Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 51
Перейти на страницу:

Ludzie wchodzili do wody wzdłuż całej plaży. Ojciec i matka brodzili w falach, prowadząc za ręce dzieci, by po chwili zamienić się w rodzinę złotych karpi. Na plaży sie-działy też dwie młode dziewczyny, które zanurzyły się po pas i zachwycały się eleganckimi ogonami, jakie leniwie wyłaniały się z ich pokrytych wodą bioder. Zdjęły radośnie koszulki i wyglądały teraz jak odpoczywające syreny o na-gich piersiach. Pozwoliły wciągnąć się w wodę, którą zle-wałem je delikatnie moim olbrzymim ogonem, wodę, przy-pominającą koronkową poszwę, narzuconą na dwie nagie kochanki. Gdy włosy rozpuściły im się w pianie, dziewczy-ny stały się dwoma rozdokazywanymi delfinami i zniknęły w rzece, pełnej cisnących się wokół szczupaczków i ukle-jek. Jakaś otyła kobieta w kwiecistej sukience runęła bez tchu do wody i odpłynęła w dal jako stateczna krowa mor-ska. Trupa szekspirowskich aktorów wkroczyła nieśmiało w niespokojny nurt – kobiety unosiły krynoliny, by nie za-nurzać ich w splamionej piaskiem pianie, a potem zapadły się pod powierzchnię wody, przemienione w uczestniczki podwodnego korowodu ławicy anielskich ryb, przystrój o-nych kryzami przezroczystych skrzeli i pierzastymi, deli-katnymi wąsami.

Na brzegu wciąż wahało się kilka osób. Skoczyłem po-nad zatłoczonymi falami, zachęcając ich, by porzucili du-szące powietrze. Grupka tenisistów odłożyła rakiety i dała nurka do wody, która uniosła ich natychmiast pod postacią pięknych białych rekinów. Rzeźnik i jego powabna żona podreptali w dół trawiastego zbocza, zanurzyli się i odpły-nęli przed siebie jako dwa ogromne żółwie morskie, koły-sząc pancerzami.

Niemal całe Shepperton dołączyło do mnie, pływając w swym nowym królestwie. Krążyłem wzdłuż plaży, na któ-rej leżały porzucone rakiety tenisowe, latawiec, grające wciąż odbiorniki radiowe i zapomniane koszyki, jakie za-biera się zazwyczaj na wycieczki. Na brzegu pozostało tyl-ko kilka osób: Miriam St. Cloud, jej matka, ojciec Wingate, stojący na plaży, Stark i troje upośledzonych dzieci. Obser-wowali mnie wszyscy ze znanych mi już stanowisk, ale ich twarze były pozbawione wyrazu, przesłonięte welonem kro-pelek wody, jak gdyby tkwili w jakimś głębokim śnie, do którego ja nie miałem dostępu.

Wiedziałem, że nie są jeszcze gotowi, żeby się do mnie przyłączyć, i że to oni, nie ja, są pogrążeni we śnie. Zostawiłem ich i popłynąłem dalej, na rozświetlone słoń-cem wody. Otoczyło mnie wielkie zgromadzenie ryb, które prowadziły mieczniki, widziałem jednak także stada mor-świnów, łososi, wargaczy, pstrągów tęczowych, delfinów i krów morskich. Ciągnąc za sobą promienie słoneczne, opa-dłem na dno. Razem moglibyśmy dźwignąć samolot i po-nieść go w dół rzeki, do ujścia Tamizy i na otwarte morze – maszyna stałaby się powozem koronacyjnym, w którym powiódłbym mieszkańców miasteczka ku przepastnym głę-binom ich prawdziwego życia.

Słońce zaczęło przygasać. W odległości kilku cali przez zalaną szybę ujrzałem niewyraźnie wykrzywioną grymasem, niegdyś ludzką twarz. Wsparty o deskę rozdzielczą spoczy-wał w kabinie topielec w kasku lotniczym. Otwarte usta zastygły w zdumieniu śmierci, a ramiona trupa pochylały się ku mnie z prądem rwącym przez drzwi kabiny. Przerażony jego rozkołysanym uściskiem, odwróciłem się i wpłynąłem na oślep wprost w ogon samolotu. Powie-trze uszło mi gwałtownie z płuc w rozbuchanej wodzie. Nie byłem już wielorybem, rzuciłem się więc na powierzchnię wśród setek pierzchających na boki ryb. Z samolotu ode-rwał się kawałek białej tkaniny, który unosił się ku górze przez wodę. Ruszyłem jego śladem, przedzierając się mo-zolnie na powierzchnię. Chwyciłem powietrze w ostatnim, wyczerpującym pędzie do słońca.

