Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
— Może — powiedział przewodniczący do Kruksa — jest pan nieco zmęczony lub chory, podniecony; może w takim wypadku będzie lepiej dla pana, gdy odłożymy pańskie wyjaśnienia chociażby na następny dzień?
Kruks uśmiechnął się spokojnie; z wyrazem pełnego opanowania wysłuchał tej ostrożnej i delikatnej sugestii.
— Zmuszony jestem prosić pana o pozwolenie powiedzenia wszystkiego, co chcę, mogę i uważam za niezbędne. Niemniej jednak żeby prawie cudowne nowości, które zostały odkryte przeze mnie, nie były gołosłowne, zmuszony jestem do zademonstrowania maszyny całemu gremium. Nie jest ona wielka i nie ma nic wspólnego z tymi niezdarnymi ważkami, na których lata się obecnie z takim hałasem i ryzykiem…
Kruks powiedział te słowa z sugestywną pewnością rozwiewającą wszelkie wątpliwości nie tylko co do własnych umiejętności, ale także zamiarów, skutkiem czego udało mu się ponownie zdobyć uwagę słuchaczy.
— A jeśli nagle — mówił ktoś obok Tawi — okaże się, że nie ma granic dla odkryć?
Kilka spontanicznych sporów już ucichło, wzrastające zaciekawienie zataczało coraz szersze kręgi.
— Należy wysłuchać go, wysłuchać! — zaczęto krzyczeć, widząc, że prezydium jest niezdecydowane. — Chcemy go wysłuchać!
— W końcu przewodniczący zdecydował się, ale swoją decyzję wyjaśnił jako pewne ustępstwo dyplomatyczne.
— Jeśli pan nalega — powiedział — to zgadzamy się. Muszę jednak zaznaczyć, że istnieją pewne pasje, których nieprzewidziana forma, może doprowadzić do tego, że będzie pan żałował tego eksperymentu; jego niezadawalające następstwa odbiją się zarówno na panu, jak i na nas wszystkich, ponieważ nad zwyczaj ubolewamy nad tym wszystkim, co nie ma związku z nauką, co, jeśli się tak wyrażę, jest dyletancko śmiałe i nie ma nic wspólnego z zadaniami Klubu Awiatorów. Zatem więc, jeśli jest pan chociażby w najmniejszym stopniu przekonany co do pozytywnych efektów pańskiego wynalazku, co do słuszności zasad jego funkcjonowania to, panie Kruks, proszę o łaskawe zajęcie miejsca. Nie ukrywam, że początek pańskiego wyjaśnienia wydał się dla wszystkich nadzwyczaj dziwny… A więc słuchamy pana.
Przewodniczący, asekurując się w ten sposób wobec Kruksa i całego audytorium, przybrał surowy i poważny wyraz twarzy, a wraz z nim pozostali członkowie prezydium spojrzeli na Kruksa w sposób przypominający egzaminatorów, których ukryte życzenie: uczniu, padnij na kolana! — pachnie kanibalizmem.
— No nareszcie, dzięki Bogu! — powiedział Kruks. — Konsternację waszą wywołały cztery tysiące dzwoneczków; pogłębię ją jeszcze, otóż mniej czy więcej niż cztery tysiące, to nie gra żadnej roli. Podobnie jak dzieci lepiące śnieżną bryłę nie martwią się o to, parzystą lub też nieparzystą liczbę śnieżynek zawierają w sobie spersonifikowane obrazy zimy, zamieci i mrozu, jakie one zrobiły, tak i ja nie obstaję bezwzględnie przy czterech tysiącach; z radością odstąpię dowolną ilość albo też dodam do tych czterech tysięcy tyle dzwonków, ile w ogóle mieści się w moim latającym aparacie; mnie chodzi o wiele dzwoneczków, cała rzecz nie w liczbie, lecz w ich funkcjonowaniu.
Gdyby uśmiechnął się przy tym, gdyby chociaż przez chwilę przez jego wyraziste oblicze przemknął ślad ukartowanej gry, na pewno rozległby się grzmot oklasków i okrzyki przedniej zabawy. Kruks patrzył jednak i mówił bardzo poważnie, co wywoływało na przekór jego dziwnym słowom przygnębiający nastrój. Jeszcze nie rozległy się protesty ani też ostre słowa potępienia tych, którzy traktują jako drwinę lub wyzwanie to wszystko, co wymyka się spod natychmiastowej kontroli szarych komórek, przyzwyczajonym do spokojnego przeżywania, zanim zgłębią sens zjawiska, a już zaczął pojawiać się na ich twarzach coraz wyraźniejszy obraz niezadowolenia. Totalna pogardliwa ironia wykrzywiała usta członków prezydium, skutkiem własnej lekkomyślności skazanych na czuwanie nad solidnym przebiegiem programu zajęć, nad odpowiednim szacunkiem do miejsca i dzieła, którym się zajmowali, przyczepiwszy do klap emblematy z kółkami i skrzydłami. Wszystko wyraźnie dostrzegła Tawi, sytuację jednak oceniła po swojemu. Miała wrażenie, że znalazła się na rozstajnych drogach swego losu, uczucie to określało jej nastrój, bezwiednie skojarzyła dzwoneczki, o których mówił Kruks, ze świeżym jeszcze obrazem napotkanej furmanki i dźwięku, który słyszała godzinę temu. Czekała, z zawieszonym na złotej nitce niepokojem młodzieńczego serca, na to, jak w końcu postąpi Kruks. Wydawało się, że zamierza załagodzić wzbierającą wobec niego niechęć — jego mowa dotyczyła teraz wielu spraw.
