Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]
Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]

Электронная книга - «Na glinianych nogach [Feet of Clay - pl]». Краткое содержание книги:

Kryminalna zagadka w świecie Dysku.
Kto morduje nieszkodliwych staruszków? Kto próbuje otruć Patrycjusza? Kiedy jesienne mgły spowijają Ankh-Morpork, Straż Miejska musi schwytać mordercę, którego nie może zobaczyć. Może golemy coś wiedzą — ale poważni ludzie z gliny, którzy pracują całe dnie i noce, i nigdy nikomu nie wadzą, nagle zaczęli popełniać samobójstwa. Zresztą straż ma także własne problemy. Pewien wilkołak cierpi na syndrom napięcia przedpełniowego.
Kapral Nobbs zaczyna bywać wśród jaśniepaństwa, a u nowego rekruta-krasnoluda można dostrzec pewne bardzo dziwne cechy — zwłaszcza kolczyki i cienie do oczu. Komu można zaufać, kiedy motłoch krąży po ulicach, spiskowcy kryją się w mroku, a wszystkie ślady wskazują niewłaściwy kierunek?
W nocnych ciemnościach komendant straży, sir Samuel Vimes, przekonuje się, że gdzieś tam, być może, wcale nie ma prawdy. Prawda może być wśród słów w jego głowie.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 77
Перейти на страницу:

Vetinari rozważył to zdanie i znalazł je dobrym. Szczególnie spodobała mu się „tynktura”. Tynktura. Tynk-tura. Dystyngowane słowo, przyjemnie kontrastujące z pospolitością „zupy”. Zupa popołudnia. W której zapewne można znaleźć grzanki pory herbatki.

Zdawał sobie sprawę z faktu, że jest nieco oszołomiony. W normalnym stanie umysłu nigdy by nie wymyślił takiego zdania.

We mgle za oknem dostrzegał ledwie widoczną w blasku świec, zgarbioną sylwetkę funkcjonariusza Rzygacza.

Gargulec, tak? Zastanawiał się kiedyś, po co straży pięć gołębi tygodniowo, umieszczonych na liście płac. Gargulec w straży, którego zadaniem jest stać — a raczej siedzieć — na straży. To pewnie pomysł kapitana Marchewy.

Vetinari wstał ostrożnie z łóżka i zamknął okiennice. Wolno podszedł do sekretarzyka, wyjął z szuflady swój dziennik, potem wyciągnął jeszcze plik kartek rękopisu i odkorkował butelkę atramentu.

Na czym ostatnio skończył?

„Rozdział ósmy”, przeczytał z trudem. „Sprawa człowieka”.

Ach tak…

„W kwestii Prawdy”, pisał, „która mówiona winna być w zależności od Rozwoju Zdarzeń, ale słuchana przy Każdej Okazji…”.

Zastanawiał się, jak wstawić do traktatu „zupę popołudnia”, a przynajmniej „tynkturę nocy”.

Pióro skrzypiało po papierze.

Na podłodze stała zapomniana taca zawierająca miskę pożywnego kleiku, w sprawie którego postanowił — gdy tylko poczuje się lepiej — zamienić z kucharzem kilka ostrych słów. Kleik kosztowały trzy osoby, w tym Detrytus, który raczej nie dałby się otruć czymś, co działa na ludzi, ani nawet przez większość substancji działających na trolle… choć prawdopodobnie przez większą ilość substancji działających na trolle.

Drzwi były zamknięte na klucz. Od czasu do czasu słyszał uspokajające skrzypienie podłogi pod Detrytusem robiącym obchód. Za oknem mgła skraplała się na funkcjonariuszu Rzygaczu.

Vetinari zanurzył pióro w kałamarzu i zaczął kolejną stronę. Od czasu do czasu sprawdzał coś w oprawnym w skórę dzienniku; delikatnie ślinił palce, by łatwiej przewracać kartki.

Pasemka mgły wsuwały się za okiennice i gładziły ścianę, póki nie nastraszyło ich światło świec.

Vimes pędził wśród mgły za uciekającą postacią. Nie była tak szybka jak on, mimo bólu mięśni nóg i jednego czy drugiego ostrzegawczego ukłucia w lewym kolanie. Ale ile razy się zbliżył, jakiś opatulony przechodzień zastawiał mu drogę albo wózek wyjeżdżał z bocznej uliczki[12].

Podeszwy mówiły mu, że przebiegli Broad-Wayem i skręcili w lewo, w ulicę Żadnątaką (małe, kwadratowe brukowce). Mgła była tu jeszcze gęściejsza, pochwycona między drzewami w parku.

Vimes jednak tryumfował. Minąłeś zakręt, jeśli zmierzasz na Mroki, mój chłopcze! Teraz został tylko most na Ankh, a ten będzie strzeżony…

Ale stopy mówiły mu co innego. Mówiły: „Wilgotne liście — zawsze na Żadnejtakiej jesienią. Małe kwadratowe brukowce, a od czasu do czasu zdradziecki stos wilgotnych liści”.

Powiedziały to za późno.

Vimes wylądował brodą w rynsztoku, podniósł się chwiejnie, upadł znowu, gdy zakręciła się wokół reszta wszechświata, wstał, przebiegł kilka kroków w niewłaściwym kierunku, upadł i postanowił na pewien czas uznać głos większości.

