Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Najpierw musiał sprawdzić usterki pikseli detektora. Przesłał śladowe odczyty do analogowego procesora sygnału i wywołał powiększone schematy poszczególnych płyt. Zawsze zdarzały się przypadkowe uszkodzenia pikseli, kiedy w elementy detektora trafiała jakaś cząstka o szczególnie wysokiej energii. Ale choć niektóre fragmenty ucierpiały od promieniowania tak, że należało je wymienić, nie znalazł niczego poważnego.
Mrucząc pod nosem, zatopiony w pracy, przygotował następny krok…
— Masz okropnie bałaganiarski interfejs.
David drgnął i obejrzał się. Bobby wciąż tu był, wciąż opierał się o stolik.
— Przepraszam — powiedział David. — Nie chciałem odwracać się plecami. — Dziwne, że nawet nie zauważył obecności brata.
— Większość ludzi używa wyszukiwarki — powiedział Bobby.
— Która jest straszliwie wolna, skłonna do błędów, a poza tym maskuje hierarchiczny system przechowywania danych, jeszcze z ery wiktoriańskiej. Kartoteki… Bobby, jestem zbyt tępy na wyszukiwarkę. Jestem wyewoluowaną małpą, która do znajdowania różnych rzeczy lubi używać rąk i oczu. Może wygląda to na bałagan, ale ja dokładnie wiem, gdzie co leży.
— Mimo to o wiele wygodniej mógłbyś badać te ślady cząstek w wirtualu. Wypróbuj może mój najnowszy prototyp Oka Duszy. Możemy sięgnąć do szerszych obszarów mózgu, szybciej przełączać…
— I wszystko to nie wymaga trepanacji… Bobby uśmiechnął się.
— No dobrze — powiedział David. — Będę wdzięczny. Bobby, w swym zwykłym roztargnionym, irytującym stylu, wędrował spojrzeniem po sali.
— Czy to prawda? To, co mówiłeś ojcu, że to nie porażka, tylko kolejny krok?
— Rozumiem niecierpliwość Hirama. W końcu to on za wszystko płaci.
— I czuje komercyjny nacisk. Już teraz konkurencja twierdzi, że ma DataPipe’y porównywalnej jakości. Wkrótce ktoś z nich niezależnie wpadnie na pomysł wizjera, nawet jeśli do tej pory nie było przecieków.
Komercyjny nacisk nie jest istotny — odparł surowo David. — Takie badania muszą się toczyć we własnym rytmie. Bobby, nie wiem, ile wiesz o fizyce.
— Uznaj, że nic. Kiedy już masz tunel, czemu tak trudno go rozszerzyć?
— To nie to, co zbudować większy i lepszy samochód. Próbujemy uformować czasoprzestrzeń w kształt, jakiego normalnie nie przyjmuje. Tunele są wewnętrznie niestabilne. Wiesz, że aby w ogóle je utrzymać, musimy je podpierać obcą materią.
— Antygrawitacją?
— Tak. Ale napięcia przy wylocie tunelu są ogromne. Cały czas próbujemy zrównoważyć jeden potworny nacisk drugim. — David zacisnął pięści i złączył je razem, naciskając mocno z obu stron. — Dopóki są zrównoważone, wszystko dobrze. Ale wystarczy najmniejsza perturbacja i tracisz wszystko. — Jedna pięść przesunęła się nad drugą, naruszając równowagę. — I ta fundamentalna niestabilność pogarsza się ze wzrostem rozmiaru. W tej chwili próbujemy monitorować warunki wewnątrz tunelu i sterować pompowaniem tam egzotycznej materii i energii, żeby kompensować te odchylenia. — Znowu zetknął pięści. Tym razem przesuwał lewą w przód i w tył i równoważył jej ruchy prawą, tak że kostki cały czas stykały się ze sobą.
— Rozumiem — powiedział Bobby. — To tak, jakbyś podpierał tunel oprogramowaniem.
— Lub jakimś inteligentnym robakiem. — David uśmiechnął się. — Tak. To wymaga ogromnej mocy procesora. Jak dotąd niestabilności były zbyt gwałtowne i zbyt katastrofalne, żeby sobie z nimi poradzić. Spójrz na to.
