Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
— Być może. Oddział rzeczywistości wirtualnej w OurWorldzie to przedsięwzięcie warte miliardy. Jeśli mi się nie uda, tato jasno dał do zrozumienia, że nie będzie mnie ratował. Ale nawet Kate uważa, że to ciepła posadka. — Uśmiechnął się. — Bawi mnie przekonywanie jej, że jest inaczej.
David zmarszczył brwi. Kate…? Ach, ta reporterka, którą Hiram próbował usunąć z życia syna. Jak się okazuje, bez sukcesu. Ciekawe.
— Chcesz, żebym trzymał to w tajemnicy?
— Co?
— Kate, tę reporterkę…
— Nie ma tu z czego robić tajemnicy.
— Być może, ale ojciec jej nie lubi. Powiedziałeś mu, że wciąż się z nią widujesz?
— Nie.
A to może być jedyna rzecz w twoim młodym życiu, pomyślał David, o której Hiram nic nie wie. Cóż, niech tak zostanie. Był zadowolony, że pojawiło się coś, co go łączy z bratem.
Cyfry odliczające czas zbliżały się już do zera. Raz jeszcze ścienny ekran pokazywał atramentową ciemność, zakłócaną losowymi rozbłyskami pikseli, a numeryczny wyświetlacz w rogu monotonnie powtarzał testowy ciąg liczb pierwszych. David obserwował z rozbawieniem, jak wargi Bobby’ego bezgłośnie formułują słowa: trzy, dwa, jeden.
A potem zdumiony Bobby otworzył usta. Migotliwe światło padało na jego twarz.
David spojrzał na ekran. Tym razem był tam obraz, krążek światła, a w nim dziwna, senna konstrukcja skrzyń, jarzeniówek i kabli, zniekształcona niemal nie do poznania, jakby oglądana przez jakiś groteskowy obiektyw typu rybiego oka.
David zauważył, że wstrzymuje oddech. Kiedy obraz pozostał stabilny przez dwie sekundy, potem trzy, z wysiłkiem wciągnął powietrze.
— Co widzimy? — zapytał Bobby.
— Wylot tunelu, a raczej światło, które ściąga ze swego otoczenia tutaj, w Wormworks. Patrz, widać systemy elektroniki. Silna grawitacja w wylocie ściąga światło z trójwymiarowej przestrzeni dookoła. Dlatego obraz jest zniekształcony.
— Jak przy soczewce grawitacyjnej. Spojrzał na Bobby’ego zdziwiony.
— Właśnie. — Sprawdził jeszcze monitory. — Poprawiliśmy już nasze dotychczasowe najlepsze wyniki…
Zniekształcenie obrazu stało się silniejsze, kiedy kształty sprzętu i lamp zostały rozmazane w kręgi otaczające centralny punkt widzenia. Niektóre kolory jakby przesuwały się dopplerowsko, zielony odciąg stał się błękitny, blask jarzeniówek nabrał odcienia fioletu.
— Wciskamy się głębiej w tunel — szepnął David. — Tylko mnie teraz nie zawiedź.
Obraz rozpadał się dalej, jego elementy rozpadały się i mnożyły w powtarzalnym deseniu wokół dysku obrazu. Jak w trójwymiarowym kalejdoskopie, pomyślał David, utworzonym przez wielokrotne obrazy oświetlenia laboratorium. Spojrzał na odczyty liczników, które powiedziały mu, że większa część energii wpadającego światła jest przesuwana w stronę ultrafioletu i dalej, a wysokoenergetyczne promieniowanie uderza w zakrzywione ściany tunelu.
Ale tunel wciąż się trzymał.
Już dawno minęli punkt, w którym kończyły się poprzednie eksperymenty.
Dysk obrazu zmalał, gdy światło z trzech wymiarów, padające do wylotu, było ściskane przez gardziel tunelu w coraz węższy przewód. Rozmyta, malejąca kałuża światła osiągnęła szczyt zniekształceń.
A potem jakość światła uległa zmianie. Struktura wielokrotnych obrazów uprościła się, rozszerzyła i jakby wygładziła. David zaczął rozpoznawać w polu widzenia nowe elementy: maźnięcie błękitu, które mogło być niebem, biel — być może skrzynia z instrumentami.
— Zawołaj Hirama — powiedział.
— Na co patrzymy? — spytał Bobby.
— Po prostu zawołaj ojca.
Hiram, zdyszany, przybył godzinę później.
