Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Gavin Verheek spał cztery godziny i obudził się pijany. Kiedy zjawił się z godzinnym opóźnieniem w Budynku Hoovera, wytrzeźwiał już, ale zaczynała go boleć głowa. Przeklinał siebie i Callahana, który spał pewnie do południa i trzeźwy jak niemowlę wsiądzie do samolotu odlatującego do Nowego Orleanu. Wyszli, a raczej wyproszono ich z restauracji o północy. Obsługa zamykała knajpę. Wstąpili do kilku barów i zastanawiali się w żartach, czy nie obejrzeć jakiegoś świńskiego filmu; ponieważ jednak spalono ich ulubione kino porno, musieli dać sobie spokój. Pili do trzeciej, może do czwartej…
O jedenastej Gavin miał spotkanie z dyrektorem. Do tego czasu musi koniecznie wytrzeźwieć i być w pełni gotowy do pracy. Rzecz niewykonalna! Powiedział sekretarce, żeby zamknęła drzwi, i wyjaśnił jej, że złapał jakiegoś potwornego wirusa, może grypy, dlatego życzy sobie, żeby mu nie przeszkadzano, chyba że wydarzy się coś naprawdę pilnego. Spojrzała mu w oczy i pociągnęła nosem. Piwo ma to do siebie, że zostawia trwały zapach.
Wyszła, zamknąwszy starannie drzwi. Verheek przekręcił zamek. Z zemsty zadzwonił do Callahana, ale nikt nie podniósł słuchawki.
Co za życie! Najlepszy przyjaciel zarabia niemal tyle samo co on, pracując przy tym najwyżej trzydzieści godzin tygodniowo! A oprócz tego może przebierać w napalonych studentkach, młodszych od niego o dwadzieścia lat. Gavin przypomniał sobie o wyjeździe na St. Thomas. Cudowny pomysł! Tydzień w tropikach. Darby przechadzająca się po plaży. Pojedzie, nawet gdyby miał to przypłacić rozwodem!
Fala mdłości napłynęła mu do gardła. Szybko położył się na podłodze, na tandetnym służbowym dywanie. Oddychał głęboko, a czaszka pulsowała bólem. Gipsowy sufit nie kręcił się, co Verheekowi dodało otuchy. Po trzech minutach doszedł do wniosku, że nie zwymiotuje, przynajmniej nie teraz.
Teczka stała w zasięgu ręki i ostrożnie przysunął ją do siebie. Koperta była w środku, razem z poranną gazetą. Otworzył kopertę i rozłożył kartki, trzymając je oburącz sześć cali od twarzy.
Dokument miał trzynaście stronic formatu listowego. Był wydrukowany na komputerze, z podwójną spacją i szerokimi marginesami. “Da się przeczytać” – pomyślał. Na marginesach dostrzegł odręczne notatki, duże fragmenty tekstu były przekreślone. U góry widniał sporządzony flamastrem napis PIERWSZA WERSJA. Na pierwszej stronie znajdowało się także nazwisko, adres i numer telefonu autorki.
Przejrzy raport, leżąc na podłodze, a potem może zdoła zająć miejsce za biurkiem i poudawać ważnego, rządowego prawnika. Pomyślał o Voylesie, na co czaszka odpowiedziała łomotem.
Pisała nieźle, standardowym językiem prawniczym i długimi zdaniami pełnymi wielkich słów. Mimo to tekst był przejrzysty. Unikała niejasności i prawniczego żargonu, z którego z upodobaniem korzysta większość studentów. Na pewno nie sprawdzi się na posadzie rządu Stanów Zjednoczonych.
Gavin nigdy nie słyszał o jej podejrzanym i miał stuprocentową pewność, że nie było go na żadnej liście. Technicznie rzecz biorąc, tekst Darby nie był raportem. Przypominał raczej streszczenie akt procesu sądowego, ciągnącego się od jakiegoś czasu w Luizjanie. Dziewczyna rzeczowo omawiała fakty, podając je w ciekawy sposób. Fascynujący nawet. Verheek już nie przerzucał stron. Czytał uważnie.
Fakty zajmowały cztery kartki, na następnych trzech znalazł krótki opis obu procesujących się stron. Tekst był teraz nudniejszy, ale prawnik czytał dalej. Wciągnęło go. Na stronie ósmej raportu – czy jak to nazwać? – znajdowało się streszczenie procedury sądowej. Na dziewiątej były omówione apelacje. Ostatnie trzy Darby poświęciła na wnioski i opis nieprawdopodobnej hipotezy, uzależniającej wynik sprawy od usunięcia Rosenberga i Jensena ze składu Sądu Najwyższego. Callahan wspominał, że panna Shaw odstąpiła od wymyślonej przez siebie teorii, co zresztą było widać w końcowej części raportu, napisanej już bez poprzedniej werwy.
