Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Mów dalej.
– Dobra. No więc zapewniam cię na sto procent, że przeciek nie wyszedł od nas. Wykluczone. Nazwiska wyśpiewał ktoś z Białego Domu. Pełno tam ludzi, którzy nienawidzą Coala.
– A jeśli to sam Coal podał te nazwiska prasie?
– Niewykluczone. To śliski sukinsyn. Według pewnej teorii roboczej, rozpracowywanej przez Biuro, Coal podał prasie na talerzu Pryce’a i MacLawrence’a, ponoć prawdziwych fanatyków, żeby napędzić stracha ludności tego kraju, po czym ogłosić nominacje dwóch pozornie umiarkowanych kandydatów. Szef gabinetu zdolny jest do makiawelicznych zagrywek.
– Nigdy nie słyszałem o tych facetach.
– Witaj w klubie. Obaj są bardzo młodzi, ledwo po czterdziestce, i brak im jakiegokolwiek doświadczenia w jurysdykcji. Jeszcze ich nie sprawdzaliśmy, ale, jak już wspomniałem, mówi się, że są radykalnymi konserwatystami.
– A reszta?
– Szybki jesteś. Wypiłem dopiero dwa piwa, a ty już strzelasz pytaniem, na które nie wolno mi odpowiedzieć.
– Czy macie jeszcze te smaczne grzybki nadziewane krabami? – Verheek zwrócił się do kelnera, który przyniósł drinki. – Muszę coś przegryźć. Umieram z głodu.
– Jeszcze raz to samo. – Callahan podał kelnerowi pustą szklankę.
– Błagam, Thomas, nie pytaj mnie o nic więcej. Niewykluczone, że za trzy godziny wyniesiesz mnie stąd na plecach, ale nawet wtedy nie pisnę ani słowa. Sam zresztą wiesz. Powiem ci tylko tyle, że stan umysłów Pryce’a i MacLawrence’a odzwierciedla poglądy wszystkich pozostałych kandydatów z listy.
– I nikt o nich wcześniej nie słyszał?
– W zasadzie tak.
Callahan sączył szkocką i kręcił z niedowierzaniem głową. Verheek zdjął marynarkę i rozluźnił krawat.
– Porozmawiajmy o kobietach.
– Nie.
– Przypomnij mi, ile ona ma lat.
– Dwadzieścia cztery, ale jest nad wiek dojrzała.
– Mógłbyś być jej ojcem.
– Może mógłbym, kto wie…
– Skąd pochodzi?
– Z Denver. Mówiłem ci już!
– Uwielbiam dziewczyny z Zachodu. Są bardzo niezależne, bezpretensjonalne, najchętniej noszą dżinsy i mają długie nogi. Może kiedyś znajdę sobie taką żonę. Jest bogata?
– Nie. Jej ojciec zginął w katastrofie lotniczej przed czterema laty. Razem z matką dostały spore odszkodowanie.
– Więc ma forsę!
– Na życie jej wystarcza.
– Masz jej zdjęcie?
– Nie. Nie jest moją wnuczką ani pudlem.
– Dlaczego nie wziąłeś jej zdjęcia?
– Powiem jej, żeby ci przysłała. Co cię tak bawi?
– Ty, najdroższy. Wielki Thomas Callahan, król kobiet jednorazowego użytku, śmiertelnie zakochany!
– Bredzisz.
– Pobiłeś rekord. Jak długo to już trwa? Dziewięć… dziesięć miesięcy? Niemożliwe! Wytrzymałeś prawie rok z jedną kobietą! Zasmucasz mnie, Thomas.
– Dokładnie osiem miesięcy i trzy tygodnie, ale nie mów o tym nikomu, dobrze, Gavin? Nie jest to dla mnie łatwe. Narażam na szwank swoją reputację.
– Przysięgam, że dochowam tajemnicy. Podaj mi tylko parę szczegółów. Ile ma wzrostu?
– Pięć stóp osiem cali, waży sto dwanaście funtów, ma długie nogi, nosi obcisłe levisy, jest niezależna i bezpretensjonalna, słowem – typowa dziewczyna z Zachodu.
– Znajdę sobie taką, zobaczysz! Ożenisz się z nią?
– Oczywiście, że nie! Dopij drinka.
– Czy… hmmm… jesteś jej wierny?
– A czy ty jesteś wierny żonie?
– Jasne, że nie, do cholery! Nigdy nie byłem wierny. Ale nie mówimy o mnie, Thomas. Rozmawiamy o naszym Valentino, uwodzicielskim Callahanie, mężczyźnie, który co miesiąc paraduje z najnowszą wersją najwspanialszej kobiety świata! Powiedz mi, Thomas… i nie okłamuj najlepszego przyjaciela… spójrz mi w oczy i powiedz, czy postanowiłeś trwać w monogamii?
Verheek prawie leżał na stole i chichotał głupkowato.
– Ciszej! – Callahan rozejrzał się po sali.
– Odpowiedz!
