Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Mimo to czuło się w nim wspólnotę — orzekł w duchu Szevek.
O różnicach musiał sobie stale przypominać.
Wożono go na wieś w wynajętych autach — wspaniałych maszynach o wyszukanej elegancji. Spotykało się ich na drogach niewiele; wynajęcie było drogie, mało zaś kogo było stać na posiadanie prywatnego auta, obłożone bowiem były wysokim podatkiem.
Wszelkie tego rodzaju dobra luksusowe, które — gdyby je bez ograniczeń udostępnić ogółowi — wyrządziłyby nieodwracalne szkody zasobom naturalnym i powodowały skażenie środowiska odpadami produkcyjnymi, podlegały ścisłej kontroli przepisów i podatków. Przewodnicy Szeveka rozwodzili się nad tym faktem z niejaką dumą. A-Io od wieków wiedzie prym na świecie — chełpili się — w kontroli ekologicznej i gospodarce zasobami naturalnymi. Wybryki Dziewiątego Millennium należą do bezpowrotnie minionej przeszłości, a jedynym po nich spadkiem jest niedostatek niektórych metali, które można na szczęście sprowadzać z Księżyca.
Z okien samochodu czy pociągu oglądał wsie, farmy i miasta, twierdze z feudalnych czasów i ruiny wież Ae — starożytnej stolicy imperium sprzed czterech tysięcy czterystu lat. Oglądał pola uprawne i jeziora, wzgórza prowincji Avan — serca A-Io — i białe gigantyczne szczyty łańcucha Meitei na północnym horyzoncie.
Piękno tej ziemi, dobrobyt jej mieszkańców napełniały go nieustającym podziwem. Jego opiekunowie mieli słuszność: Urrasyjczycy potrafili korzystać ze swego świata. Jako dziecko uczono go, że Urras to gnijąca mierzwa nierówności, krzywd i brudu. Tymczasem wszyscy ludzie, których tu spotykał, wszyscy, których widział — w najmniejszej nawet wioszczynie — byli dobrze ubrani, dobrze odżywieni i — wbrew jego przewidywaniom — pracowici. Nie wystawali ponurzy, czekając na rozkazy, zanim się do czegoś wzięli.
Podobnie jak Anarresyjczycy, uwijali się przy robocie. Zadziwiło go to. Przyjmował, że jeśli odjąć człowiekowi przyrodzoną podnietę do pracy — inicjatywę, spontaniczną energię twórczą — i zastąpić zewnętrzną motywacją i przymusem, zmieni się go w pracownika leniwego i niedbałego. Ale czyż to robotnicy niedbali prowadzili te piękne gospodarstwa, produkowali te wspaniałe samochody i wygodne pociągi? Ponęta i przymus zysku okazywały się najwyraźniej znacznie skuteczniej zastępować naturalną przedsiębiorczość, niż nauczony był sądzić.
Chętnie by porozmawiał z tymi krzepkimi ludźmi o dumnym wyglądzie, których widywał w małych miasteczkach; zapytałby ich na przykład, czy uważają się za biednych — jeśli tak wyglądają biedacy, przyszłoby mu zrewidować swoje pojęcia o świecie. Jego opiekunowie tyle mu jednak mieli do pokazania, że nigdy jakoś nie starczyło na to czasu.
Pozostałe wielkie miasta A-Io były zbyt daleko jak na jednodniową wycieczkę, zabierano go jednak często do odległej od Uniwersytetu o pięćdziesiąt kilometrów Nio Esseii. Wyprawiono tam na jego cześć całą serię uroczystości. Nie bawiły go one zbytnio, nie miały nic wspólnego z jego wyobrażeniami o przyjęciach.
Wszyscy byli szalenie uprzejmi i dużo rozmawiali — o niczym jednakże ciekawym; uśmiechali się zaś tak dużo, że aż sprawiali wrażenie niespokojnych. Ale ubrani byli wspaniale; wyglądało na to, że całą swobodę, której brakowało ich sposobowi bycia, włożyli w stroje, jedzenie, rozmaite trunki, którymi się raczyli, w zbytkowne umeblowanie i ozdoby sal w pałacach, w których te przyjęcia wydawano.
