Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 51
Перейти на страницу:

Byłem jednak wyspany, otoczył mnie wspaniały dzień i powróciła moja pewność siebie. Czułem, że słońce mi schlebia, podążając w ślad za mną między drzewami jak światło reflektora, tropiące gwiazdę filmową. Poza tym kli-nika była idealną kryjówką, zwłaszcza na wypadek, gdy-bym nieoczekiwanie stracił przytomność albo doznał wyle-wu, mogłem więc czekać, dopóki mój umysł nie osiągnie znowu równowagi, ja zaś nie odkryję prawdziwego zna-czenia rozgrywających się wokoło zdarzeń. Podejrzewałem, że za moje dziwne wizje oraz zaburzenia czasu i przestrze-ni może być odpowiedzialny skrzep, ukryty gdzieś głęboko w moim mózgu. Wyczuwałem namiętne podniecenie w roz-jarzonej trawie, pośród kwiatów, a mój umysł zaczął niepo-kojąco przypominać popiskujące włókno gasnącej żarówki. Kiedy za moimi plecami wstało słońce, zdawało się wy-lewać z rzeki, zmieniając park i podmokłą łąkę w siatków-kowe rozlewisko. W wodzie roiło się od wszelkiego rodza-ju ryb. Ławice płoci i szczupaków pływały wokół zatopio-nej cessny, jak gdyby sycąc się pozostałością mojego snu. Kroczyłem majestatycznie między drzewami, wyciągając rękę, by chwycić świetliste pyłki. W pobliżu kortów teniso-wych puściłem się biegiem, gnany niesłychanym natęże-niem światła. Białe linie, wyznaczające kort, unosiły się kilka cali nad glinianą nawierzchnią, jakby miały za chwilę oderwać się od ziemi i wzbić pod niebo niczym powietrzna matryca umieszczonej na wysokości oczu pilota deski roz-dzielczej. Chwytając z trudem oddech, oparłem się o pień orzesznicy, dziwnego gościa w parku, leżącym w umiarko-wanej strefie klimatycznej. Liście pochłaniał rozświetlony sok, a każdy z przypominających trąbki kwiatów układał się we własną aureolę. W brzezinie pojawiło się stado jele-ni, obgryzających elektryczną korę. Krzyknąłem, a wtedy ich zwrócone na mnie oczy zalśniły, jak gdyby całe stado zostało wyposażone w szkła kontaktowe. Ogarnięte halucynacjami słońce karmiło się niecierpli-wie hiszpańskim mchem, zwisającym z gałęzi uschłych wiązów. Zdrewniałe czułki lian oplatały spokojne kaszta-nowce i platany. W ściółce rosły lilie, zmieniające ceremo-nialny park w ogród botaniczny, którym zawładnął jakiś zwariowany ogrodnik i obsadził go w nocy na nowo. Przeskoczyłem grządkę szkarłatnych tulipanów, zagłu-szanych kompletnie przez olbrzymie paprocie i wątrobow-ce. Przestraszona ara nieporadnie wzbiła się w powietrze obok mnie. Lecąc przez park, strząsała pancerzyki światła ze swoich żółtozielonych skrzydeł. Pięćdziesiąt jardów przede mną, między drzewami, Miriam St. Cloud szła w kierunku kliniki, otoczona chmarą małych papużek i wilg. Przypominała młodą lekarkę udającą się z wizytą domową do cierpiącej na nadmierną płodność matki natury. Ucie-szyłem się na jej widok i poczułem, że przygotowałem tę obfitość życia specjalnie dla niej.

– Miriam!… – Pobiegłem między zaparkowanymi samo-chodami i stanąłem przed nią, wskazując z dumą wspaniałe listowie niczym kochanek, wręczający bukiet swej wybran-ce. – Miriam, co się stało?

– To drzewo dostało zapewne jakiś preparat wzmagają-cy urodzajność, Blake. – Miriam rzucała jagody w koronę kasztanowca, do gałęzi którego przylgnęło podobne do małpy stworzenie o krzaczastym ogonie, zdziwione, skąd wzięło się w tym eleganckim parku.

Miriam machnięciem dłoni zakreśliła koło wokół gło-wy, usiłując powstrzymać rozjarzone powietrze. – Ary, papużki, teraz małpka… Co jeszcze nam przynie-siesz, Blake? – Podeszła do mnie bokiem z rękami w kie-szeniach białego kitla. – Jesteś jak jakiś pogański bożek. Pomimo tych dobrodusznych żartów spoglądała na mnie z niejaką ostrożnością, zastanawiała się nad dwuznaczną naturą moich wyjątkowych zdolności i wcale nie chciała stanąć z nimi twarzą w twarz.