— Rozpatrzymy — mówił — chociażby pobieżnie anatomię i psychologię ruchu w powietrzu. Do dnia dzisiejszego latają tylko ptaki, owady i przedmioty, człowiek towarzyszy latającym przedmiotom, sam zaś latać nie może, poza przywidzeniami sennymi. Przyczepiając się do balonu, posiadającego właściwości jak gdyby samodzielnego organizmu, poruszającego się dowolnie w zależności od zmian atmosferycznych, człowiek znajduje się w sytuacji nie bardziej złożonej niż mszyca, siedząca na nasieniu dmuchawca, którego zerwał wiatr i unosi w przestrzeń. Samolot jak gdyby jeszcze dokładniej pozwala spojrzeć na te pomysły. Wyjaśnijmy jednak sens pragnienia, idei lotu, jego wyobrażony idealny stan. Nieuchronnie pojawia się tu przywidzenie senne, tylko jego pasjonująca arabeska podpowiada dobitnie, czym jest uduchowiony, czysty lot. Kieruje nim lekka i głęboka ekstaza; nieznane na jawie uczucia — na tyle dziwne, że mogą przypominać li tylko śpiew na dnie oceanu — dźwięczą harmonijnie w tych szczególnych warunkach rojenia, odrzucającego smutek fizyczny, przez wieki nagromadzoną nienawiść do nóg, schwytanych przez ogromny magnes. Przypomnijmy sobie, jak latamy w tym czasie, gdy nasze ciało owinięte kołdrą leży pokornie na łóżku; samo życzenie w naturalny sposób odrywa nas, nakierowuje i unosi na bezpieczną wysokość. Nie ma innego motoru oprócz czarującego wzruszenia i nie ma żadnego innego wysiłku niż wysiłek mówienia. Proszę zauważyć, że w krainie snu nie ma lotów praktycznych — przewożenia poczty, pasażerów lub też rywalizacji o nagrody; to tylko określony stan ciągnie nas zadziwiającym ruchem w górę; to latanie dzieje się samo w sobie, nie ma niczego z boku, z drugiej strony rozpostartej w nas przestrzeni, unosimy się bez wysiłku i wyliczeń.
Jednak jak w rzeczywistości człowiek lata? Albo, ściślej, jak porusza się nad ziemią wówczas, gdy zadarłszy głowę, posyłacie jego konwulsyjnie skurczonej postaci okrzyk: „Król przyrody”! Oto…
W tym momencie rozległ się charakterystyczny warkot silnika; głośny, monotonny śpiew popłynął z wysokości. Członkowie klubu, spojrzawszy w niebo, dostrzegli samolot przecinający swą ciężką plamą pole widzenia.
— … oto demonstrowany wynalazek, który teraz tak na czasie pojawił się nad nami. Ileż wątpliwości! Ile obaw! Czy nie spadnie? Może nie upadnie. Wyobraźcie sobie, co to oznacza! Ma szybkość nakazaną; jego silnik jest niepewny; jego twórca jest przykuty do katorżniczego fotela równowagi w imię życia i pieniędzy; na jego upadek czekają ludzie; jego lądowanie jest niebezpieczne, a skręt — trudny; jego wygląd jest brzydki; jego lot — to lot muchy w butelce, nie może ani zatrzymać się w powietrzu, ani szybować; ogłuszający ryk, atmosfera fabryki, żmudny wysiłek; setki kalek, trupów. I to jest lot? Czyż to nie nasze przeznaczenie, by porywającą nędzą dokonanych wysiłków, zazdrościć konikowi polnemu, w którego matematycznej dokładności ruchów pobłyskuje jasność biegnącego promienia; patrzeć na wyrzeźbiony kształt jaskółki, mieniący się swoim odbiciem w błyszczącej wodzie; wzdychać o orle, zastygłym wśród mgieł jak spokojny obłok? Czyż nie w tym wiecznym rozdarciu, wznieconym błyskiem snów, tkwi nasza niemożność?