Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
— Panowie! Szanowni państwo! Proszę mi pomóc! Panie Kruks, jeśli chociażby tylko jeden jedyny człowiek tu obecny, normalny i dorosły powie, że wierzy w pański rzeczywisty lot, to niech pan bierze na siebie wstyd lub też całkowicie zwala go na nas! Kto oczekuje tego? Kto chce? Kto wierzy?
Ponownie wybuchnął krótkotrwały harmider, ale też szybko zapanowało głębokie milczenie, jednak pełne wzajemnych podejrzeń. Tawi zdrętwiała: „Raz, dwa, trzy, osiem”, odliczała do dziesięciu, odczuwając przy tym bolesną nienawiść do tłumu, w końcu powiedziała „dziesięć”, chociaż od dziewięciu zrobiła męczącą jak ból pauzę. Milczące prezydium, położywszy łokcie na stole, skierowało podbródek w ich stronę, lecz patrzyło w dół. Kruks szybko spojrzał na dziewczynę. Ta drgnęła wewnętrznie, jeszcze stała niezrozumiale lekka, lecz już wystąpiła do przodu, potrząsnęła wskazującym palcem, czerwieniąc się przy tym i złoszcząc na swoje nieoczekiwane bohaterstwo. Jednak to tylko instynkt pchnął ją do tego kroku.
— Ja! Ja! Ja! — krzyknęła ze śmiechem i przestrachem.
W tym momencie wszystkie spojrzenia, jak jej się zdawało, przeszyły ją całą; tłum poruszył się i zamarł. Czuła, że oblewa ją zimny i gorący pot, ale niemal płacząc, w uniesieniu zacisnęła piąstkę i zaczęła wymachiwać wskazującym palcem, nerwowo i bezradnie powtarzając:
— Tak, tak, ja, ja wiem, że poleci!
Zaszokowany przewodniczący zamilkł; zmieszał się. Członkowie prezydium szarpali go za ręce i zajadle szeptali coś niezrozumiałego, ale ten, zupełnie już nic nie pojmując, poddał się nagłemu wybuchowi Tawi.
— Dotrzymam słowa — powiedział opędzając się i rozpychając swoich doradców — ale już więcej nie będę przewodniczącym. Niech dziecko lub wariat przewodzą klubem!
— Zaiste mnie nie jest potrzebny klub — powiedział Kruks — nie jest też potrzebny mojej obrończyni. Proszę odstąpić!
Ponieważ nikt już nie wątpił w zwycięstwo, ulokował się wewnątrz aparatu, który okazał się, niezależnie od kruchego wyglądu, bardzo stateczny, jak gdyby wrósł w ziemię, nie skrzypnął, ani nie zadźwięczał, a biała głowa łabędzia dumnie patrzyła przed siebie, zachowując tajemnicze milczenie. Kruks, usiadłszy, wziął pęk nici z paciorków przymocowanych do boków statku i pociągnął je, Wówczas początkowo cicho, a potem błyskawicznie wzrastającą siłą tysiąca drobniutkich strun, pod których wpływem drży pierś, wszystkie wstążki i girlandy zaczęły dźwięczeć, jak zagony pełne koników polnych, gdzie drga i dźwięczy każdy listek. Nie wiadomo czy ta, czy też inna siła spowodowała ruch — łódź majestatycznie uniosła się w górę na wysokość dymu z ogniska i zatrzymała się nieruchoma; miejsce, gdzie przed chwilą stała, lśniło niezakurzonym brukiem.
Co wyrwało się, a co skryło się w rozdygotanej duszy tłumu, gdy tylko rozległ się ten niesamowity dźwięk, który rozdziawił wszystkie gęby, wytrzeszczył wszystkie oczy, zmusił wszystkie gardła do krótkiego skurczu, nie można opisać żadnym piórem. Tylko odległe porównanie z papierowym ciężarem cyrkowym, który profan, wytężając wszystkie swoje mięśnie próbuje podnieść, a po chwili pada na wznak i nie jest w stanie pojąć, co się stało — może przypominać wrażenie, z jakim wszyscy rozstąpili się i rozbiegli, gdy tylko Kruks uniósł się w górę. Przez pewien czas stał nieruchomy, potem z regularnością skoku śruby i z szybkością roweru zaczął wzbijać się po potężnej spirali, dopóki łódź i on sam nie zmniejszyli się do wielkości bukietu kwiatów. Jednak i tutaj doleciały doń, niczym już nie hamowane okrzyki i ryk takiego zachwytu, takiego wściekłego i dzikiego triumfu, że kapelusze rzucone w górę nie wytrzymywały gorąca rozpalonych namiętnością głów. Tylko nieboszczyk, gdyby ze wszystkich doznań zachował tylko jedno jedyne, a mianowicie poczucie uwagi, zorientowałby się w malignie i zaślepieniu okrzyków, jakie rozległy się bez ładu i składu, przypominające bardziej łoskot ciężarowych wozów pędzących na złamanie karku aniżeli ludzkie słowa; nie było już ani sceptyków, ani filozofów, ani pretensji, ani próżnych ambicji, ani rozdrażnienia, ani ironii; podobnie jak Kochinor, rzucony w tłum nędzarzy, doprowadziłby do wybuchu najbardziej niebezpiecznych ze wszystkich zakamarków ludzkiej duszy, tak i to widowisko, ta triumfująca oczywistość runęła na widzów jak wodospad, który poprzewracał wszystko.
