Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 116
Перейти на страницу:

Dobra, wystarczy.

Wstaję i jeszcze raz przeszukuję polanę. Systematycznie i starannie. Wszystko się przyda. Każdy strzęp, każdy drobiazg. Na początek znajduję garść złota. Pojedyncze monety rozsypane to tu, to tam, w trawie, tkwiące między kamieniami. Niedużo. Główne zapasy, wepchnięte do pasa ze skrytkami, zostały w jukach. U Grunaldiego. Były ciężkie jak nieszczęście, zresztą nie wybierałem się na zakupy. Akurat złoto jest mi najmniej potrzebne. Gdybym mógł wezwać taksówkę i kazać zawieźć się prosto do dworu Grunaldiego Ostatnie Słowo, to co innego.

Znajduję resztki pasa, strzępy tkaniny, rozerwane fragmenty czegoś, co kiedyś było chyba moim butem, obecnie sztywne od wilgoci i niepodobne do niczego. Cały czas przypominam sobie kolejne utracone drobiazgi poupychane po kieszeniach: scyzoryk. Składany nóż z mnóstwem podręcznych narzędzi i porządnym ostrzem. Resztki zapasów — kilka kawałków chałwy i pasków mięsa. Łyżkę. Fajkę.

Moja fajka, kapciuch z tytoniem i przybornik. Krzesiwo. Jak żyć bez krzesiwa?

Szukam. Obchodzę pogorzelisko po spirali na czworakach, systematycznie przeczesując trawę, mech i kamienie palcami. Wciąż miotają mną dreszcze.

Staram się nie myśleć o cyfralu, o zimnie i przenikającej mnie słabości. Łupie mnie głowa i pulsuje w skroniach. W klatce piersiowej gniecie paskudny, mdlący ból. Tam, gdzie tkwiła włócznia, widać nierówną, podłużną bliznę pozarastaną warstwami, jak na pniu drzewa. Nie rozumiem, dlaczego żyję. Grot był długi na dłoń i przebił mnie na wylot. Drzewce, które wjechało w pierś, też miało z pięć centymetrów obwodu. Masakra. Na pewno serce zostało uszkodzone, przebity worek osierdziowy, opłucna, pewnie też tkanka płuca. Być może przecięte żebro, z pewnością zgruchotana łopatka. Nie rozumiem, skąd ten bydlak miał tyle siły. Może uratowałaby mnie grupa medyczna, gdyby akurat była na miejscu. Gdyby natychmiast mnie zamrozili. Potem Medevac i prosto na oddział intensywnej terapii. Może. Jakieś trzydzieści procent szans. Tymczasem najwyraźniej wyzdrowiałem.

Kolejny cud.

W trawie znowu widzę metaliczny błysk, ale to kamyk pokryty miką. Mika. Złoto głupców.

Szukam dalej, szperając wśród kamieni, pod monotonnym krakaniem drącym szare powietrze mglistego poranka. A później zaznaczam patykiem miejsce, do którego dotarłem, i wracam do pogorzeliska, żeby się ogrzać. Niestety, żaru zostało niewiele. Ledwo pełga i posykuje wśród węgli.

Godzinę później znajduję nóż. Mój długi nóż w pochwie, w komplecie do utraconego miecza. Leży przynajmniej dziesięć metrów od pogorzeliska, wplątany w bezlistne już gałęzie jakiegoś krzaku. Płaczę ze szczęścia, tuląc nóż do siebie, i tylko przez głowę przemyka mi myśl, że chyba coś nie najlepiej ze mną. Znalezisko przełamuje złą passę i szybko znajduję jeszcze różne szmaty — strzępy ubrania, rozdarty półkożuszek, a wreszcie sajdak z łukiem wiszący na gałęzi. Niewiele tego, lecz będzie musiało wystarczyć. Łuk sprawia wrażenie trochę zdezelowanego, chyba jednak da się naprawić.

Składam to wszystko w jednym miejscu — nędzny dobytek, ale lepszy niż nic. Mam przecież nóż. Człowiek, który ma nóż, właściwie ma wszystko. Mając nóż, można zmajstrować niemal każde potrzebne narzędzie, broń, nawet schronienie. Można ciąć, podważać, rąbać, piłować i kopać. Nie ma bardziej niezbędnego narzędzia niż nóż. Wiem to dobrze, bo pamiętam czasy, kiedy władze postanowiły zabronić posiadania noży.

Fragment skórzanego półkożuszka, który mi ocalał, nie jest wielki, ale wystarczy na dwa prymitywne mokasyny. Wycinam nożem dwa kawały skóry o odpowiednim kształcie, a potem stawiam na każdym stopę i obrysowuję węglem. To będzie podeszwa. Później przycinam odpowiednio pozostałe skrawki i owijam nogi, tak jak uczono mnie na kursie.

Szkoda kożuszka, lecz teraz mam buty. Układam najdłuższy kawałek rozerwanego pasa na pniu i odcinam rzemienie. Nie są długie, ale wiążę je ze sobą i ściągam mokasyny, przewlekając powiązany rzemyk przez wywiercone nożem otwory w skórze.

