Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Z ciemności wokół dobiegł głęboki basowy pomruk — maszyneria Wormworks włączała się powoli, wzbierały potężne siły mające wyrwać otwór w czasoprzestrzeni. Wydawało się jej, że czuje zapach ozonu i mrowienie ładunków elektrycznych. Ale może to tylko wyobraźnia.
Przygotowania do operacji były zadziwiająco proste. Podczas gdy Bobby dyskretnie próbował uzyskać dostęp do Wormworks, Kate przedostała się do rezydencji Billyboba — krzykliwego, barokowego pałacu na granicy Parku Narodowego Mount Rainier. Zrobiła dość zdjęć, żeby uzyskać schematyczny zewnętrzny plan budynku, i zarejestrowała odczyty GPS dla kilku punktów odniesienia. To oraz chętnie przez Billoboba przekazywane brukowym magazynom informacje o luksusowym wystroju wnętrza pozwoliły opracować szczegółowy wewnętrzny plan budynku, łącznie z siatką punktów kontrolnych dla systemu GPS.
Teraz, jeśli wszystko pójdzie dobrze, te punkty powinny wystarczyć, by stworzyć tunel łączący wewnętrzne sanktuarium Billyboba z ich zaimprowizowanym punktem nasłuchowym.
…Ekran pojaśniał. Kate podeszła bliżej.
Obraz był zniekształcony: pomarańczowy, brunatny i żółty krążek światła, jakby oglądany przez posrebrzany tunel. Kate dostrzegała jakiś ruch — po obrazie przesuwały się plamy światła — ale nie rozróżniała żadnych szczegółów.
— Nic nie widzę — powiedziała zmartwiona. Bobby stuknął w ekran.
— Cierpliwości. Teraz muszę uruchomić procedury dekonwolucji.
— Co?
— Pamiętaj, że wylot tunelu to nie obiektyw kamery. To niewielka sfera, do której Światło wpada ze wszystkich trzech wymiarów. W dodatku ten ogólny obraz jest rozmazany przejściem światła przez sam tunel. Ale teraz użyjemy pewnych procedur programowych, żeby to wyostrzyć. To ciekawa historia. Program oparty jest na algorytmach, których używają astronomowie, żeby przy badaniu gwiazd odfiltrować zniekształcenia atmosfery; wiesz, te wszystkie mrugania, rozmycia i załamania.
Obraz oczyścił się nagle i Kate aż wstrzymała oddech.
Zobaczyła masywne biurko z zawieszoną nad nim kulą lampy. Na blacie leżały rozrzucone papiery i ekrany. Z tyłu stał pusty, niedbale odsunięty fotel, a na ścianach wisiały krzywe wzrostu i tabele, jakby informacje ekonomiczne.
Gabinet urządzony był luksusowo. Tapeta wyglądała na ręczną angielską produkcję, prawdopodobnie najdroższą na świecie. Na podłodze, rzucone niedbale, leżały dwie skóry nosorożców; miały otwarte paszcze i błyszczące szklane oczy, a rogi sterczały im dumnie nawet po śmierci.
Była też prosta animacja: rosnąca cały czas liczba. Podpis głosił NAWRÓCENI: ludzkie dusze przeliczane jak hamburgery sprzedane w sieci fast foodów.
Obraz nie był doskonały, raczej ciemny, ziarnisty i mało stabilny; od czasu do czasu zamierał lub rozłamywał się w chmurę pikseli. A jednak…
— Nie mogę uwierzyć — szepnęła Kate. — To działa. Jakby wszystkie mury na świecie zmieniły się w szkło. Witamy w akwarium…
Bobby pracował przy ekranie. Odtwarzany obraz przesuwał się po pokoju.
— Myślałem, że nosorożce już wymarły.
— W tej chwili tak. Billybob zainwestował w konsorcjum, które wykupiło ostatnią płodną parę z prywatnego zoo we Francji. Genetycy próbowali przejąć tę parę, żeby zachować materiał genetyczny, może jaja i spermę, może nawet zygotę. Mieli nadzieję, że może w przyszłości uda się odtworzyć gatunek. Lecz Billybob był szybszy. I teraz jest właścicielem ostatnich skór nosorożców na świecie. Niezły interes, jeśli spojrzeć na to od tej strony. Te skóry osiągają teraz nieprawdopodobnie wysokie ceny.
— To nielegalne.
— Tak. Tyle że nikomu nie starczy odwagi, by wytoczyć proces komuś tak potężnemu jak Billybob. Zresztą, kiedy nadejdzie Dzień Wormwoodu, nosorożce i tak wyginą, więc co to za różnica? Możesz przybliżyć obraz?
— Metaforycznie. Mogę powiększać i selektywnie wzmacniać.