Obudziłem się na pełnej owadów łące. Leżałem na wil-gotnych kwiatach, wypełniających grób. Troje upośledzo-nych dzieci przyglądało mi się spośród maków kilka kro-ków dalej. Oblewał mnie pot, przesiąkający przez mary-narkę i spodnie, a ja byłem zbyt zmęczony, żeby przemó-wić do dzieci. Mijał mi dziwny ból głowy. Oddychałem nie-równo, jakby po raz pierwszy usiłując skupić wzrok na ja-skrawo ubarwionych ptakach i kwiatach na łące. Znów przy-pomniałem sobie o swoich rozbitych ustach i posiniaczonej piersi, zastanawiając się, czy martwy pasażer cessny, które-go widziałem we śnie, próbował mnie utopić. Ale mimo całej realności łąki wiedziałem, że ta rozgrza-na trawa, ważki i maki należą do innego snu, i że moja go-rączkowa wizja, w której pływałem jako grenlandzki wie-loryb, stanowiła kolejne okno, wychodzące na moje praw-dziwe życie.

Stanąłem na nogi i strzepnąłem płatki z marynarki. Dzieci odeszły dalej, być może poskromione tym, co zobaczyły. Zaduszony szpak leżał wśród martwych stokrotek. Jamie odwrócił się na swych skutych klamrami nogach, unikając mojego wzroku, ale jego drobną twarz marszczyła troska, jak gdyby chciał mnie przeprowadzić przez boży sąd tej wizji. Trzymał w dłoniach martwego wróbla – kolejną sa-kiewką, którą miał złożyć w grobie.

Gdy dzieci zniknęły, ruszyłem samotnie poprzez późne popołudnie. Ubranie pokrywała mi warstwa kilku tęcz i kon-fetti płatków, jak gdyby chodziło o uczczenie moich zaślu-bin z łąką. Ludzie wracali znad rzeki do swoich domów – tenisiści, młodzi rodzice z dziećmi, stare kobiety i ich mę-żowie. Twarze mieszkańców rozświetlała energia, jakiej ni-gdy przedtem nie widziałem. Kiedy mnie mijali, zauważy-łem, że mieli mokre ubrania, jakby złapał ich niespodzie-wany deszcz.

16

SZCZEGÓLNY GŁÓD

Dopiero teraz, po tej drugiej wizji, ja i Miriam St. Cloud zaczęliśmy rozumieć, co dzieje się w Shepperton. Kiedy wyszedłem z parku i dotarłem w pobliże rezydencji, Mi-riam czekała na mnie na trawniku. Obserwowała, jak idę ku niej przez nasyconą wodną mgiełką trawę, i potrząsała głową na widok nieodpowiedzialnego pacjenta, który sa-mowolnie naraża zdrowie na szwank. Wiedziałem, że Mi-riam już się mnie nie boi, ale wciąż ma nadzieję, że wyjadę z tego niegdyś spokojnego miasta.

– Nie mógłbyś pozbyć się tych ptaków, Blake? – Mi-riam wskazała wrzeszczące ptaki morskie, kołujące nad spla-mioną płatkami piany wodą jak aktorzy w porzuconej fan-tazji, którą zostawiłem leżącą gdzieś w nieładzie. Do arktycznych mew dołączyło stado fulmarów i kor-moranów – co najmniej kilkanaście tych ciężkoskrzydłych drapieżników łakomie przeczesywało dziobami rzekę, po-lując z czymś w rodzaju żałosnej i rozkojarzonej histerii na ryby, które wyczarowałem w swojej wizji. Ale te ryby pły-wały teraz tylko w słonecznych lagunach mojej głowy. Mimo że przybrała agresywną postawę i gniewała się, to jednocześnie troszczyła się o mnie tak, jak młoda żona o męża. Byłem pewien, że w jakiś sposób udało jej się zo-baczyć moją wizję, choćby tylko w postaci przelotnego ob-razu prawdziwego świata, który z wolna odsłaniałem, roz-suwając kotary, tłumiące dotąd Shepperton i całą resztę tego zastępczego dominium. Gdy zdjąłem przemoczoną mary-narkę, palce Miriam przebiegły mi przez piersi i plecy w poszukiwaniu świeżych ran.

– Pływałem w rzece – powiedziałem. – Ty też powinnaś była wejść do wody.

– Przypuszczam, że była cudowna. Masz szczęście, że żyjesz… W rzece był miecznik. – A widziałaś wieloryba? Potrząsnęła głową, wpatrując się niemal z rozpaczą w rozwrzeszczane mewy.

– Przerażające stworzenia… To ty je tu sprowadziłeś, wiesz? Musiałam podać matce środki nasenne. Prowadząc mnie w stronę domu, powiedziała spokoj-nie:

– Widziałam jednak coś dziwnego, Blake. Może to był wieloryb. Jakieś wspaniałe zwierzę pływało w dół i w górę rzeki, jak gdyby usiłowało wyjść na brzeg. Zbłąkane wielo-ryby często wpływają do Tamizy.

1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)