Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Tawi patrzyła aż do chwili, gdy jej myśli, przebywając ważną i szczególną drogę, dotarły do słów „życie”, „śmierć”, „urodziny”. — Jutro przecież dzień moich urodzin! To tak przyjemne uczucie, że trudno je wyrazić. — Wówczas zajaśniał w niej uśmiech.
— Wybaczam panu — powiedziała, podnosząc się na paluszkach, żeby połączyć te słowa ze spojrzeniem na całą twarz Torpa. — Torp, wybaczam panu. Jednak powinnam panu coś przeczytać, coś na co mam ochotę.
Powróciła do gabinetu z szafami, gdzie zasępiona, tak jak to robią dzieci, gdy wyciągają drzazgę, spośród zwykłych spraw wyjęła to, co wpadło do jej ręki. Książkę otworzyła tuż koło zmarłego. Była to „Podróż w góry Hartzu” Heinego.
— Proszę posłuchać, panie Torp, niezależnie od tego, gdzie pan teraz jest.
Linijki poplątały się w jej oczach, ale w końcu ułożyły się w równe szeregi, i Tawi już uspokojona, cicho, niemal sobie samej przeczytała kilka wersów:
— Dalej nie będę czytała — wyszeptała dziewczyna, zamykając książkę — dokończę w podróży. Odchodzę więc. Żegnam.
Znowu uniosła się na palcach i na czole zmarłego złożyła delikatny pocałunek, przypominający uścisk ręki. Potem szybko oddaliła się, odsłaniając portierę tak energicznie, że po jej rozgorączkowanej twarzy musnął podmuch wiatru. W ciągu całego życia Torpa był to jedyny pocałunek, dla którego warto było ponownie otworzyć oczy.
VII
Rozbita i smutna Tawi wyszła na ulicę. Nie wzięła pieniędzy, mimo że suma jaką dysponowała, nie wystarczała nawet na kupno biletu — pieniądze zaproponowano jej bez urazy, ale serce dziewczyny zdecydowanie się temu sprzeciwiło.
— Dziękuję pani — powiedziała do wdowy — mam tylko jedno życzenie: chcę jak najszybciej stąd odejść.
Tak więc odeszła i znalazła się pośród rozedrganego ulicznego harmidru upalnej Lissy ze skrępowanym i zamierającym sercem,
Przez jakiś czas zagniewana i wstrząśnięta, nie wiedząc dokąd zmierza, była zajęta rozplątywaniem ponurej historii. Cały rój sprzecznych, pozbawionych sensu domysłów męczył jej serce. W końcu zmęczona westchnęła głęboko i zaczęła przyglądać się ruchowi ulicznemu, licząc, że to przyniesie jej ulgę. Powoli udało się jej jeśli nie zupełnie, to choć trochę wrócić do równowagi: raz jeszcze wzruszyła ramionami z bolesnym wstrętem i zaczęła rozglądać się wokoło, dostrzegłwszy, że oddaliła się od centrum miasta. Ulice były szare i niemal bezludne, a ludzie jacyś bardziej niepozorni; krzykliwie brzmiące szyldy zostały zamienione przez zardzewiałe blachy z brudnymi literami, spoza parkanów zwieszała się rachityczna zieleń. Otwarte drzwi szynku trzeciej kategorii pobudziły apetyt Tawi, zmęczona i głodna z ponurą miną usiadła przy stole przykrytym poplamionym obrusem i zamówiła ragout, które od razu podano, ale nie było zbyt apetyczne, bardzo gorące, przyprawiające o ból zębów. Tawi, nie zwracając uwagi na spojrzenia stałych bywalców lokalu, odważnie zabrała się do jedzenia potrawy, w której soli i pieprzu było zapewne więcej niż czegokolwiek innego. Gasząc poparzone usta szklanką wody, wyszła jednak w nieco lepszym nastroju. Ale co dalej? Skąd zdobyć pieniądze na powrót i co robić do siódmej wieczorem? O siódmej odjeżdżał pociąg. Naiwny i wielkoduszny Kruks mógł teraz bez żadnych kłopotów podać swój adres tam, gdzie jej już nie ma. „Mogłabym dać w zastaw w lombardzie medalion mateczki — rozważała w myślach — albo też zdecydować się na sprzedaż nowego kapelusza, który w kartonie kołysał się na jej łokciu — no, więc kapelusz można sprzedać, za medalion dostałabym…” Pogrążona w dokładnych obliczeniach, podążała cały czas przed siebie.