— Chciałabym obejrzeć te dokumenty na biurku.
Bobby końcem paznokcia zaznaczył obszar powiększenia i centrum obrazu przesunęło się stopniowo na stos papierów. Wylot tunelu wydawał się ustawiony mniej więcej metr od ziemi, około dwóch metrów od biurka — Kate zastanawiała się, czy jest widzialny jako zawieszony w powietrzu, maleńki lustrzany koralik. Perspektywa skracała nieco kartki papieru. Poza tym nie ułożono ich w celu wygodnej lektury: niektóre leżały drukiem do dołu, inne były zasłonięte. Jednak Bobby potrafił wybrać pewne fragmenty — odwracał obrazy, korygował zniekształcenia perspektywy, oczyszczał inteligentnymi procedurami — dostatecznie dobrze, by Kate mniej więcej zrozumiała, czego dotyczą materiały.
Były to w większości typowe dokumenty korporacyjne, budzące dreszcz dowody prowadzonej na przemysłową skalę eksploatacji naiwnych Amerykanów — jednak nic nielegalnego. Poprosiła Bobby’ego, żeby szukał dalej, przeglądał rozrzucone papiery. I wreszcie trafiła na coś ciekawego.
— Zatrzymaj — powiedziała. — Spróbuj wyostrzyć… Dobrze, dobrze. — Był to raport techniczny, gęsto zadrukowany, pełen liczb; dotyczył szkodliwych efektów stymulacji dopaminy u osób w podeszłym wieku.
— Mam — szepnęła. — Dymiący pistolet.
Wstała i zaczęła krążyć po pokoju, niezdolna do opanowania wypełniającej ją energii.
— Co za dupek! Kto raz handluje narkotykami, na zawsze zostaje handlarzem. Jeśli dostaniemy obraz samego Billyboba, który to czyta, a jeszcze lepiej odrzuca… Bobby, musimy go mieć.
Bobby westchnął i wyprostował się.
— Poproś Davida. Mogę przesuwać obraz i powiększać, lecz w tej chwili nie mam pojęcia, jak zmienić plan ujęcia z WormCamu.
— WormCamu? — Kate uśmiechnęła się.
Tato popędza marketingowców jeszcze bardziej niż inżynierów. Posłuchaj, Kate, jest wpół do czwartej rano. Cierpliwości. Systemy alarmowe są w tym miejscu ślepe przynajmniej do jutrzejszego południa. Do tego czasu z pewnością złapiemy Billyboba w gabinecie. Jeśli nie, spróbujemy kiedy indziej.
— Dobrze. — Kiwnęła głową w napięciu. — Masz rację. Tyle że jestem przyzwyczajona do szybkiej pracy.
Odpowiedział uśmiechem.
Żeby jakiś ostry reporter nie wyrwał ci tematu? To się zdarza.
— Spokojnie. — Ujął jej twarz w dłonie. Jego własne oblicze było niemal niewidoczne w mrocznej przestrzeni Wormworks, lecz dotyk miał ciepły, suchy, pewny. — Nie musisz się martwić. Pomyśl tylko. W tej chwili jeszcze nikt na planecie, nikt zupełnie, nie ma dostępu do technologii WormCamu. Nie ma sposobu, żeby Billybob odkrył, czego próbujemy dokonać. Nikt nie może cię wyprzedzić. Cóż znaczy jeszcze kilka godzin?
Oddychała płytko, serce biło jej mocno; miała wrażenie, że wyczuwa go przed sobą w ciemności, na poziomie głębszym niż wzrok, węch, a nawet dotyk — jakby jakieś głębokie jądro wewnątrz niej reagowało na ciepłą masę jego ciała.
Podniosła rękę, ujęła ją i pocałowała jego dłoń.
— Masz rację. Musimy czekać. Ale jestem ogromnie pobudzona. Wykorzystajmy to konstruktywnie.
Jakby się zawahał, jakby próbował odgadnąć, co ma na myśli.
No cóż, Kate, powiedziała sobie, nie przypominasz innych dziewczyn, które spotykał w swojej złotej klatce. Może przyda mu się trochę pomocy.
Objęła go za szyję, przyciągnęła do siebie i poczuła dotyk jego warg. Gorącym językiem przejechała wzdłuż idealnej krawędzi dolnych zębów; Bobby zareagował gorąco.
Z początku był czuły i delikatny. Lecz gdy wzrastała namiętność, dostrzegła zmianę w jego zachowaniu i postawie. Reagując na jego niewypowiedziane polecenia, zdawała sobie sprawę, że pozwala mu przejąć inicjatywę. I nawet kiedy z łatwością doprowadził ją do orgazmu, czuła, że jest rozproszony, zagubiony w sekretach własnej zranionej duszy, zajęty fizycznym aktem, ale nie nią.