Całość sprawiała jednak wielce pozytywne wrażenie. Verheek zapomniał na jakiś czas o bólu. Leżąc na brudnym dywanie i mając milion innych rzeczy do roboty, kończył lekturę trzynastostronicowego opracowania sporządzonego przez studentkę prawa.
Ktoś zapukał delikatnie do drzwi. Verheek powoli podniósł się do pozycji siedzącej, potem ostrożnie wstał i podszedł do drzwi.
– Słucham?
– Nie chciałabym niepokoić – odezwała się sekretarka – ale dyrektor Voyles życzy sobie zobaczyć pana za dziesięć minut.
Verheek otworzył drzwi.
– Co?!
– Tak jak mówiłam, proszę pana. Za dziesięć minut.
Przetarł oczy i wciągnął głęboko powietrze.
– Po co?
– Wie pan, że zadawanie takich pytań grozi przykrymi konsekwencjami służbowymi.
– Ma pani płyn do płukania ust?
– Hmm… chyba tak. Będzie panu potrzebny?
– Czy pytałbym, gdyby było inaczej? Proszę mi go przynieść. Aha, ma pani gumę?
– Gumę?
– Gumę do żucia.
– Tak, proszę pana. Czy też ją przynieść?
– Proszę przynieść mi płyn, gumę i aspirynę, jeśli pani ma.
Usiadł za biurkiem i złożywszy głowę w dłoniach, potarł skronie. Słyszał walenie szufladami. Po chwili sekretarka stanęła przed nim z zestawem pierwszej pomocy.
– Dzięki. Przepraszam, jeśli byłem niegrzeczny. – Wskazał dłonią raport. – Proszę przesłać to panu Eastowi na czwarte piętro i poprosić go w moim imieniu o przeczytanie w wolnej chwili.
Fletcher Coal otworzył drzwi Gabinetu Owalnego i grobowym głosem zaprosił K.O. Lewisa i Erica Easta do środka. Prezydent poleciał do Puerto Rico, gdzie miał osobiście oszacować rozmiar szkód spowodowanych przez huragan. Podczas jego nieobecności dyrektor Voyles nie zamierzał meldować się u Coala. Wysłał w zastępstwie podwładnych.
Coal wskazał gościom miejsca na sofie, a sam usiadł po drugiej stronie stoliczka do kawy. Miał zapiętą marynarkę i idealnie dopasowany krawat. Nigdy nie pozwalał sobie na luz. East słyszał legendy o jego przyzwyczajeniach. Coal pracował ponoć dwadzieścia godzin na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Pił tylko wodę, a większość posiłków brał z automatu w podziemiach. Czytał z szybkością komputera i codziennie poświęcał wiele godzin na przeglądanie memorandów, raportów, korespondencji i setek propozycji ustawodawczych. Miał doskonałą pamięć. Już od tygodnia był zasypywany codziennymi raportami z postępów śledztwa. Coal błyskawicznie pochłaniał cały materiał i podczas następnego spotkania pamiętał każdy szczegół. Wystarczyło, że ktoś się przejęzyczył, a Coal piorunował go wzrokiem. Szefa gabinetu nienawidzono, a jednocześnie szanowano go. Był sprytniejszy od większości swoich współpracowników i więcej od nich pracował. I co najważniejsze: doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Czuł się pewnie w pustym Gabinecie Owalnym. Szef był daleko, zajęty mizdrzeniem się do kamer, a w Białym Domu pozostała prawdziwa władza, która kierowała krajem.
K.O. Lewis położył na stoliczku grubą na cztery cale teczkę z ostatnimi meldunkami.
– Coś nowego? – spytał Coal.
– Być może. Napłynął meldunek z Francji. Tamtejsze władze podczas rutynowego przeglądania taśm ze zdjęciami wykonanymi ukrytą kamerą na paryskim lotnisku rozpoznały, zdaje się, pewną twarz. Zdjęcia porównano z materiałem nagranym przez dwie inne kamery, umieszczone na tym samym terminalu pod różnymi kątami, i przekazano meldunek do Interpolu. Mimo charakteryzacji Interpol rozpoznał na zdjęciach Khamela, znanego terrorystę. Jestem pewny, że sły…
– Słyszałem.
– Francuzi dokładnie zbadali zdjęcia i są niemal pewni, że Khamel wysiadł z samolotu, który w zeszłą środę odbywał bezpośredni rejs z lotniska Dullesa. Samolot wylądował w Paryżu jakieś dziesięć godzin po znalezieniu ciała Jensena.