– Małpka? – Rozpoznawszy zwierzę, podskoczyłem, próbując złapać je za ogon. – Uciekła z zoo Starka. – Raczej z wnętrza twojej głowy… – Miriam pokazała mi gestem, żebym szedł w stronę kliniki. – Przyszedłeś tu, żeby pracować… Co ty właściwie umiesz? Czy podejrzewała, że nadal sypiam z jej matką? Obe-szła trawiasty kraniec parkingu, zerkając na swoje odbicie w błyszczących panelach drzwi i demonstrując przede mną swe silne biodra i nogi. Co miałem robić? Chciałem krzyk-nąć: „Umiem latać, Miriam, i umiem śnić! Śnij mnie, Mi-riam!” Byłem zaledwie kilka kroków za nią, kiedy poczu-łem, że nabrzmiewa moje przyrodzenie. Pogański bożek? Nie wiedzieć czemu podobało mi się to określenie. Doda-wało mi otuchy.

Ogarnęło mnie nagłe przekonanie: oczywiście, że nie jestem martwy, ale nie jestem też po prostu żywy! Żyję po dwakroć!

Z trudem panując nad sobą, chwyciłem Miriam za ra-mię, pragnąc podzielić się z nią dobrą nowiną i wziąć ją w ramiona na tylnym siedzeniu limuzyny, należącej do miej-scowej akuszerki.

– Zaraz, zaraz, Blake…

Odepchnęła mnie, unikając mojego wzroku. Chwyciłem przednią szybę jej kabrioletu, roztrzęsiony swoją własną sek-sualną gwałtownością. Wpatrując się w ziemię, zauważy-łem pędy jakiejś śmiertelnie bladej rośliny tropikalnej, wy-rastającej spomiędzy szczelin w popękanym betonie. Jak gdyby w odpowiedzi na mój seks, pomiędzy nogami roz-kwitały mi mlecznokrwawe kwiaty, przypominające kieli-chy cudacznych gladioli. Identyczne kwiaty widziałem przed kościołem ojca Wingate.

Wszędzie dokoła jaskrawe fleciki wciskały skrwawione czubki swoich włóczni między koła zaparkowanych aut, wy-rastając ze śladów moich stóp na obrzeżu trawnika. – Są niezwykłe, Blake… Ojej, są piękne.

– Miriam… Dam ci wszystkie kwiaty, jakie tylko chcesz! – Unosząc się w duchu nad tysiącami zapachów jej ciała, krzyknąłem: – Wyhoduję orchidee z twoich dłoni, a z two-ich piersi róże. Będziesz mogła nosić magnolie we wło-sach!…

– A w sercu?

– Posieję w twoim łonie mięsożerny kwiat!

– Blake… Czy ty zawsze tak się wszystkim ekscytujesz? Wciąż nie rozumiejąc sił, sterujących owymi seksualny-mi zapalnikami, Miriam uklękła wśród aut i zaczęła zry-wać kwiaty. Już spokojny, przyglądałem się z dumą, jak ta piękna, młoda kobieta unosi w dłoniach mój seks w kierun-ku kliniki. Znów dała o sobie znać moc, którą wyczuwałem przez cały dzień, moc, która wstąpiła we mnie podczas ostat-niej wizji. Po śnie o lataniu zachowywałem się niczym ran-ny ptak, zagubiony w podmiejskim ogrodzie, tak jak ja uwię-ziony w nijakim miasteczku. Ale po wizji, w której pływa-łem jak grenlandzki wieloryb, uległem przemianie, mani-festując swój triumf ucieczką z zatopionego samolotu, i te-raz moja moc karmiła się niewidzialną siłą wielkich oce-anów, sięgających w głąb maleńkiej żyłki tej niewielkiej rzeki. Wyszedłem na brzeg odrodzony, jak moi ziemno-wodni przodkowie sprzed milionów lat, którzy wyłonili się z morza, by kroczyć dalej poprzez czekające na nich parki młodej ziemi. Podobnie jak oni, nosiłem we krwi wspo-mnienia tych mórz, wspomnienia z głębi czasu. Niosłem z sobą majestat grenlandzkich wielorybów, prastarość i mą-drość wszystkich gatunków waleni.

Tego ranka zacząłem krzątać się dumnie wokół kliniki, z wiadrem i ścierką w ręku. Wywoziłem wózki pełne brud-nej pościeli do furgonetki, która przyjechała z pralni, i speł-niałem polecenia recepcjonistek. Przyglądałem się z zado-woleniem, jak Miriam obnosi moje kwiaty po gabinetach chirurgicznych i ogólnych, zapełniając wazony, które wy-dobyłem dla niej z jakiejś szafki. Rozstawiała jaskrawe kwiaty mojego seksu wśród pacjentów siedzących w po-czekalni, ciężarnych matek i bezpłodnych żon. Były tam też dwie podstarzałe kobiety, które widziałem ostatnio, skaczące do rzeki w mojej rybiej wizji. Zapamię-tałem je dobrze – miejscową fryzjerkę i żonę adwokata, żeglujące dumnie w tłumie ryb jako część mojej wodnej kongregacji. Siedziały teraz pośród kwiatów, zaabsorbowane wyłącznie swoimi żylakami żyłami i napadami menopau-zy. Kiedy polerowałem podłogę pod ich stopami, kobiety nie spuszczały ze mnie oka.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)