Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Kruks przedstawił to wszystko bez najmniejszego zmieszania, powoli i spokojnie jak ktoś bliski. Tawi oczekiwała, że dołączy do tego wszystkiego naturalne w tym wypadku przeprosiny, określi swoje zachowanie jako natręctwo, jednak Beniamin Kruks milczał, czekając na konieczną odpowiedź z taką pewnością, że dziewczyna szybko powiedziała: — No tak. To znaczy, nie wiem, co… Oczywiście, dziękuję panu, jestem wzruszona i… co jeszcze? Wszystko mi się poplątało. Przyjęto mnie do pracy u Torpa. Samuel Torp mieszka na ulicy Wiz pod numerem 7; będę u niego mieszkała i czytała. Proszę wybaczyć, że pana zatrzymuję, ale chciałabym z kimś serdecznie porozmawiać, jeśli już jakoś tak wyszło. Wezwano mnie na podstawie ogłoszenia. Prawdę mówiąc, nie chciałam jechać wczoraj, bo jutro, za pozwoleniem, mam urodziny. Oprócz tego zostały już przysłane pieniądze na drogę. Ja zaś, jakby to powiedzieć, świętu jestem zawsze bardzo rada, jeśli mam pieniądze, to nie będę ich żałować. A za co pojechałabym po urodzinach? Taki już mam charakter. Och! Dlaczego pan się śmieje?
— O, nie — z wolna zaoponował Kruks — uśmiechnąłem się tylko, bo coś mi się przypomniało. Pewnego razu podarowano mi stadko kolibrów w białej aluminiowej klatce pełnej zieleni. Wypuściłem je na wolność. Te ptaszki zna pani zapewne z rysunków i książek. A więc wypuściłem je, patrząc jak nad dzisiejszą ulicą z jej całym hałasem młynków do kawy i blaskiem pieca hutniczego, fruwają nocą te trzepotliwe drogocenności, tak maleńkie jak płatki kwiatów.
— Nadzwyczajne! — krzyknęła Tawi. — A czy zlatywały się potem do pana?
— Przywoływałem je za pomocą szczególnego gwizdu, urywanymi trelami; po usłyszeniu sygnału powracały natychmiast.
Dziewczyna wpadła w zachwyt.
— Tak samo jak łabędzie z wosku, w środku są puste, ale lubią, jeśli poruszamy namagnetyzowaną pałeczką, wtedy płyną jak żywe. To było dawno. Ktoś mi je podarował. Pamiętam, bardzo lubiłam poruszać pałeczką.
Nagle przygasła na twarzy, zasmucił się ten kącik jej duszy, który zawsze śledzi nas w przeszłości i teraźniejszości.
— T-a-a-k, było, minęło, tak, panie Kruks, i jakoś to będzie.
— Oczywiście — przytaknął — życzę pani sukcesów i wytrwania. Dobra jest pani pieśń.
— Tawi Tum nie śpiewa — powiedziała dziewczyna czerwieniąc się i uśmiechając.
— Tawi Tum może tylko nucić coś dla siebie.
— Ale słyszy to wielu ludzi. Niech pani idzie i nie ogląda się.
Tawi ze zdziwieniem potulnie odwróciła się i ruszyła przed siebie, chociaż bardzo pragnęła odwrócić się; wprawdzie wstyd było jej okazywać zaciekawienie, ale Kruks tak dziwnie wymówił te słowa! „Co przez to chciał powiedzieć? Nie mogę” — jęknęła Tawi — i odwróciła się.
Za plamą skweru zlały się cienie, białe ściany i blask szyb. Dostrzegła niejasny zarys powozu, koni; do powozu zbliżył się Kruks, wsiadł i skinął ręką. Nie można było dostrzec ani jego twarzy, ani woźnicy, ta scena jak gdyby działa się za przyciemnioną szybą. „Promienie słońca kłują prosto w oczy” — pomyślała Tawi; wówczas to konie ruszyły z kopyta, koła zakręciły się i rozpłynęły; rozpłynął się także powóz, Kruks, wszystko zniknęło, jak gdyby zniszczona przez własny ruch na jednym i tym samym miejscu, a za ogrodzeniem wiaterek wzniecił kurz.
— Śnię chyba w jasny dzień — powiedziała Tawi, przecierając oczy z zaskoczenia.
