Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 77
Перейти на страницу:

— Przecież wcześniej czy później wyjdzie z niego wilk — tłumaczyła Cudo. — Dziwię się, że komendant Vimes na to pozwolił.

— W straży jest wilkołak, rzeczywiście — przyznała Angua.

— Od razu wiedziałam, że funkcjonariusz Wizytuj jest jakiś dziwny.

Angua rozdziawiła usta.

— Zawsze sprawia wrażenie wygłodniałego — mówiła Cudo. — I cały czas tak się dziwnie uśmiecha. Wilkołaka zawsze rozpoznam, na pierwszy rzut oka.

— Rzeczywiście, wygląda na trochę głodnego — przyznała Angua. Nic innego nie przyszło jej do głowy.

— Cóż, będę się trzymać od niego z daleka!

— Dobrze.

— Angua…

— Tak?

— Dlaczego nosisz swoją odznakę przypiętą do obroży na szyi?

— Co? Ach, to. No… zawsze jest pod ręką. Wiesz. W każdych okolicznościach.

— Czy ja też mam tak nosić?

— Nie, raczej nie.

Pan Sock aż podskoczył.

— Dorfl, ty głupia bryło gliny! Nigdy nie skradaj się z tyłu do człowieka w krajarce bekonu! Przecież ci mówiłem! Postaraj się robić jakiś hałas, do licha!

Golem podniósł swoją tabliczkę, na której napis stwierdzał:

DZISIAJ NIE MOGĘ PRACOWAĆ.

— O co chodzi? Krajarka nigdy nie prosi o wolne!

JEST DZIEŃ ŚWIĘTY.

Sock spojrzał w czerwone oczy. Stary Fiszbin wspominał chyba coś o tym, kiedy sprzedawał Dorfla… Coś w stylu: „Czasami wychodzi na parę godzin, bo ma dzień święty. To przez te słowa w jego głowie. Gdyby nie wyszedł i nie podreptał do świątyni czy gdzie tam jeszcze, słowa przestaną działać i nie pytaj nawet dlaczego. Nie warto go wtedy zatrzymywać”.

Golem kosztował pięćset trzydzieści dolarów. Sock uznał wtedy, że to okazja — i to była okazja, nie da się zaprzeczyć. Golem przestawał pracować tylko wtedy, kiedy skończył wszystkie zajęcia. A czasem i wtedy nie, jeśli wierzyć opowieściom. Słyszało się o golemach, które zalewały cały dom, bo nikt im nie powiedział, żeby przestały nosić wodę ze studni. Albo o myjących naczynia, aż talerze były już cienkie jak papier. Głupie stwory. Ale przydatne, jeśli miało się je na oku.

A jednak… a jednak… Rozumiał, dlaczego nikt nie trzymał ich długo. Chodzi o to, że taka dwuręka machina stała nieruchomo, wchłaniała wszystko i zapamiętywała… gdzie? I nigdy się nie skarżyła. Nawet się nie odzywała.

Taka okazja może przysporzyć zmartwień. I człowiek rzeczywiście czuje ulgę, wypisując pokwitowanie dla nowego właściciela.

— Mam wrażenie, że ostatnio sporo coś macie tych dni świętych — zauważył.

NIEKTÓRE OKRESY SĄ BARDZIEJ ŚWIĘTE OD IN-NYCH.

Ale przecież nie mogą się migać od pracy? Praca to coś, co golemy robią.

— Nie wiem, jak sobie poradzimy… — zaczął.

TO DZIEŃ ŚWIĘTY.

— No dobrze. Możesz wziąć wolne od rana.

WIECZOREM. DZIEŃ ŚWIĘTY ZACZYNA SIĘ O ZACHODZIE SŁOŃCA.

— Ale wróć szybko, dobrze? — poprosił niepewnie Sock. — Bo jak nie… Wracaj szybko, słyszysz?

I jeszcze coś. Niczym nie można było takim zagrozić. Nie dało się wstrzymać wypłaty, bo nie dostawały wypłaty. Nie można ich było przestraszyć. Fiszbin opowiadał, że jakiś tkacz przy Nastroszonym Wzgórzu rozkazał swojemu golemowi roztrzaskać się młotem na kawałki — i golem się roztrzaskał.

TAK. SŁYSZĘ.

W pewnym sensie nie miało znaczenia, kim są. Właściwie to ich anonimowość była ważnym elementem całej sprawy. Sami uważali się za część tryumfalnego marszu historii, fali postępu i lepszej przyszłości. Byli ludźmi, którzy uznali, że Czas Nadszedł. Rządy potrafią przetrwać hordy barbarzyńców, ataki obłąkanych terrorystów i tajne stowarzyszenia, ale mają poważne kłopoty, kiedy dobrze sytuowani i anonimowi ludzie siadają przy stole i snują takie właśnie myśli.