W którymś momencie coś jej się nie zgadzało w wyliczeniach, zatrzymała się więc, podniosła głowę, ze zdziwieniem słysząc dziwny dźwięk, który był tak cichy, jak szmer strumyka w nieznanej krainie. Ulica była pusta, tylko w oddali na skrzyżowaniu majaczyły dziwne postacie; z prawej strony zaś wolno posuwała się furmanka, trudno było pojąć, czy woźnica spał, czy też drzemał z opuszczoną głową, przykrytą podartym kapeluszem. Wydawało się, że furmanka wyjechała z sąsiedniej bramy, właśnie z tej, którą ze stukiem już zamykano; na dole tylko ukazały się czyjeś nogi. Zdziwiona dziewczyna zauważyła, że ów czysty, muślinowy dźwięk, któremu się przysłuchiwała, wydawała przejeżdżająca furmanka, która kołysała się w rytm każdego kroku wynędzniałego konia. Oglądając się na nią spostrzegła, że pod materiałem zwisającym i dotykającym kół, uniosło się coś podobnego do tiary, co jednak, zważywszy na dziwne kształty okrycia, nie pozwalało na jakąkolwiek pewność. Ten, jak się zdawało, lekki ładunek cicho kołysał się i dźwięczał, jak gdyby jakiś człowiek wiózł stertę tamburynów. Tawi nie wytrzymała i podeszła bliżej, zapytała:
— Proszę powiedzieć, co tu u pana tak dzwoni? Woźnica spojrzał apatycznie na dziewczynę z oddali swoich skrytych myśli przerwanych nagłym pytaniem, którego powaga była dlań tępą i mroczną zagadką.
— Ee! — powiedział na odczepnego i z wyraźnym niezadowoleniem, że musi skierować swoje wolno płynące myślenie na bardziej szybki bieg. — No, dźwięczy, a pani co do tego? Idź, pani, swoją drogą z Bogiem. — Zerkając przy tym na konia, dla którego bat był tylko przyjemnością, bo odpędzał gzy, niemrawo smagał zwierzę, ale ono pomachało tylko ogonem, wyrażając skurczem tylnej nogi domniemane ożywienie i nie szybciej niż przedtem skręciło za rogiem na szosę.
Gdy Tawi odruchowo spojrzała w tę stronę, zobaczyła za domami zielony prześwit na szosę, którą po brzegi wypełniały tłumy ludzi, śpieszących gdzieś jak do pożaru. Gazeciarze pędzili wymachując gazetami, wózki, handlarzy owoców i napojów chłodzących śmigały pośród powozów pełnych dam i elegancko ubranych mężczyzn, pod nogami prześlizgiwały się bezpańskie psy, poszczekując na tych swoich współbraci, których wyczesane cielska dostojnie kroczyły z przodu jedwabnych spódnic w odległości wyznaczonej przez smycze. Jaskrawy bukiet twarzy mignął w szybach automobilu, rzygającego gęstymi i wstrętnymi zaklęciami; harcując na koniach, pędzili jeźdźcy; kule nędzarzy, taszczone z powodu szybkości pod pachami, żwawo kołysały się pośród lasek i parasoli; matki ciągnęły z trudem zmęczone dzieci, z zaciśniętymi wargami podążały staruszki; chłopcy uganiali się z szalonym wrzaskiem po jezdni. Wtem tajemnicza furmanka gdzieś zniknęła w tumulcie, a Tawi spytała pierwszego lepszego przechodnia: