Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
— Olcho.
Powoli uniósł wzrok i ujrzał stojącą obok niską siwowłosą kobietę, Tenar. Dostrzegł troskę na jej twarzy, nie wiedział jednak, skąd się wzięła. Potem przypomniał sobie, iż jej córka, poparzona dziewczyna, odjechała z królem. Może dotarły do niej złe wieści, może wszyscy nie żyją.
— Jesteś chory, Olcho? — spytała.
Pokręcił głową. Rozmowy przychodziły mu z trudem. Teraz rozumiał już, jak łatwo byłoby w tamtej krainie w ogóle nie mówić, nie patrzeć ludziom w oczy, niczym się nie przejmować.
Usiadła na ławce obok niego.
— Wyglądasz, jakby coś cię trapiło.
Machnął lekceważąco ręką — wszystko w porządku, nieważne.
— Byłeś na Goncie, u mojego męża Krogulca. Jak on się miewał? Uważał na siebie?
— Tak — mruknął Olcha. Spróbował odpowiedzieć pełniej: — Był najmilszym gospodarzem.
— Cieszy mnie to — rzekła. — Martwię się o niego. Potrafi prowadzić dom równie dobrze jak ja, ale nie lubię zostawiać go samego… Proszę, opowiedz, co robił, gdy u nas byłeś.
Olcha odparł, że Krogulec zebrał śliwki i sprzedał je, że obaj naprawili ogrodzenie, że Krogulec pomógł mu spać.
Tenar słuchała uważnie, z powagą, jakby wszystkie te drobnostki miały równie wielkie znaczenie jak niezwykłe wydarzenia, o których rozmawiali w tym samym miejscu trzy dni wcześniej — umarli wzywający żywego do swej krainy, dziewczyna zmieniająca się w smoka, smoki podpalające wyspy zachodu.
I w istocie nie wiedział, co w ostatecznym rozrachunku liczy się bardziej — wielkie, doniosłe wydarzenia czy te drobne, codzienne.
— Chciałabym móc już wrócić do domu. — Kobieta westchnęła.
— Chciałbym móc powiedzieć to samo, ale na próżno. Myślę, że już nigdy nie wrócę do domu. — Nie miał pojęcia, czemu to powiedział, ale usłyszał własne słowa i zrozumiał, że są prawdziwe.
Przez chwilę przyglądała mu się spokojnymi szarymi oczami, nie zadając pytań.
— Chciałabym móc marzyć o tym, że wróci ze mną córka — rzekła w końcu — ale to także próżne marzenie. Wiem, że ona musi iść dalej. Nie wiem tylko dokąd.
— Zdradzisz mi, jaki ma dar, kim jest, co sprawiło, że król ją wezwał i zabrał ze sobą na spotkanie smoków?
— Och, gdybym wiedziała, kim jest, powiedziałabym ci — twarz Tenar była pełna smutku, miłości i goryczy. — Nie jest moją rodzoną córką. Zapewne zgadłeś albo już to usłyszałeś. Trafiła do mnie w dzieciństwie, ocalona z ognia… Gdy Krogulec do mnie powrócił, stała się także jego córką i uratowała nas oboje od okrutnej śmierci, wzywając smoka Kalessina, zwanego Najstarszym, a ów smok nazwał ją swą córką. Jest zatem dzieckiem wielu i nikogo. Nie oszczędzono jej bólu, lecz ocalała z ognia. Może nigdy się nie dowiem, kim jest naprawdę. Chciałabym jednak, by w tej chwili siedziała tu, obok mnie, bezpieczna!
Pragnął ją pocieszyć, lecz nie znalazł pociechy w sercu.
— Opowiedz mi o swojej żonie, Olcho — poprosiła.
— Nie mogę — rzekł w końcu w ciszy, która tak łatwo zapadała między nimi. — Gdybym mógł, zrobiłbym to, pani Tenar. Przygniata mnie wielkie brzemię. Dziś ciąży mi strach, zgroza. Staram się myśleć o Lilii, ale widzę tylko ową ciemną pustynię ciągnącą się w dół, bez końca. Jej tam nie dostrzegam. Wszystkie wspomnienia, które były dla mnie niczym oddech i woda, trafiły do owej suchej krainy. Nic już nie pozostało.
— Przykro mi — szepnęła.
Długi czas siedzieli w milczeniu. Cienie stawały się coraz głębsze, było duszno, bardzo ciepło. Światła pałacu przeświecały przez rzeźbione okiennice i nieruchomą kaskadę wierzbowych witek.
— Coś się dzieje — oznajmiła Tenar. — Wielka zmiana dotyka świata. Może nie pozostanie nam nic, co znamy.