Pokazano mu Nio Esseię: miasto o pięciu milionach mieszkańców — jedna czwarta ludności całej jego planety. Zawieziono go na plac Kapitoliński i pokazano wysokie brązowe drzwi Dyrektoriatu — siedziby rządu A-Io; pozwolono mu śledzić debatę w Senacie i obrady dyrektorów. Zaprowadzono go do zoo, do Muzeum Narodowego, do Muzeum Przemysłu i Nauki. Zabrano go do jakiejś szkoły, gdzie urocze dzieci w niebiesko-białych mundurkach odśpiewały na jego cześć narodowy hymn A-Io. Oprowadzono go po fabryce części elektronicznych, po całkowicie zautomatyzowanej stalowni i zakładach syntezy jądrowej, aby mógł się przekonać, jak sprawnie gospodarka prywatna radzi sobie z produkcją dóbr i energii. Oprowadzono go po wybudowanym przez rząd nowym osiedlu mieszkaniowym, żeby zobaczył, jak państwo troszczy się o naród. Zabrano go na przejażdżkę łodzią w dół ujścia Suy (zatłoczonego statkami z całej planety) do morza. Zaprowadzono go do Sądu Najwyższego, gdzie spędził cały dzień, przysłuchując się rozprawom w sprawach cywilnych i kryminalnych — doświadczenie, które przyprawiło go o zmieszanie i zgrozę, nalegano jednak, by zobaczył, co było do zobaczenia, i został zawieziony wszędzie, dokąd tylko zapragnął się udać. Gdy wyraził nieśmiałe życzenie obejrzenia miejsca pochówku Odo, zawieziono go na stary cmentarz, położony w dzielnicy na drugim brzegu Suy; pozwolono nawet, żeby reporterzy z brukowych gazet robili zdjęcia, kiedy stanął w cieniu wielkich, sędziwych wierzb, wpatrzony w prosty, zadbany nagrobek:
Zawieziono go do Rodarred, siedziby Rady Rządów Świata, aby wygłosił przemówienie na sesji plenarnej. Miał nadzieję spotkać tam — lub choc5by zobaczyć z daleka — cudzoziemców, ambasadorów z Terry i Hain, lecz nie pozwolił na to napięty rozkład zajęć.
Solidnie się napracował nad swym wystąpieniem — apelem o swobodną komunikację i obustronne uznanie między Nowym i Starym Światem. Przyjęto je dziesięciominutową owacją na stojąco.
Szanowane tygodniki pisały o tym wystąpieniu z aprobatą, nazywając je „bezinteresownym moralnym gestem ludzkiego braterstwa ze strony wielkiego naukowca”; nie zamieściły jednak żadnych cytatów, podobnie zresztą jak gazety brukowe. Szevek miał dziwne uczucie, że choć zgotowano mu owację, nikt go w gruncie rzeczy nie słuchał.
Przysługiwało mu wiele przywilejów, wiele drzwi stało przed nim otworem: do Laboratoriów Badań nad Światłem, Archiwów Państwowych, Laboratoriów Technologii Nuklearnych, Biblioteki Narodowej w Nio, akceleratora w Meafed, Fundacji Badań Kosmicznych w Drio. Choć wszystko, co na Urras widział, zachęcało go, by zobaczyć więcej, po paru tygodniach był znużony tym życiem turysty: wszystko tu było takie fascynujące, porywające i cudowne, że zaczęło go na koniec przytłaczać. Zapragnął zaszyć się w Uniwersytecie, pracować i przemyśleć sobie to, co zobaczył.
Ostatniego dnia tego objazdu zażyczył sobie, by oprowadzono go po Fundacji Badań Kosmicznych. Pae sprawiał wrażenie wielce zadowolonego, kiedy wystąpił z tą prośbą.
Wiele miejsc, które zwiedził, przejmowało go trwożnym podziwem, takie były bowiem stare — liczyły wieki, nawet tysiąclecia.
Fundacja zaś przeciwnie — była nowa: wzniesiono ją w ostatnim dziesięcioleciu w wystawnym, eleganckim stylu owych czasów.
Architektura sprawiała wstrząsające wrażenie. Zdobiąc budowlę, użyto bogatej palety barw. Wymiary pionowe i poziome zostały do przesady rozciągnięte. Laboratoria były przestronne, przyległe zakłady i hale maszyn pomieszczono w gmachach o wspaniałych, neosaetańskich portykach z łuków i kolumn. Hangary miały kopułowate kształty, były ogromnych rozmiarów fantastycznymi wielobarwnymi budowlami. Ludzie, którzy tam pracowali, wydawali się natomiast bardzo cisi i rzeczowi. Przejęli go od jego stałej eskorty i pokazali całą Fundację, nie wyłączając poszczególnych etapów budowy eksperymentalnego systemu napędu międzygwiezdnego, nad którym pracowali, od komputerów i desek kreślarskich po na wpół ukończony statek, olbrzymi i surrealny w pomarańczowym, fioletowym i żółtym świetle, wpadającym przez kolosalną, wzorzystą kopułę hangaru.