Pracując, co chwilę rozpaczliwie usiłuję aktywować cyfrala. Niemal odruchowo. Trzęsą mi się ręce. Jestem mokry i przemarznięty. Teraz zagadnieniem jest jakieś okrycie. Podstawowy problem to ubranie i schronienie. Nie cyfral.

Staję plecami do pogorzeliska, dokładnie tak, jak stałem w momencie, gdy wyrosło ze mnie drzewo. To łatwe. Wystarczy odwrócić się, żeby widok, który mam wypalony już na stałe w mózgu, stanął mi przed oczami.

Dwa zamglone szczyty, tulące się do siebie niczym półdupki. Szarpane linie skał osnute niebieskawym oparem. Widoczne w oddali dwie plamy lasu wspinające się po zboczach, płonące królewskimi barwami jesieni. Siedemdziesiąt trzy iglaste krzewy, pokręcone jakby wyszły spod ręki mistrza bonsai.

Tak.

Tak stałem, kiedy moje ciało eksplodowało drzewem.

Miecz miałem na plecach. Rozerwało uprząż i poleciał do tyłu, tam, gdzie znalazł go ten przeklęty szczeniak. Żywy trup, który nie ma pojęcia, że chodzi po ziemi tylko z powodu chwilowych problemów technicznych.

Chodzące zwłoki z wyrokiem w odroczeniu na karku. Złodziej, który ośmielił się okraść Drzewo.

Nóż wisiał wysoko z lewej strony, na biodrze. Poleciał w kierunku wyznaczonym moim lewym ramieniem, prosto na tamte krzaki. Odległość jakichś dziesięciu metrów. Tam go znalazłem. Sakiewka i pochewka ze scyzorykiem wisiały na pasie, trochę z tyłu za prawym biodrem. Odmierzam odległość krokami. Tym razem nie muszę przeszukiwać całej polany, jedynie trójkątny wycinek w kierunku, w którym przypuszczalnie poleciały moje rzeczy. To, że zmusiłem się do jakiegoś analitycznego myślenia, zostaje nagrodzone: znajduję jeszcze łyżkę i połę kożuszka. Strzęp wielkości może dwóch dłoni, jednak akurat ten, na którym zależało mi najbardziej. Lewą połę kryjącą wewnętrzną kieszeń, gdzie znajduje się pokrowiec z fajką i kapciuch z garstką tytoniu. Eksperymentalne zioła, kupione jeszcze w Żmijowym Gardle przepadły — przecież nie będę po nich płakał. Nie nadawały się do niczego.

Zbieram garść gałęzi i dorzucam do ognia, a potem siedzę, pykając z fajki. Wracam do równowagi. Oto nowa wiedza: do ognia należy dokładać, a nie rozpaczać, że gaśnie. Człowiek nieustannie się uczy. Obłok dymu pachnącego kadzidlanie suszonymi śliwkami rozjaśnia mi umysł i nagle dostrzegam wyraźnie swoją głupotę. Nawet nie chce mi się komentować własnego stanu.

Wstaję i ruszam długimi krokami tam, gdzie stoczono walkę.

Ludzie Ognia odeszli jako wskrzeszone przez mgłę żywe trupy. Odeszli, zostawiając manierkę leżącą przy kamieniu, płaszcz tego wielkiego woja, jego hełm, wciąż spoczywający na ścieżce, ale nade wszystko miecze. Dwa miecze, niewiarygodny kretynie.

Są krótkie, jakość ostrzy przywodzi na myśl bardziej narzędzia ogrodnicze niż dzieła sztuki płatnerskiej, niemniej jest to broń.

Podnoszę miecz należący do pierwszej ofiary mojego nordlanda. Broń wielkiego brodacza. Ten sam, który porwał woj, kiedy jego broń pękła pod ciosem. Oraz jeszcze jeden, należący do kolejnego Człowieka Ognia. Obok rękojeści wciąż leży jego dłoń, zielonkawa, pokryta przez mrówki.

Podchodzę jeszcze do krawędzi przepaści i znajduję zaplątany w korzeń płaszcz chłopaka. Nie jest go łatwo dosięgnąć, ale wystarczy odrobina wspinaczki i długi kij z sękiem na końcu.

Płaszcz Węża służy mi następnie do wykonania odzieży. Najprostszej na świecie. Kiltu.

Wystarczy odciąć odpowiedniej długości pas, okręcić biodra, przerzucić przez ramię i umocować paskiem odpiętym od manierki. Resztę płaszcza przycinam odpowiednio, pośrodku robię trójkątne nacięcie, w które wkładam głowę, i zaimprowizowaną jak poncho bluzę wiążę pod pachami kawałkami rzemieni. Płaszcz olbrzymiego woja jest wielki i porządny, więc narzucam go na ramiona. Wszystkie szmaty, które mam na sobie, są sztywne od lodowatej wilgoci. Płaszcz na domiar złego został obsikany przez wilka.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)