Dorfl stał spokojnie w biurze dyżurnego na komendzie. Potężne ramiona skrzyżował na piersi. Przed golemem leżała kusza należąca do sierżanta Detrytusa, a przerobiona z dawnej machiny oblężniczej. Wystrzeliwała sześciostopową żelazną strzałę. Za nią siedział Nobby i trzymał palec na spuście.

— Zostaw ją, Nobby! Nie można tu strzelać! — zawołał Marchewa. — Przecież wiesz, że nigdy nie wiadomo, gdzie zatrzyma się strzała.

— Wyciągnęliśmy z niego zeznanie. — Sierżant Colon aż podskakiwał z podniecenia. — Cały czas wszystko potwierdzał, ale w końcu się przyznał. Mamy też inne przestępstwa, które warto rozważyć.

Dorfl uniósł tabliczkę.

JESTEM WINNY.

Coś wypadło mu z ręki.

Było krótkie i białe. Odłamek zapałki, sądząc na pierwszy rzut oka. Marchewa podniósł go i przyjrzał się. A potem zerknął na listę, jaką spisał Colon — była dość długa i znalazły się na niej wszystkie niewykryte przestępstwa z ostatnich kilku miesięcy.

— Przyznał się do tego wszystkiego?

— Jeszcze nie — odparł Nobby.

— Jeszcze mu wszystkich nie przeczytaliśmy — dodał Colon.

Dorfl napisał:

ZROBIŁEM WSZYSTKO.

— Pan Vimes będzie zadowolony — ucieszył się sierżant.

Marchewa podszedł do golema, w którego oczach jarzył się słaby pomarańczowy blask.

— Czy zabiłeś ojca Tubelceka? — zapytał.

TAK.

— No właśnie — ucieszył się Colon. — Trudno się z tym spierać.

— Dlaczego to zrobiłeś?

Żadnej odpowiedzi.

— I pana Hopkinsona w Muzeum Chleba?

TAK.

— Zatłukłeś go na śmierć żelaznym prętem?

TAK.

— Zaraz — wtrącił Colon. — Przecież mówił pan, sir…

— Daj spokój, Fred — przerwał mu Marchewa. — Dlaczego zabiłeś tego staruszka, Dorfl?

Żadnej odpowiedzi.

— A czy musiał mieć jakiś powód? Nie można ufać golemom, mój tato zawsze to powtarzał — tłumaczył Colon. — Spiskują przeciw człowiekowi, jak tylko go zobaczą.

— Czy kogokolwiek zabiły?

— Ale nie dlatego, że o tym nie myślą. Mój tato mówił, że pracował kiedyś z jednym i on cały czas na niego patrzył. Tato oglądał się, a on tam był… i patrzył.

Dorfl stał nieruchomo i patrzył prosto przed siebie.

— Zaświecić mu świecą w oczy! — poradził Nobby.

Marchewa przysunął krzesło i usiadł na nim okrakiem, przodem do Dorfla. Z roztargnieniem obracał w palcach odłamek zapałki.

— Wiem, że nie zabiłeś pana Hopkinsona, i nie sądzę, żebyś zabił ojca Tubelceka — rzekł. — Myślę, że już umierał, kiedy go znalazłeś. Myślę, że próbowałeś go ratować, Dorfl. Właściwie to jestem pewien, że będę mógł to udowodnić, kiedy zobaczę twój chem…

Blask z rozjarzonych nagle oczu golema zalał cały pokój. Dorfl zrobił krok naprzód, wznosząc pięść.

Nobby wystrzelił z kuszy.

Dorfl chwycił bełt w powietrzu. Głośno zazgrzytał metal i bełt zmienił się w cienki, rozżarzony do czerwoności żelazny pręt ze zgrubieniem przy palcach golema.

Ale Marchewa zdążył obiec go i otworzyć głowę. Kiedy golem odwracał się, wznosząc pręt jak maczugę, światło zgasło w jego oczach.

— Mam! — oznajmił Marchewa, wyjmując pożółkły zwój.

Na końcu Żadnejtakiej stała szubienica, gdzie złoczyńców — a przynajmniej ludzi uznanych za winnych czynienia zła — wieszano, by kołysali się łagodnie na wietrze jako przykłady sprawiedliwej kary, a także — w miarę działania żywiołów — jako eksponaty podstaw anatomii.

Kiedyś rodzice przyprowadzali tu dzieci, by na strasznym przykładzie uczyły się i zapamiętywały, jakie sidła i niebezpieczeństwa czyhają na przestępców, wyrzutków i tych, którzy przypadkiem znajdą się w nieodpowiedniej chwili w nieodpowiednim miejscu. Dzieci patrzyły na przerażającego trupa na łańcuchu, słuchały surowych kazań, po czym — jako że działo się to w Ankh-Morpork — wołały „O rany! Świetne!” i wykorzystywały ciało jako huśtawkę.

вернуться

12

To zdarza się zawsze, przy każdym policyjnym pościgu, niezależnie od miejsca. Wyładowana ciężarówka zawsze wyjeżdża z bocznej uliczki tuż przed ścigającymi.

Jeśli w akcji nie uczestniczą pojazdy, może to być człowiek z długim wieszakiem pełnym ubrań. Albo dwaj ludzie niosący wielką taflę szkła.

Prawdopodobnie stoi za tym jakieś tajne stowarzyszenie.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 77
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)