Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
Iskra z ogniska, płomyk nad ciemną przełęczą, ognisty orzeł, smok. Leciał wprost ku nim.
Tehanu podniosła się w strzemionach i krzyknęła ochryple, przeszywająco, niczym morski ptak bądź jastrząb. W krzyku tym dźwięczało słowo, jedno słowo.
— Medeu!
Potężny stwór zbliżył się z przerażającą szybkością. Jego długie wąskie skrzydła leniwie biły w powietrzu. W łuskach nie odbijał się już ogień i w pierwszym świetle poranka wydawały się czarne czy może ciemnobrązowe.
— Uważajcie na konie — poleciła szorstko Tehanu.
W tym samym momencie szary wałach Lebannena ujrzał smoka i szarpnął się gwałtownie, potrząsając głową. Król mógł go jeszcze opanować, lecz za jego plecami jeden z koni zarżał panicznie. Odpowiedział mu głośny tupot i głosy stajennych. Mag Onyks wybiegł naprzód i stanął obok wierzchowca Lebannena. Wszyscy obserwowali nadlatującego smoka.
Znów Tehanu wykrzyknęła to słowo. Smok opadł niżej, zwolnił i zatrzymał się w powietrzu jakieś pięćdziesiąt stóp od nich.
— Medeu! — zawołała Tehanu.
Odpowiedź przyszła natychmiast, niczym echo.
— Me-de-uuu!
— Co to znaczy? — spytał Lebannen, schylając się do Onyksa.
— Brat, siostra — szepnął mag.
Tehanu zeskoczyła z konia, cisnęła wodze Yenayowi i ruszyła naprzód łagodnym zboczem, w miejsce gdzie unosił się smok. Jego długie skrzydła biły szybko, krótko, jak u czekającego jastrzębia. Skrzydła te jednak liczyły sobie pięćdziesiąt stóp szerokości od krańca do krańca. Każdemu uderzeniu towarzyszył odgłos przypominający walenie w kotły, grzechot mosiężnych blach. Gdy się zbliżyła, z otwartego smoczego pyska o długich zębach wypłynęła wąska smużka dymu.
Tehanu uniosła rękę — nie smukłą brązową, lecz tę spaloną, szpon. Blizny pozwalały podnieść ją zaledwie na wysokość głowy.
Smok obniżył się nieco, skłonił głowę i dotknął jej dłoni smukłym, rozszerzającym się na końcu, pokrytym łuskami pyskiem. Zupełnie jak pies, zwierzę obwąchujące na powitanie, pomyślał Lebannen. Jak sokół lądujący na przegubie; król składający ukłon przed królową.
Tehanu przemówiła, potem smok. Oboje krótko, głosami dźwięczącymi niczym metalowe cymbały. Kolejna wymiana zdań. Chwila ciszy. Potem smok zaczął coś mówić. Onyks słuchał w napięciu. Jeszcze jedna wymiana słów, obłoczek dymu ze smoczych nozdrzy, sztywny wyniosły gest okaleczonej kobiecej dłoni. Tehanu wymówiła wyraźnie dwa słowa.
— Sprowadź ją — przetłumaczył szeptem czarodziej.
Smok mocno załopotał skrzydłami, skłonił długą głowę i syknął. Znów coś powiedział, po czym wzbił się w powietrze wysoko nad Tehanu, zawrócił, zatoczył koło i niczym strzała pomknął ku zachodowi.
— Nazwał ją Córką Najstarszego — wyszeptał mag.
Tehanu stała bez ruchu, odprowadzając smoka wzrokiem.
Potem się odwróciła. Wydawała się drobna i krucha, samotna na wielkim wzgórzu wśród lasów, w szarym świetle świtu. Lebannen zeskoczył z konia i podbiegi ku niej. Sądził, że zastanie ją wyczerpaną i przerażoną. Wyciągnął rękę, by pomóc jej iść, ona jednak powitała go uśmiechem. Jej twarz, na wpół piękna, na wpół straszna, jaśniała czerwonym blaskiem słońca, które jeszcze nie wzeszło.
— Nie zaatakują więcej. Zaczekają w górach — oznajmiła.
Potem rozejrzała się wokół, jakby nie wiedziała, gdzie jest, a gdy Lebannen ujął jej ramię, pozwoliła mu na to. Lecz ogień i uśmiech pozostały na jej twarzy i stąpała lekko.
Podczas gdy stajenni pilnowali koni skubiących wilgotną od rosy trawę, Onyks, Tosla i Yenay podeszli bliżej, utrzymując jednak pełen szacunku dystans.
— Moja pani, Tehanu — powiedział Onyks. — Nigdy nie widziałem większego pokazu odwagi.
— Ani ja — dodał Tosla.