– Podaj mi pozostałe nazwiska z listy. Wtedy ci odpowiem.
Verheek wyprostował się.
– Ładna zagrywka. W zasadzie sam mogę sobie odpowiedzieć na to pytanie. Według mnie zakochałeś się, ale jesteś tchórzem i nie chcesz się do tego przyznać. Wpadłeś po same uszy, facet!
– Dobra, wpadłem. Lepiej ci teraz?
– Znacznie lepiej. Kiedy ją poznam?
– A kiedy ja poznam twoją żonę?
– Mylisz pojęcia, Thomas. Między nami jest subtelna, acz zasadnicza różnica. Ty wcale nie chcesz poznać mojej żony, ja natomiast marzę o spotkaniu z Darby. Kapujesz? Zapewniam cię, że nasze kobiety bardzo różnią się od siebie.
Callahan uśmiechnął się i pociągnął łyk szkockiej. Verheek usiadł wygodniej i skrzyżował nogi. Podniósł zieloną butelkę do ust.
– Jesteś spięty, chłopie – rzucił Callahan.
– Wybacz. Chcę się dzisiaj upić.
Kelner przyniósł grzyby na rozgrzanych patelniach. Verheek wepchnął do ust dwie faszerowane pieczarki i żuł wściekle. Callahan spoglądał na niego spod oka. Sam nie czuł głodu – whisky skutecznie tłumi łaknienie – i postanowił odczekać kilka minut. Zresztą zawsze wolał pić niż jeść.
Przy stole obok usiadło czterech Arabów, głośno rozmawiających w swoim języku. Wszyscy jak jeden mąż zamówili jacka danielsa.
– Gavin, kto ich zabił?
Verheek przeżuwał grzyby, a potem przełknął z trudem.
– Nawet gdybym wiedział, nie mógłbym ci powiedzieć. Ale przysięgam, że nie wiem. Zdumiewająca i wielce zagadkowa sprawa. Mordercy zniknęli bez śladu. Wszystko było bardzo starannie zaplanowane i doskonale wykonane. Żadnych poszlak.
– Dlaczego akurat ci dwaj?
Kolejna pieczarka powędrowała do ust Verheeka.
– To proste. Tak proste, że łatwo to przeoczyć. Obaj stanowili idealny cel. Rosenberg nie miał nawet systemu alarmowego w swojej posiadłości. Każdy przyzwoity włamywacz mógł sobie wejść i wyjść bez żadnego problemu. A nieszczęsny Jensen włóczył się nocami po podejrzanej okolicy. Sami wystawili się na strzał. W chwili gdy ich mordowano, pozostała siódemka sędziów była u siebie w domach obstawiona agentami FBI. Dlatego wybrano Rosenberga i Jensena.
– Kto ich wybrał?
– Ktoś bardzo nadziany. Mordercy byli zawodowcami i zapewne natychmiast po robocie wywieziono ich z kraju. Według nas było ich czterech, może więcej. Krwawą jatkę u Rosenberga mógł urządzić jeden facet. Natomiast przy Jensenie pracowało co najmniej dwóch. Jeden na straży plus facet z linką, który go zamordował. Trzeba pamiętać, że choć do takich przybytków nie walą tłumy, kino było otwarte dla widzów i przez to niebezpieczne. Spisali się jednak na medal, na złoty medal…
– Czytałem gdzieś o jednym zabójcy.
– Zapomnij o tym. Jeden człowiek nie mógł zabić obu sędziów. Wykluczone!
– Ile biorą tacy sprawni zawodowcy?
– Miliony. Samo zaplanowanie wszystkiego pochłonęło mnóstwo forsy.
– I nie wiecie, kto to zrobił?
– Posłuchaj, Thomas, nie zajmuję się bezpośrednio śledztwem, musiałbyś pogadać z detektywami. Jestem pewny, że wiedzą więcej ode mnie. Znacznie więcej. Ja jestem tylko poślednim rządowym prawnikiem.
– I tylko przypadkiem jesteś po imieniu z pierwszym prezesem Sądu Najwyższego?
– Dzwoni do mnie czasami. Nudzi mnie ta rozmowa. Wróćmy do kobiet. Nie znoszę babrania się w sprawach zawodowych po godzinach urzędowania.
– Rozmawiałeś z nim ostatnio?
– Ależ jesteś upierdliwy, Thomas. Tak, dziś rano zamieniłem z nim dwa słowa. Wydelegował wszystkich dwudziestu siedmiu asystentów, sekretarzy i aplikantów do grzebania w rejestrach federalnych w celu znalezienia poszlak. Bezsensowna robota, o czym nie omieszkałem go poinformować. W każdej sprawie trafiającej na wokandę Sądu Najwyższego występują co najmniej dwie strony i każda z pewnością skorzystałaby na zniknięciu tego czy innego sędziego. W sądach federalnych rozpatruje się tysiące apelacji, które prędzej czy później trafiają tutaj, i zawsze można wybrać jedną z nich i powiedzieć: “Znalazłem! To dlatego ich zabito!” Absurd…