— Przynajmniej ten sposób jest czysty — stwierdził jeden z nich. — Bez krwi.

— I wszystko dla dobra miasta, oczywiście.

Z powagą skinęli głowami. Nikt nie musiał dodawać, że co jest dobre dla nich, jest też dobre dla Ankh-Morpork.

— Ale on nie umrze?

— Najwyraźniej da się go utrzymać… w złym stanie. Dawkę można stopniować, jak mi mówiono.

— To dobrze. Wolę, żeby był w złym stanie niż martwy. Nie ufałbym Vetinariemu, że pozostanie w grobie.

— Słyszałem, jak kiedyś mówił, że tak naprawdę wolałby być skremowany.

— W takim razie mam nadzieję, że rozsypią popioły na rzeczywiście dużym obszarze.

— A co ze strażą?

— A co z nią?

— Aha.

Vetinari otworzył oczy. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi bolały go włosy.

Skoncentrował się i rozmazana plama przy łóżku wyostrzyła się w kształt Samuela Vimesa.

— Ach, Vimes — powiedział słabym głosem.

— Jak się pan czuje, sir?

— Naprawdę okropnie. Kim był ten niski człowiek na wybitnie krzywych nogach?

— To Jimmy Pączek. Kiedyś był dżokejem i jeździł na bardzo grubym koniu.

— Wyścigowym?

— Tak się zdaje, sir.

— Gruby koń wyścigowy? Chyba nigdy nie zwyciężył w żadnej gonitwie.

— Nie sądzę, żeby mu się to udało. Ale Jimmy zarobił dużo pieniędzy poprzez niewygrywanie gonitw.

— Aha. Dał mi mleko i jakiś lepki płyn. — Vetinari wytężył pamięć. — Wymiotowałem jak kot.

— Tak mi powiedziano, sir.

— Zabawne porównanie. Rzygać jak kot… Ciekawe, dlaczego się przyjęło. Brzmi… śmiesznie. Wesoło nawet.

— Istotnie, sir.

— Czuję się, jakbym dostał ciężkiej grypy, Vimes. Głowa nie pracuje jak należy.

— Doprawdy, sir?

Patrycjusz zastanowił się. Najwyraźniej coś jeszcze go dręczyło.

— Dlaczego on cuchnął końmi, Vimes?

— Jest końskim lekarzem, sir. I to znakomitym. Słyszałem, że w zeszłym miesiącu leczył Groźbę Fortuny i nie przewróciła się aż do ostatniego furlonga.

— To nie brzmi optymistycznie, Vimes.

— No, nie wiem. Bo zdechła, podchodząc do linii startu.

— Aha. Rozumiem. No tak, no tak. Ależ ty masz paskudnie podejrzliwy umysł, Vimes.

— Dziękuję, sir.

Patrycjusz uniósł się na łokciach.

— Czy paznokcie u nóg powinny mrowić, Vimes?

— Trudno powiedzieć, sir.

— Myślę, że teraz trochę poczytam. Życie toczy się dalej, co?

Vimes podszedł do okna. Na krawędzi balkonu przykucnęła koszmarna figura wpatrzona w gęstniejącą mgłę.

— Wszystko w porządku, funkcjonariuszu Rzygacz?

— Ta jef, fir — odpowiedziało monstrum.

— Zamknę teraz okno. Mgła wlatuje do środka.

— Fufnie, fir.

Zamykając, Vimes odciął kilka pasemek, które rozwiały się stopniowo.

— Co to było? — zapytał Vetinari.

— Funkcjonariusz Rzygacz jest gargulcem, sir. Nie nadaje się na parady i całkiem się nie sprawdza na patrolach, ale jeśli chodzi o siedzenie w jednym miejscu, nie ma sobie równych. Jest mistrzem świata w bezruchu. Gdyby szukał pan zwycięzcy na sto sążni stania nieruchomo, to właśnie on. Trzy dni spędził w deszczu na dachu, kiedy łapaliśmy Guziarza z alei Parkowej. Nic się obok niego nie prześliźnie. Kapral Świdersson patroluje korytarz, funkcjonariusz Buogsbratason ma służbę piętro niżej, a funkcjonariusze Flint i Morena siedzą w pokojach po obu stronach pańskiego. Sierżant Detrytus będzie robił częste obchody i jeśli ktoś tylko się zdrzemnie, skopie mu tyłek, sir, a pan będzie o tym wiedział, bo ten biedak wpadnie tu przez ścianę.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)