— Bałam się — w głosie Tehanu nie dźwięczały żadne emocje — ale nazwałam go bratem, a on mnie siostrą.
— Nie rozumiałem wszystkiego — przyznał mag. — Nie znam Dawnej Mowy tak dobrze jak ty. Powiesz nam, o czym rozmawialiście?
Dziewczyna cały czas spoglądała ku zachodowi, tam gdzie odleciał smok. Niebo na wschodzie jaśniało, czerwony blask odległego ognia zaczynał słabnąć.
— Spytałam: Czemu palicie wyspę króla? Odpowiedział: Czas, abyśmy odzyskali nasze ziemie. Ja na to: Czy Najstarszy polecił wam zdobyć je ogniem? Wówczas rzekł, że Najstarszy, Kalessin, odszedł z Orm Irian poza zachód, by pofrunąć na innym wietrze. A młode smoki, które pozostały tu, na wiatrach tego świata, twierdzą, że ludzie złamali przysięgi i ukradli smocze ziemie. Powtarzają sobie, że Kalessin już nie wróci, a one nie chcą dłużej czekać, toteż przegnają ludzi ze wszystkich wysp zachodu. Ostatnio jednak Orm Irian powróciła. Jest teraz na Palnie, rzekł, a ja poprosiłam, by ją wezwał. Odparł, iż przybędzie na wezwanie córki Kalessina.
ROZDZIAŁ 3
SMOCZA RADA
Z okna swej komnaty w pałacu Tenar patrzyła, jak statek niosący na pokładzie Lebannena i jej córkę odpływa w mrok nocy. Nie zeszła na przystań z Tehanu. Trudno, bardzo trudno przyszło jej odmówić udziału w tej podróży. Tehanu błagała. Ona, która nigdy o nic nie prosiła. Nigdy nie płakała, nie potrafiła płakać, lecz teraz jej oddech załamał się w szlochu.
— Nie mogę, nie mogę popłynąć sama. Jedź ze mną, matko.
— Moja ukochana, serce moje. Gdybym mogła oszczędzić ci tego strachu, zrobiłabym to. Nie rozumiesz? Uczyniłam dla ciebie wszystko, co mogłam. Mój ognisty płomyczku, moja gwiazdko. Król ma rację, tylko ty, ty sama możesz tego dokonać.
— Ale gdybyś tam była, gdybym wiedziała, że jesteś…
— Zostanę tutaj. Musicie szybko dotrzeć do celu, czeka was trudna podróż. Ja bym was opóźniała, stanowiłabym jedynie ciężar. A ty bałabyś się o mnie. Nie potrzebujesz mnie, na nic ci się nie przydam. Musisz się tego nauczyć, Tehanu.
Po czym odwróciła się od swego dziecka i zaczęła sortować ubrania, które Tehanu miała wziąć ze sobą — domowe stroje, nie ozdobne, dworskie; solidne buty, ciepły płaszcz. Jeśli nawet płakała, nie pozwoliła, by córka to zobaczyła.
Tehanu stała oszołomiona, sparaliżowana lękiem. Gdy Tenar wręczyła jej nowe ubranie, dziewczyna wzięła je posłusznie. Kiedy porucznik królewski Yenay zapukał do drzwi i spytał, czy może zaprowadzić panią Tehanu na brzeg, popatrzyła jedynie na niego niczym spłoszone zwierzę.
— Idź już. — Tenar objęła córkę, położyła dłoń na wielkiej bliźnie pokrywającej pół jej twarzy. — Jesteś nie tylko moją córką, ale i Kalessina.
Dziewczyna długą chwilę obejmowała ją bardzo mocno, potem odwróciła się bez słowa i ruszyła w ślad za Yenayem.
Tenar stała bez ruchu, czując nagły chłód po ciepłym uścisku Tehanu.
Podeszła do okna. Światła w porcie, krzątający się ludzie, stukot końskich kopyt. Przy nabrzeżu czekał wysoki „Delfin”. Znała go. Ujrzała stojącą na brzegu Tehanu. Widziała, jak dziewczyna wchodzi na pokład, prowadząc spłoszonego konia. Lebannen podążył tuż za nią. Widziała, jak marynarze odrzucają cumy, jak statek porusza się powoli, ciągnięty przez wiosłowy holownik, który wyprowadził go na środek zatoki. Nagle w ciemności rozkwitły białe żagle. Światło latarni na rufie odbijało się w ciemnej, falującej wodzie. Powoli malało, zamieniając się w mały jasny punkcik, i wreszcie zniknęło.
Tenar zaczęła krążyć po komnacie, zbierając odrzucone przez Tehanu ubranie — jedwabną koszulę i wierzchnią spódnicę. Podniosła lekkie sandały i nim odłożyła je na miejsce, przez moment przycisnęła do policzka.