— Hura! Hura! Hip-hip, hura! — wydzierali się entuzjaści, rozglądając się czy krzyczą też inni i widząc, że drą gardło wszyscy, klaskali, biegli do przodu i do tyłu, popychali się i ściskali ręce, które już wcześniej potrząsali. — Nowa era! Nowa era lotów! Hip-hip hura! Zwycięstwo, pełne zwycięstwo nad przestworzami! „Umieram, słabo mi!” — krzyczały kobiety. Inne zaś o oczach pełnych łez radości statecznie je wycierały, powtarzając jak w transie: „To coś więcej niż elektryczność; może też więcej niż radio… cóż o tym możemy sądzić?” „O, Boże!” — rozległo się zewsząd, gdzie ludzie nie znajdowali już ani słów, ani myśli, lecz mogli jedynie wzdychać.
Ponad tym wszystkim, skrząc się, ledwie dosłyszalnie dzwoniąc i rozkwitając jak drogocenna ozdoba, kołysał się i przystawał aparat Kruksa. On sam siedział w nim jak na wygodnym krześle. Jego usta poruszały się, powiedział coś, lecz z powodu wysokości dopiero po kilku oddechach głos dotarł na dół, rozlegając się jak gdyby z samego powietrza:
— Cztery tysiące dzwoneczków, a mogło by być i mniej.
Łódź skręciła i ruszyła hen dalej, ale tak szybko, że nikt nie dostrzegł właściwego kierunku. Wówczas Tawi, drżąc i płacząc z przejęcia zwróciła się do wszystkich, którzy ją uspakajali i pocieszali równocześnie wypytując o Kruksa, ponieważ myśleli, że zna go bliżej:
— Dlaczego tak się dziwicie? Aparat został wynaleziony i… posiada oczywiście te… śruby i niezbędne jakieś tam silniki. Przecież wasze samoloty też latają?! Wiedziałam, że poleci. Mnie najbardziej spodobały się dzwoneczki!
VIII
Jakże często, patrząc na spokojne światło życia, z ufnością poddajemy się jego uspokajającej władzy, nie myśląc o niczym — ani o przeszłości, ani o przyszłości; istnieje tylko teraźniejszość, podobnie jak liście przed oczami siedzącego pod drzewem wędrowca, które kołyszą się i błyszczą, zakrywając wszystkie dale. Jednak stan ten nie trwa długo. Burzy go muzyka, jeszcze żywa czy już odległa, której dźwięk odrywa nasze niespokojne „ja” od przytulnych chwil; wtedy to zmartwychwstaje, powoli narasta i zmusza nas do dalszej drogi jakiś długi drżący dźwięk podobny do krzyku. To dźwięczy coraz potężniej demon pamięci, obecny w zapomnianym, ukochanym obrazie, czy też w szokującej rozum cudzej myśli, on to wyciąga swoją białą rękę z czarnej pustyni przeszłości i siada złożywszy skrzydła u twoich nóg i całuje oczy…
Życie Runy Beguem z chwilą, gdy na zawsze odszedł Drud, potoczyło się dość niespokojnie, nie od razu jednak to dostrzegła. Początkowo wszystko toczyło się niezmiennym torem, ale jej wewnętrzny spokój stawał się stopniowo coraz bardziej kruchy i to zarówno w dzień, jak i w nocy. Na pozór nie żywiła ani uczuć gniewu, ani współczucia, ani rozczarowania, ani smutku, ani zawiści; z pogardą odwróciła się od marzeń, zimno spojrzała na to, co pozostało poza zasięgiem jej woli i pragnień. Żyła tak jak przedtem, może nawet weselej, nieco swobodniej i bardziej towarzysko. Gall wyjechał wraz ze swoim pułkiem do odległej kolonii, czego niezbyt żałowała. Coraz rzadziej, coraz bezbarwnie j, jakby to była odległa choroba lub przywidzenie, o którym nie ma z kim porozmawiać, bo tego nikt właściwie nie rozumie, wspominała dni, które wzburzyły jej życie, a i Druda wspominała raczej jak jakąś zjawę w ludzkiej postaci aniżeli żywą postać, mimo że trzymała jego dłoń w swojej ręce. Taki był tylko jeden miesiąc, spokojny jak urlop, bo oto już nadciągał mrok, już pukał i wchodził.