montgomery, co pan tu robi? Kruks! Kruks!

Natychmiast jego oczy skierowały się ku niej i od razu odnalazły ją; przypomniawszy sobie poranne spotkanie, kiwnął głową, przyłożył palec do ust i uśmiechnął się wymownie. Chociaż zgorszone twarze dana od razu zwróciły się w jej kierunku, a uniesione z lekkim uśmiechem brwi mężczyzn wyrażały tym samym zdziwienie i zaskoczenie, jednak ona tylko z lekka zaczerwieniona, ale bynajmniej nie speszona, czuła się, jak gdyby znalazła się w domu.

Kruks przysunął sobie wolne krzesło, usiadł i opuścił oczy. Ubrany był w skórzaną, zapiętą kurtkę, wysokie buty i czarną pilotkę — jej pasek przechodził pod podbródkiem od ucha do ucha. Tutaj zaciekawienie Tawi dosięgało szczytu; i osobowość Kruksa, i sytuacja, i nieoczekiwane dla niej posiedzenie awiatorów — wszystko to przypominało rozebraną na części nieznaną maszynę; ktoś składając ją na jej oczach zamierzał ją puścić w ruch. Drżała. Czy widzieliście państwo, jak młodziutka, głupiutka dziewczynka wierci się, nie będąc w stanie spokojnie usiedzieć na swoim miejscu? Świat jest dla niej jeszcze przedstawieniem, a w nim raz po raz w czasie głównej akcji jawią się fragmenty najróżniejszych innych spektakli. W takich chwilach zmienność jej doznań przypomina zwiewność mrocznych przywidzeń i zjaw. Ani chwili spokoju nie znajdziemy na jej twarzy, ani w pozie, ani w rytmie oddechu — chce się jej tupać, powstać, patrzeć z przodu i z boku, poganiać i hałasować.

Krępy człowiek przewodniczył zebraniu. Gdy udało mu się uciszyć tłum, powiedział:

— Stała się taka rzecz: do sekretariatu klubu wpłynęło umotywowane podanie pana Kruksa, wynalazcy maszyny latającej nowego typu, w którym zwraca się z prośbą nie tylko o dokonanie eksperymentu, ale także o włączenie go do dzisiejszej rywalizacji. Zgodnie z regulaminem klubu, każdy jednopłat, dwupłat czy spadochron musi być w celu uniknięcia nieprzewidzianych roszczeń wstępnie oceniony przez ekspertów. Chodzi również o to, żebyśmy nie mieli do czynienia z próbami technicznie niemożliwymi lub też bez wątpienia absurdalnymi, na co jest sporo przykładów. Dlatego też, mając jeszcze godzinę do rozpoczęcia zawodów, prezydium postanowiło: po przeglądzie maszyny Kruksa, uwzględniając warunek technicznej naukowości jego wynalazku, udostępnić lotnisko do publicznego pokazu i, jeśli pan Kruks będzie sobie życzył, możemy go wpisać na listę dzisiejszych awiatorów z prawem walki o nagrody w lotach na wysokość, czas trwania i dokładność lądowania.

W miarę tego jak trwało i kończyło się przemówienie przewodniczącego, szkarłatny rumieniec zażenowania pokrył twarz Tawi — w jej oczach pojawiły się niemal łzy, ogarnęło ją kompletne zmieszanie, gdyż zrozumiała, że nazbyt bezceremonialnie krzyknęła do bez wątpienia znakomitego wynalazcy. Bojąc się więc, że Kruks znowu spojrzy w jej stronę, usiadła tak, żeby mogła oglądać go spoza czyjegoś wielkiego kapelusza. „Mój Boże, zmiłuj się nade mną, i nie pozwól palnąć mi jakiegoś głupstwa” — szepnęła; jednak nie zdążyła całkowicie wyrazić skruchy, rozległ się bowiem gwar, harmider; uwagi pełne subtelności i zaciekawienia zmieszały się z okrzykami zniecierpliwienia.

Wówczas też wszystkie spojrzenia skierowały się na Kruksa, który wstał, uczynił znak ręką, że chce mówić. Znowu uciszył się gwar; ludzie siedzący przy stole z powagą zmarszczyli czoła, co mogło oznaczać, że są we wszystkim bezbłędnie zorientowani.

— A więc — powiedział Kruks cicho, ale tak, że jego słowa zadźwięczały przekonująco dla wszystkich — skonstruowałem maszynę, która pod względem konstrukcji i systemu silnika nie ma nic wspólnego ze współczesnymi samolotami. Nie mam ani pary, ani gazu, ani benzyny, ani elektryczności; nie mam unoszących płatów ani też śmigieł czy szczególnie skomplikowanych materiałów, z których został zrobiony. Równie dobrze płótno lub jedwab, najzwyklejszy papier lub blacha żelazna może być materiałem dla mojej maszyny nie powodując przy tym najmniejszej utraty jej zdolności dynamicznych; mknie dzięki sile wibracji dźwiękowej, zawartej w czterech tysiącach miniaturowych, srebrnych dzwoneczków, których dźwięk…

— Których dźwięk?! — przerwał mu głos, zawierający w swoim tonie niepomierne zdziwienie. — O czym pan tu mówi?

Rozległ się śmiech, który momentalnie przerodził się w harmider. Znikła nagle pozorna jednomyślność zgromadzonej społeczności. Jedni rozglądali się bezradnie, inni usilnie poszukiwali wzrokiem intruza, który spytał, do czego zmierza w swojej dziwnej wypowiedzi zagadkowy wynalazca. Przewodniczący schwycił dzwonek i chciał zaprowadzić porządek, ale ktoś mu coś szepnął, i ten z pewną wątpliwością i niewiarą ukradkiem spojrzał na Kruksa, jak stał, oczekując, aż będzie mógł mówić dalej, podobny do człowieka, na którego runął na rogu ulicy biegnący tłum. Wówczas Tawi zaczęła obawiać się o Kruksa. Jakakolwiek przykrość lub klęska, którą mógłby ponieść, byłaby dla niej absolutnie nie do zniesienia, dojrzała w niej coraz większa do niego sympatia. Spodobało się jej, że przyszło mu przeciwstawić się wielu ludziom, ale znając siłę ośmieszenia, obawiała się, żeby ta scena niezależnie od jej finału nie nabrała charakteru komicznego. Tymczasem rozległy się okrzyki i szmer ucichł.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 47
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)