Olcha uniósł wzrok, spoglądając w ciemniejące niebo. Wyraźnie widział wieże pałacu; biały marmur i alabaster chwytały i odbijały resztki światła z zachodu. Olcha poszukał wzrokiem ostrza miecza na szczycie najwyższej wieży i ujrzał je, słaby srebrzysty błysk.
— Spójrz — rzekł.
Na samym czubku, niczym diament, zalśniła gwiazda. Na ich oczach gwiazda oderwała się od miecza i wzniosła w górę.
Gdzieś w dali usłyszeli podniesione głosy, tupot nóg. Potem dźwięk rogu, ostry rozkazujący okrzyk.
— Wrócili. — Tenar wstała.
Jakby zarażony podnieceniem, Olcha także podniósł się z ławki. Jego towarzyszka pospieszyła do pałacu, z którego okien widać było port. Nim jednak Olcha przywołał Żurawia, raz jeszcze spojrzał na miecz, teraz lśniący słabym blaskiem, i jaśniejącą w górze gwiazdę.
„Delfin” wpłynął do bezpiecznej zatoki gnany magicznymi podmuchami. Pochylał się naprzód, jego żagle wydymały się gwałtownie. Nikt w pałacu nie oczekiwał tak szybkiego powrotu króla, lecz gdy władca się zjawił, wszystko czekało w należytym porządku. Na nabrzeżu natychmiast zaroiło się od dworzan, żołnierzy nie pełniących akurat służby i mieszkańców miasta gotowych powitać monarchę. Pieśniarze i harfiarze czekali, by wysłuchać, jak walczył i pokonał smoki, i ułożyć o tym ballady.
Zawiedli się jednak. Król wraz ze swym orszakiem skierował się wprost do pałacu, a żołnierze i marynarze ze statku powtarzali tylko: Pojechali do kraju nad plażą Onneva i po dwóch dniach wrócili. Czarodziej przysłał nam ptaka z wiadomością, bo już zdążyliśmy dopłynąć do ujścia zatoki, przecież zamierzaliśmy spotkać się z nimi w Porcie Południowym. Wróciliśmy, a oni czekali u ujścia rzeki, cali i zdrowi. Lecz nad południowymi Faliernami widzieliśmy dym płonących lasów.
Tenar znalazła się wśród tłumów na nabrzeżu i Tehanu podbiegła wprost do niej. Uścisnęły się mocno. Gdy ruszyły naprzód ulicami pośród świateł i radosnych głosów, Tenar pomyślała: Wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. Już nigdy nie wróci do domu.
Lebannen maszerował wśród swoich gwardzistów. Pełen napięcia i energii, wydawał się wyniosły, władczy, promienny.
— Erreth-Akbe! — wołali ludzie na jego widok. A także: — Syn Morreda!
Na stopniach pałacu odwrócił się ku nim. Jeśli chciał, potrafił mówić bardzo głośno, i teraz głos jego zadźwięczał wyraźnie, uciszając zamęt.
— Ludu Havnoru, posłuchaj. Kobieta z Gontu rozmawiała w naszym imieniu z wodzem smoków. Zawarliśmy rozejm. Jeden z nich do nas przybędzie. Smok przybędzie tu, do miasta Havnor, do pałacu Mahariona, nie niszczyć, lecz rozmawiać. Nadszedł czas, gdy ludzie i smoki muszą spotkać się i pomówić. Powiadam wam zatem, gdy zjawi się smok, nie lękajcie się go, nie walczcie z nim, nie uciekajcie, lecz powitajcie go znakiem pokoju. Powitajcie niczym wielkiego pana, który przybywa z daleka w pokoju. I nie bójcie się, chroni nas bowiem miecz Erreth-Akbego, pierścień Elfarran i imię Morreda. Na me własne imię przysięgam, że póki żyję, bronić będę tego miasta i tego królestwa.
Wszyscy słuchali, wstrzymując oddech. Potem rozległy się okrzyki i wiwaty. Lebannen zawrócił i zniknął w bramie pałacu.
— Pomyślałem, że lepiej będzie ich uprzedzić — dodał swym zwykłym cichym głosem, zwracając się do Tehanu, która przytaknęła. Mówił do niej niczym do towarzysza, a ona tak się zachowywała. Dostrzegła to Tenar i dworzanie.
Lebannen polecił, by o czwartej godzinie poranka zebrała się cała jego rada, i wszyscy się rozeszli. Zatrzymał przy sobie jeszcze chwilę Tenar, choć Tehanu już odeszła.
— To ona nas chroni — powiedział.
— Sama?
— Nie bój się o nią. To córka smoka, siostra smoka. Podąża tam, gdzie my nie możemy dotrzeć. Nie bój się o nią, Tenar.