— Oczywiście! To oczy już się kleją. Odszedł i nic więcej. Ale, jak zwyczajnie dobrze może być człowiekowi po tak małoważnej rozmowie. Z uczuciem ciepła zatrzymanym w ręce dziewczyna usłyszała stuk zasuw — to naprzeciwko skweru otwierano kawiarnię. Pchnęła drzwi, przeskakując przez stertę śmieci, zamieconych przez senną sprzątaczkę, zajęła stolik, zaczęła pić herbatę i przeglądać gazety. Była tak zmęczona, że przesiedziała tu w słodkim zapomnieniu ponad godzinę, potem wyszła, powoli przechodziła od witryny do witryny i oglądała z wyraźnym zadowoleniem wystawione tam rzeczy, czym też nieźle bawiła się, jednak gdy tylko zauważyła zegar ze strzałkami, które gotowe były ścisnąć cyfrę jedenaście, nagle drgnęła, zawezwała dorożkę i pojechała do Torpa.
III
Nieraz zastanawiamy się nad problemem, czy można nazwać myślami migotliwą duchową wibrację, jaka wypełnia młodą istotę w ważnym okresie jej życia. Zmienność nastrojów, emocje i tajemnicza melodia losu, przy czym są wśród tej melodii zupełnie wyraźne dźwięki przypominające blask promieni na pokrytej drobną falą rzece, tak oto może być mniej lub bardziej wyraźny obraz jej wnętrza, do którego zaglądając mrużymy oślepione oko. Stąd bez kłopotu możemy przejść na ulicę, w którą pod koniec drogi skręcił dorożkarz. W błyszczącej perspektywie ogrodów, pośród żeliwnych ogrodzeń, gdzie emalia, brąz i srebro splatały się w wyszukanej arabesce, naprzeciwko alej prowadzących od bram ku czerwieniącym się drzwiom wejściowym, zapełnionym lustrzanym szkłem, błyszczały marmurowe fasady przypominające niewzruszoną skałę. Ten świat jeszcze spał, ale poranny ogień nieba czuwał już pośród wspaniałych kwiatów jak przy późnym przebudzeniu. Rozglądając się dookoła, Tawi drżała jak na egzaminie. Widząc, co ją otacza, schowała się w głąb siebie, przygaszona nieśmiałością i niezadowolona z powodu tej nieśmiałości. Nie mogła być gościem pośród tych cudownych gniazd, mogła być tylko elementem świata obcego tym wspaniałym ogrodzeniom, które ochraniały świetliste ogrody i jednocześnie odgradzały jej życie piękną linią od zamkniętego w tych ogrodach świata. Wrażenie to było mocne i dotkliwe.
Dorożka zatrzymała się — koniec drogi. Tawi, naciskając dzwonek przed bramą, oglądała przez wykute żelazne liście spoczywający w cieniu alei wzdłuż frontonu maurytański portyk i wazy z ostrzami agaw. Nie minęło wiele czasu — wydawało się, że dopiero co opuściła rękę — gdy zza rogu budynku wyskoczył człowiek w liberii lokaja i biegiem skierował się ku bramie. Zaczął mocować się z zamkiem, pytając:
— Czy z biura? Z jakiego kantoru?
Przepuszczając Tawi, spojrzał jak osłupiały na jej walizkę i pudełko.
— A po co te rzeczy?
Dziewczyna zauważyła, że coś go trapi, coś korci na końcu języka; lokaj, spojrzawszy uważniej, wyraźnie wyszczerzył zęby…
— Zresztą — powiedział, biorąc bagaż dziewczyny i zagradzając drogę — jeśli chce pani otrzymać zlecenie, to trzeba zapłacić, bo w przeciwnym wypadku krewni udadzą się w inne miejsce.
— Czy myśli pan, że szyję suknie? — z gniewem spytała Tawi, rozdrażniona głupim przywitaniem. — Przyjechałam tu na służbę jako lektorka pana Torpa.
— Lekarka? — zauważył lokaj, podparłszy się pod bok ręką, w której trzymał sakwojaż. — Tak trzeba było od razu powiedzieć. — Tak, lektorka — poprawiła dziewczyna odczuwając wobec słowa „lekarka” jakieś powszednie obrzydzenie. „Jakieś takie ostrzyżone” — przemknęło jej przez myśl, a potem głośno już dodała: — Proszę zanieść bagaż i powiedzieć, że przyjechałam, że przyjechała Tawi Tum.
— Pan Trop — powiedział lokaj tonem oficjalnego smutku — zmarł z wyroku bożego dzisiaj rankiem, o siódmej piętnaście. Zmarł nagle.
Dziewczyna odbiegła, zakryła twarz rękami, potem trwożnie wyprostowała się, chowając ręce do tyłu, jak gdyby podczas zabawy, w czasie której może ją ktoś złapać, i spojrzała na lokaja przerażonymi oczami.