— Lepiej, żeby to było coś warte. Przerwałem spotkanie z inwestorami…
David bez słowa wręczył mu blok krystalicznego, ołowiowego szkła wielkości i kształtu talii kart. Hiram obracał go w rękach.
Górną powierzchnię bloku wyszlifowano w szkło powiększające. Kiedy Hiram zajrzał do wnętrza, ujrzał zminiaturyzowane elementy elektroniki: wzmacniacze detektorów światła dla nadchodzących sygnałów, diodę świetlną, emitującą błyski kontrolne, niewielkie źródło zasilania, miniaturowe elektromagnesy. A w geometrycznym środku bloku, na samej granicy widzialności, tkwiła maleńka,perfekcyjna sfera. Wydawała się srebrzysta i odbijała światło jak perła. Lecz to światło różniło się od szarości jarzeniówek w kantorze.
Hiram spojrzał na Davida.
— Na co patrzę?
David skinął na wielki ścienny ekran. Pokazywał kolistą plamę światła, błękit i brąz.
Na obrazie pojawiła się ludzka twarz — mężczyzny około czterdziestki. Obraz był mocno zniekształcony, dokładnie tak, jakby zbliżył twarz do rybiego oka. Ale David rozróżniał kędzierzawe czarne włosy, smagłą opaloną skórę i białe zęby w szerokim uśmiechu.
— To Walter — powiedział zdziwiony Hiram. — Szef naszego laboratorium w Brisbane. — Zbliżył się do ekranu. — Coś mówi. Porusza wargami. — Stanął w miejscu i próbował naśladować te ruchy. — Widzę… cię… Widzę cię. Wielki Boże.
Za Walterem widać było grupę australijskich techników, którzy stali tam, podobni do zniekształconych cieni, i klaskali w ciszy.
David się uśmiechnął. Hiram skakał z radości i ściskał go, nie spuszczając z oka bloku ołowiowego szkła, zawierającego ujście tunelu — tę perłę wartą miliard dolarów.
7. WormCam
Była trzecia rano. W samym sercu opuszczonego laboratorium Wormworks, w kręgu padającego z ekranu światła, siedzieli obok siebie Kate i Bobby. Bobby odpowiadał na proste pytania sesji konfiguracyjnej systemu. Spodziewali się pracowitej nocy; za nimi leżał stos pospiesznie zabranego ekwipunku: termosy z kawą, koce, piankowe materace.
…Coś zgrzytnęło. Kate podskoczyła i chwyciła Bobby’ego za ramię.
Bobby nie przerwał pracy.
— Spokojnie. To metal stygnie. Mówiłem ci, dopilnowałem, żeby systemy nadzoru miały martwe pole właśnie tutaj i w tej chwili.
— Nie wątpię. Po prostu nie jestem przyzwyczajona do skradania się po ciemku, jak teraz.
— Myślałem, że jesteś twardą reporterką.
— Tak. Ale to, co robię, jest zwykle legalne.
— Zwykle?
— Możesz wierzyć albo nie.
— Ale to… — skinął ręką w stronę potężnej i tajemniczej maszynerii ukrytej w mroku — …nie jest nawet sprzętem nadzoru. To tylko wyposażenie laboratorium fizyki wysokich energii. Nie ma drugiego takiego na świecie. Jak może istnieć prawo, które reguluje jego wykorzystanie?
— To szczegóły, Bobby. Żaden sędzia na tej planecie nie kupi takiej argumentacji.
— Szczegóły czy nie, proponuję, żebyś się uspokoiła. Muszę się skupić. Ten program sterujący mógłby być bardziej przyjazny. David nie korzysta nawet z aktywacji głosowej. Może to wszyscy fizycy są tacy konserwatywni? Albo wszyscy katolicy?
Przyglądała mu się, gdy pracował nad programem. Był bardziej ożywiony, niż go kiedykolwiek widziała — choć raz całkowicie zaangażowany w swoją pracę. A jednak zdawało się, że jest odporny na moralne wątpliwości. Rzeczywiście był człowiekiem skomplikowanym. A raczej, pomyślała ze smutkiem, człowiekiem niepełnym.
Zawiesił palec nad przyciskiem startu.
— Gotowe. Mam to zrobić?
— Zapis jest włączony? Stuknął w ekran.
— Wszystko, co przejdzie przez tunel, trafi prosto tutaj.
— Dobrze.
— Trzy… dwa… jeden. — Wcisnął klawisz. Ekran poczerniał.