Sięgnął do komputera, dotknął palcem i wywołał nowy obraz kaskady cząstek. Miała gruby, fioletowy pień — kolor oznaczający silną jonizację, z fontannami czerwonych strumyków: szerokich i wąskich, niektórych prostych, innych zakrzywionych. Wcisnął klawisz i kaskada obróciła się w trzech wymiarach. Oprogramowanie wygasiło elementy z frontu, by ukazać szczegóły wewnętrznej struktury strumienia. Centralny rozbłysk oznaczony był liczbami ukazującymi odczyty energii, momentu i ładunku.
— Patrzymy tu na wysokoenergetyczne, bardzo złożone zjawisko. Wszystkie te egzotyczne śmieci wylewają się tuż przed całkowitym zniknięciem tunelu. — Westchnął. — To tak, jakby uczyć się naprawiać samochód, wysadzając go w powietrze, a potem oglądając szczątki. Cóż, Bobby, byłem z ojcem szczery. Każda próba to badanie kolejnego zakątka tego, co nazywamy przestrzenią parametrów. Próbujemy różnych sposobów, żeby nasze tunelowe wizjery były szerokie i stabilne. Nie ma zmarnowanych prób. Za każdym razem czegoś się uczymy. Owszem, wiele testów jest negatywnych; prawdę mówiąc, projektowałem je tak, żeby się nie udały. Pojedynczy eksperyment, który dowodzi, że jakaś część teorii jest fałszywa, jest o wiele cenniejszy niż setka testów pokazujących, że może to być prawdą. W końcu dotrzemy do celu… albo udowodnimy, że marzenie Hirama jest nie do zrealizowania przy współczesnej technologii.
— Nauka wymaga cierpliwości. David uśmiechnął się.
Tak, zawsze wymagała. Ale niektórym trudno jest zachować cierpliwość w obliczu tego czarnego meteoru, który się do nas zbliża.
— Wormwoodu? Przecież mamy jeszcze paręset lat.
— Ale naukowcy nie są jedynymi ludźmi, na których wpływa wiedza o jego istnieniu. Panuje taki impuls, przymus pośpiechu, zebrania nowych danych i formułowania nowych teorii. Nauczenia się tego, co tylko możliwe, w czasie, który pozostał. Bo nie jesteśmy już pewni, że po nas przyjdzie ktoś inny, kto z tych danych skorzysta, jak to zawsze zakładaliśmy w przeszłości. Dlatego ludzie idą na skróty, system recenzji ulega naciskom…
Na ścianie zamigotało czerwone światło alarmowe. Technicy zaczęli wracać do pomieszczenia.
Bobby spojrzał na Davida ze zdziwieniem.
— Zaplanowałeś kolejną próbę? Mówiłeś ojcu, że wykonujesz tylko jedno doświadczenie dziennie.
David mrugnął.
— To takie niewielkie kłamstwo. Czasem wygodniej jest pozbyć się go na chwilę.
Bobby parsknął śmiechem.
Jak się okazało, do początku eksperymentu zostało jeszcze dość czasu, żeby zdążyli napić się kawy. Razem przeszli do bufetu.
Bobby wciąż się tu kręci, pomyślał David. Tak jakby chciał się włączyć w pracę. Wyczuwał u niego jakąś potrzebę, której nie rozumiał. Czyżby zazdrość? Czy to możliwe?
Była to myśl złośliwie rozkoszna. Może Bobby Patterson, legendarnie bogaty dandys nowej epoki, zazdrości mnie, swojemu pracowitemu skromnemu bratu.
A może to tylko poczucie rywalizacji z mojej strony.
Kiedy wracali, spróbował zacząć rozmowę.
— Skończyłeś jakieś studia, Bobby?
— Pewnie. Ale na HBS.
— HBS? Ach, Harvard…
— Biznes. Tak.
— Studiowałem trochę ekonomię, przed dyplomem. — David skrzywił się. — Wykłady miały nas przygotować do „życia we współczesnym świecie”. Wszystkie te macierze dwa na dwa, mody na tę czy tamtą teorię, na jednego guru zarządzania czy innego…
— Cóż, analiza ekonomiczna to nie budowa rakiet, jak mawialiśmy — mruknął Bobby. — Ale nikt w Harvardzie nie był durniem. Moją pozycję zawdzięczam zdolnościom. A konkurencja była wściekła.
— Tego jestem pewien. — Davida trochę dziwił obojętny ton głosu Bobby’ego i jego brak zapału. Nacisnął lekko. — Mam wrażenie, że czujesz się niedoceniany.
Bobby wzruszył ramionami.